Kiedy genialna Martha Argerich - najwybitniejsza współczesna pianistka - schodziła ze sceny Royal Festival Hall, na jej ustach gościł ten słynny z różnych nagrań uśmiech.
Wszyscy znają uśmiech Mony Lisy, ale w świecie muzyki klasycznej istnieje jeszcze uśmiech Marthy Argerich.
Mimo, że jest legendą, mimo że mówi się iż jest chimeryczna, to w moim odczuciu wydaje się niezwykle pogodną i ciepłą osobą. W jej zachowaniu nie było ani cienia wielkości, jaką sobą reprezentuje. Może dlatego, że nigdy nie walczyła aż tak mocno o to, by byc najlepszą. Ot, tak... zwyczajnie, urodziła się by triumfowac i urzekac swoim pianistycznym talentem. I mimo, że wkłada w to piekielną ilosc pracy, to jej naturalne warunki umożliwiły jej ten przeogromny sukces.
Argerich to pianistyczny gigant, kobieta która z lekkością gra Gaspard de la Nuit Ravela, z precyzją wygrywa wszystkie dźwięki w Sonacie-toccacie Scarlattiego, by chwilę później zmiesc wszystkich z miejsc swoim barwnym forte w Koncercie Czajkowskiego.
Zawsze miałam przekonanie, że ludzie którzy mają pasję, są szczęściarzami. A jeśli dodatkowo mają w tej pasji sukcesy, tak jak Martha, to to ich szczęście jest podwójne.
Mawia się też, że szczęście mają Ci, których praca jest zarazem ich pasją. Bo niby nigdy nie muszą pracowac. I mimo, że zapewne tacy ludzie pracują dużo więcej niż ci przeciętni , to ta miłosc do jakiegos zawodu, wynagradza im godziny wyrzeczen.
Wszystkie zawody, które iskrzą wielką pasją, to zawody które należy wykonywac od dziecka. Wymagają one wiele pracy. Fortepian, to ciągłe cwiczenie. Gam, pasaży, oktaw, trudności technicznych. Zajęcia wieczorami, kształcenie słuchu, harmonia, historia muzyki, formy muzyczne, chór.
Od zawsze miałam w swoim sercu fortepian, ale... jak to się mawia po angielsku: "I take it for granted".
Wiedziałam i chciałam cwiczyc, ale stanowiło to tak nieodłączną częsc mnie, że te godziny przed fortepianem lub godziny, kiedy słuchałam kilkudziesięciu utworów z danej epoki, z których miałam test po kilku tygodniach, były czyms naturalnym. Mimo wysiłku, odrabiania lekcji do pólnocy, nie myślałam że mogę zyc inaczej, że to co umiem, czyli analizowanie harmoniczne fragmentów utworu, umiejętnosc grania oktaw, tryli, znajomosc terminologii muzycznej jest czyms, czym powinnam się chwalic. To byla czesc mnie. Cos co towarzyszyło mi od dziecka. Oczywisty element mojego życia. Naturalna częsc dnia. Nie doceniałam tej umiejętnosci, raczej traktowałam jako cos, co mam od zawsze.
Muzyka klasyczna. Rozległa dziedzina, nad którą pracuje się latami, która niesie za sobą radosc i rozczarowanie.
Cała ta moja wiedza, to było coś oczywistego. Chętnie rozmawiałam na temat muzyki klasycznej, pasjonowałam się porównywaniem pianistów, słuchaniem różnych wykonań tego samego utworu, czytaniem biografii muzyków, ale mimo, że wiedziałam że jest to mój wyróżnik i dodatkowy atut, nie celebrowałam szczęścia, że miałam okazję w młodym wieku zając się muzyką i miec umiejętnosc, której nikt nie zdobędzie w rok. Oczywiście byłam z siebie dumna, byłam dumna, że mogę zajmowac się tak piękną pasją, a także świadoma tego, że mam o jedną umiejętnosc więcej niż niektórzy moi rówieśnicy, jednak to było tak nieodłączną częścią mnie, że niepostrzegałam tego jako coś aż tak niepowtarzalnego. Aż do momentu, kiedy zaczęłam, z równie wielką pasją, zajmowac się tańcem jazzowym. I zobaczyłam wtedy, jak wiele terminologii muszę opanowac, jak wiele elementów technicznych jest do wypracowania, jak wiele pracy muszę włożyc, by móc przychodzic na te zajęcia.
Zaczynając od regularnych klas, robiłam szybkie postępy, z coraz większą przyjemnoscią cwicząc nowe skoki, obroty i choreografie. Obserwowałam wyższe, trudniejsze grupy i tych profesjonalnych tancerzy i myślałam o tym, że tez chciałabym byc w tej grupie. Też chciałabym tak dobrze jak oni się bawic, a jednoczesnie miec umiejętnosc tego płynnego poruszania się, łapania niezwykle trudnej choreografii na którą mamy 15 minut. Chciałam równie naturalnie miec wladzę nad swoim ciałem, poruszac się jak prawdziwi tancerze, miec tę samą płynnosc ruchu i tę samą siłę, by utrzymac się na jednej ręce. Ale to nie jest coś, co można opanowac w rok. Profesjonalni tancerze, tak jak pianiści, zaczynają przygodę ze swoją dziedziną w wieku 3-6 lat. Rozpoczynają od baletu, który jest podstawą dla każdego tańca, nawet hip hopu. Uczą się kordynacji, utrzymywania balansu, wysiłku fizycznego i odporności psychicznej.
Tyle, że to moje marzenie o tańcu, które miałam od kilkunastu lat coraz silniej pchało mnie do tej grupy. Grupy profesjonalnych tancerzy. Chciałam tam byc. Chciałam się uczyc. Chciałam poznawac nowe układy. I tę chęc był silniejsza od wszystkiego, więc w grudniu, zaczęłam chodzic na średnio-zaawansowaną grupę. I właśnie wtedy, jeszcze mocniej zobaczyłam, jak wielkie szczęście miałam mogąc rozpocząc swą przygodę z muzyką klasyczną w wieku 7 lat. Bo nagle, stając na sali tańca, otoczona profesjonalnymi tancerzami, rozgrzewającymi się barierkach, robiącymi popisowo potrójne piruety, wyginającymi się tak, jak tylko można sobie wyobrazic, czy siedzącymi po prostu w szpagatach, a przy tym słuchajac francuskich słów określających różne kroki, rozpoczęłam swoją drugą pasję i dostrzegłam jak wiele nauki mam przed sobą. Jak wiele nauki mam przed sobą, ale czując jednocześnie, że jest jeszcze jedna dziedzina, w której mam tak samo dużą wiedzę, jak tancerze w swojej. I mimo trudnych kroków, powtarzałam sobie: Dasz radę, to nie jest Trzeci Rachmaninova.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz