Kocham się w half termach. Każdy kto powie, że ich nie kocha, jest wierutnym kłamcą. A czym jest angielski half term? To odpowiednik ferii, ale w nieco innym wydaniu. W Anglii przerwa od nauki rozpycha się łokciami mniej więcej co pięc tygodni. Pierwszy half term jest zawsze stosunkowo szybko, tuż po rozpoczęciu roku szkolnego, gdyż wypada w październiku. Następny jest w lutym, czyli... tak, tak. Dobrze kalkulujecie. Właśnie teraz.
Zagościło słońce, zrobiło się nieco wiosennie, a w poniedziałek padało. I to mocno. Covent Garden skąpane było w deszczu, a i tak, nie odebrało mu to ani odrobiny z jego uroku. Czy zawsze, kiedy mam okazje byc w szkole tanca w poniedziałek, co nie zdarza się często, musi padac deszcz? Tak, żeby jeszcze bardziej spotęgowac całą aurę, jaką niesie ze sobą bycie w tej szkole?
Kiedy wychodzi się z Leicester Square, wprost w objęcia Caffe Nero, by przeciskac się przez milion wpadających na siebie ludzi, sluchac głośnego glosu mężczyzny wciskającego Wam London Evening tuż przy metrze, czuc wdzierający się do nozdrzy zapach pizzy, atmosferę West Endu i trąbiące głośno, angielskie taksówki, które próbują dotrzec na miejsce, wbrew ludziom, mającym w głębokim poważaniu czerwone światło? Kiedy snuję się prawą stroną, wzdłuż Covent Garden, mijając przyodzianych w garnitury, eleganckie krawaty i szmuglerski uśmiech mężczyzn, wciskających Wam tym razem perfumy? Kiedy mijam sklep z ubraniami sportowymi (moje królestwo), patrząc na maty we wszystkich możliwych kolorach, myśląc o zakupie jednej na zajęcia z jogi, na które wcale nie mam zamiaru chodzic regularnie, o ile w ogóle? Ale może kiedyś? I patrzę na ten sam napis: "Everyday do one thing that scares you" na połyskującej witrynie sklepowej, zastanawiając się kiedy ostatnio miałam przed sobą jakieś wyzwanie. Trochę za dużo ich ostatnio. I kiedy mijam Marca i Spencera, by w okolicach Royal Opera House, buszowac po Oasis, a następnie mokra od deszczu, szukam łazienki, by chwilę później skręcic w prawo i wejsc do mekki tancerzy. Tak, tak. Wtedy myślę, tak wygląda mój weekend i tak wygląda mój half term.
Sobota była ponura. Rozpływała się w tej swoje obrzydliwej, londyńskiej szarości. Jakby tego było mało, wylądowałam gdzieś w okolicach Wood Greenu, a sama ta okolica, przywitała mnie wielkim napisem Hollywood, tuż po wyjściu z metra. Tyle że Wood Green i Hollywood to antonimy.
Było zimno, szukałam autobusu 121, a przystanek nie był nawet oznakowany, tylko jakiś tymczasowy. Trzy przystanki w czerwonym autobusie i znalazłam się na miejscu, by udzielic lekcji przygotowującej do egzaminu GCSE. Była już prawie 15, a ja pędziłam by zdążyc zjesc obiad, a następnie dotrzec na czas, na lekcję z Nino.
Trochę trudna jest ta grupa "general", z Funky Street Jazzu. Ale powinnam wytrwac w postanowieniu, chociaz chodzę tam co dwa tygodnie, zamiast co tydzien.
Opusc ramiona, zrób dokładnie
plié, ustaw się w pierwszej pozycji,
chaînes, "do not move, stay there" - słyszę od choreografa, po czym dodaje "try to jump like that" - pokazując skok, by chwilę później powiedziec, teraz robimy takie "kicks", pokazując to tak szybko, że zastanawiasz się co bylo na początku, jednak po chwili uśmiechasz się do choreografa z oczami kota ze Shreka, po czym słyszysz jego "good luck", z wlepionymi w tancerzy oczyma. Z jednej strony to bardzo pozytywne, bo mimo, że grupa składa się w 90 procentach z profesjonalistów, nauczyciel jest wymagający w stosunku do każdego, z drugiej strony... Ach, nie ma drugiej strony. Pracowaliśmy nad lyrical jazz, a później choreograf podzielił nas na dwie grupy (welcome to "general", sic!). I cała zabawa dwóch grup polega na tym, że gdy pierwsza grupa tańczy, cała reszta siedzi pod lustrami i ogląda cię jako widownia, jak tutaj
https://www.youtube.com/watch?v=d3y17D_K9Zw . Atmosfera jest bardzo przyjazna i dawno nie miałam niczego na miarę występowania na scenie. Pamiętam, że zawsze byłam zdania, że wspaniale jest byc artystą, bo to jeden z tych niewielu zawodów, które dają możliwośc występowania na scenie. I ten, kto nigdy tego nie robił, nie wie, jaka to przyjemnosc. Przez wiele lat to fortepian dawał mi taką możliwosc. A teraz... taniec.
Po półtorej godz. skakania, obrotów i 40 minutowej rozgrzewki na początku, wszyscy z trudem oddychali, ale byliśmy usatysfakcjonowani.
Taka była sobota, a tydzień minął niezwykle szybko, bo dzis jest juz czwartek, więc odliczam dni do kolejnego weekendu, gdyż będziemy kontynuowac z Nino naszą poprzednią choreografię. Half term też dobiega końca, lecz cieszy mnie to mimo wszystko, bo wolę byc w wirze zajęc niz odpoczywac.