poniedziałek, 23 lutego 2015

Thunder

W tle "Thunder", do którego mam chyba jeden z największych sentymentów. A z piekarnika unosi się aromat mojego nowego dania, z książki Ewy Chodakowskiej.

Zapiekanka makaronowa z łososiem (zmieniłam tylko rybę, ale myślę, że można wybrac dowolną. Wybierzcie coś, co lubicie, ja uwielbiam łososia :) )

Potrzebujecie: 80 g makaronu
                      szpinak (świeży lub mrożony)
                      bazylię
                      1 filet łososia (pokrój w kostkę)
                      mozzarellę
                      7 pieczarek
                      1 ząbek czosnku

Wszystko wymieszac w żaroodpornym naczyniu i wstawic do piekarnika na jakies 20 minut. Mozarella na wierzchu, bazylię dodajemy po dopiero po wyjęciu dania z piekarnika.


niedziela, 22 lutego 2015

Morelowe wariacje

Trochę zagalopowałam się w roznoszeniu wieści, iż do Londynu rzekomo przybyła wiosna. Już dwa dni temu, w metrze (victoria line), mój wzrok z niedowierzaniem przesunął się po niegodziwych literach, wypisanych w London Evening (darmowe gazeta, którą zgarnia się tuż przy wejściu do metra). Jest tam taka strona, z zarysowanymi liniami Anglii. A obok, pięknie skomponowany obrazek, z profetycznym wydźwiękiem: jutro, sobota, niedziela - deszcz. Wyprostowałam się, nieco się wzdrygając. Szybko opuszczając pociąg, zapomniałam parasolki, ale żyjemy w Londynie. Tu wszyscy są: "kind". Przynajmniej w codziennych sytuacjach. Dwie osoby pobiegły za mną, wręczając mi ją do ręki. Jak tu nie kochac tej mentalności? Nawet nieco na pokaz? To był czwartek, kiedy wracałam z 2 godzin tańca, lirycznego i komercyjnego. I było zimno, a kawałek pizzy z serem i pomidorami jakoś nie smakował po włosku. Był czerstwy i wyblakłym.
No i nastał weekend, czyli zajęcia z Nino, który stwierdził że mamy spojrzec na siebie w lustro i zobaczyc, "how fucking good we are", po czym zrobił całej grupie zdjęcie. I pierwszy raz zdarzyło się tak, że byłam jedyną, nieprofesjonalną tancerką w grupie. Ale na poprzednich zajęciach to właśnie choreograf zaprosił mnie na następną sobotę i "kazał" kontynuowac naukę. Poziom byl bardzo wysoki. Nie przeszkodziło mi to jednak w złapaniu szybko choreografii i przyjemności z tańczenia, chociaz nie obyło się bez dzielenia nas na 2 grupy. Mało tego, nasz choreograf dał wodzę swojej fantazji, i chwilę później podzielił ludzi w 3 - osobowe grupy i kazał osobno pokazywac zaprezentowany przez niego układ. Oh, shit - pomyśleli niektórzy, jednak mimo to, cieszyli się z zajęc bo choreografia była przepiękna. Nasz nauczyciel to jeden z najciekawszych choreografów jakich spotkałam.
A niedziela deszczowa, moje dwie godziny tańca, do pięknej muzyki i Ealing. Wchodząc do jednego ze sklepów, zauważyłam na półce książkę Ewy Chodakowskiej. Bez wahania ją kupiłam, chociaż w innym celu, niż większosc. Nie potrzebuję jej cwiczeń, nie chcę zrzucic wagi. Jestem tą błogosławioną jednostką, która zjada tony jedzenia, a waha ani drgnie. Spodobały mi się za to jej przepisy, które są genialne. Indyk w sosie morelowym, kurczak ze szpinakiem to tylko niektóre dania. Książka jest rozpisana na 30 dni, każda strona zawiera przepisy na dania, które spożyjemy w ciągu całego dnia (ja komponuje swoje menu na podstawie dwóch stron - lubię jesc), więc nieco oszukuję. Poza przepisami są słowa motywacji, tak na dobre rozpoczęcie dnia i cwiczenia. Z pewnoscia podlapię niektóre z nich, bo lubię miec siłę, a takie cwiczenia wzmacniaja rece, nogi, brzuch itd. Nie będę z pewnoscia wykonywała ich dzien po dniu, bo duzo tancze, wiec skupię się na genialnych przepisach i szczerze polecam jej książkę.

czwartek, 19 lutego 2015

Nie podnoś ramion!

Kocham się w half termach. Każdy kto powie, że ich nie kocha, jest wierutnym kłamcą. A czym jest angielski half term? To odpowiednik ferii, ale w nieco innym wydaniu. W Anglii przerwa od nauki rozpycha się łokciami mniej więcej co pięc tygodni. Pierwszy half term jest zawsze stosunkowo szybko, tuż po rozpoczęciu roku szkolnego, gdyż wypada w październiku. Następny jest w lutym, czyli... tak, tak. Dobrze kalkulujecie. Właśnie teraz. 
Zagościło słońce, zrobiło się nieco wiosennie, a w poniedziałek padało. I to mocno. Covent Garden skąpane było w deszczu, a i tak, nie odebrało mu to ani odrobiny z jego uroku. Czy zawsze, kiedy mam okazje byc w szkole tanca w poniedziałek, co nie zdarza się często, musi padac deszcz? Tak, żeby jeszcze bardziej spotęgowac całą aurę, jaką niesie ze sobą bycie w tej szkole? 
Kiedy wychodzi się z Leicester Square, wprost w objęcia Caffe Nero, by przeciskac się przez milion wpadających na siebie ludzi, sluchac głośnego glosu mężczyzny wciskającego Wam London Evening tuż przy metrze, czuc wdzierający się do nozdrzy zapach pizzy, atmosferę West Endu i trąbiące głośno, angielskie taksówki, które próbują dotrzec na miejsce, wbrew ludziom, mającym w głębokim poważaniu czerwone światło? Kiedy snuję się prawą stroną, wzdłuż Covent Garden, mijając przyodzianych w garnitury, eleganckie krawaty i szmuglerski uśmiech mężczyzn, wciskających Wam tym razem perfumy? Kiedy mijam sklep z ubraniami sportowymi (moje królestwo), patrząc na maty we wszystkich możliwych kolorach, myśląc o zakupie jednej na zajęcia z jogi, na które wcale nie mam zamiaru chodzic regularnie, o ile w ogóle? Ale może kiedyś? I patrzę na ten sam napis: "Everyday do one thing that scares you" na połyskującej witrynie sklepowej, zastanawiając się kiedy ostatnio miałam przed sobą jakieś wyzwanie. Trochę za dużo ich ostatnio. I kiedy mijam Marca i Spencera, by w okolicach Royal Opera House, buszowac po Oasis, a następnie mokra od deszczu, szukam łazienki, by chwilę później skręcic w prawo i wejsc do mekki tancerzy. Tak, tak. Wtedy myślę, tak wygląda mój weekend i tak wygląda mój half term. 
Sobota była ponura. Rozpływała się w tej swoje obrzydliwej, londyńskiej szarości. Jakby tego było mało, wylądowałam gdzieś w okolicach Wood Greenu, a sama ta okolica, przywitała mnie wielkim napisem Hollywood, tuż po wyjściu z metra. Tyle że Wood Green i Hollywood to antonimy.
Było zimno, szukałam autobusu 121, a przystanek nie był nawet oznakowany, tylko jakiś tymczasowy. Trzy przystanki w czerwonym autobusie i znalazłam się na miejscu, by udzielic lekcji przygotowującej do egzaminu GCSE. Była już prawie 15, a ja pędziłam by zdążyc zjesc obiad, a następnie dotrzec na czas, na lekcję z Nino. 
Trochę trudna jest ta grupa "general", z Funky Street Jazzu. Ale powinnam wytrwac w postanowieniu, chociaz chodzę tam co dwa tygodnie, zamiast co tydzien. 
Opusc ramiona, zrób dokładnie pliéustaw się w pierwszej pozycji, chaînes, "do not move, stay there" - słyszę od choreografa, po czym dodaje "try to jump like that" - pokazując skok, by chwilę później powiedziec, teraz robimy takie "kicks", pokazując to tak szybko, że zastanawiasz się co bylo na początku, jednak po chwili uśmiechasz się do choreografa z oczami kota ze Shreka, po czym słyszysz jego "good luck", z wlepionymi w tancerzy oczyma. Z jednej strony to bardzo pozytywne, bo mimo, że grupa składa się w 90 procentach z profesjonalistów, nauczyciel jest wymagający w stosunku do każdego, z drugiej strony... Ach, nie ma drugiej strony. Pracowaliśmy nad lyrical jazz, a później choreograf podzielił nas na dwie grupy (welcome to "general", sic!). I cała zabawa dwóch grup polega na tym, że gdy pierwsza grupa tańczy, cała reszta siedzi pod lustrami i ogląda cię jako widownia, jak tutaj https://www.youtube.com/watch?v=d3y17D_K9Zw . Atmosfera jest bardzo przyjazna i dawno nie miałam niczego na miarę występowania na scenie. Pamiętam, że zawsze byłam zdania, że wspaniale jest byc artystą, bo to jeden z tych niewielu zawodów, które dają możliwośc występowania na scenie. I ten, kto nigdy tego nie robił, nie wie, jaka to przyjemnosc. Przez wiele lat to fortepian dawał mi taką możliwosc. A teraz... taniec.
Po półtorej godz. skakania, obrotów i 40 minutowej rozgrzewki na początku, wszyscy z trudem oddychali, ale byliśmy usatysfakcjonowani. 
Taka była sobota, a tydzień minął niezwykle szybko, bo dzis jest juz czwartek, więc odliczam dni do kolejnego weekendu, gdyż będziemy kontynuowac z Nino naszą poprzednią choreografię. Half term też dobiega końca, lecz cieszy mnie to mimo wszystko, bo wolę byc w wirze zajęc niz odpoczywac.

piątek, 13 lutego 2015

Monkey Business

Kto rozkochał się raz w komediach, ten będzie je kochał już zawsze. Bo co, poza śmiechem ma w życiu sens? Istotą życia jest radośc, uśmiech, dobre emocje. Dlatego lubuję się w dobrych, starych filmach, a na te słabe... szkoda czasu i atłasu, jak mawiał niegdysiejszy król.
"Monkey Business" to lekka i przezabawnie napisana komedia, która wciąga, wywołując na twarzy uśmiech. Ot, pewien naukowiec pragnie wynaleźc eliksir młodości. Zaciekle tworzy mikstury, miesza, próbuje, znów miesza, po czym testuje je na szympansie. Jednak pewnego razu... szympans uwalnia się z klatki, miesza składniki substancji i ściąga na głównych bohaterów lawinę niespodziewanych zdarzeń.
Aktorzy to wybitna obsada, bo w tłumie szumnie brzmiących nazwisk przewija się: piękna i uwodzicielska Ginger Rogers, zabawny Cary Grant, a nawet Marylin Monroe (niewielki epizod).
Nie jest to filmu, na którym się wynudzicie, wręcz odwrotnie. Ogląda się go z ciekawością, a akcja, ani na chwilę nie przestaje śmieszyc. Przezabawne dialogi, nonszalanccy mężczyźni oraz pełne klasy kobiety, to uczta dla oka. Nie ma już ani takich filmów, ani takich postaci, tym większym sentymentem darzę stare kino.

Kiedy Harry poznał Sally

Tydzień wlecze się, jak pijany po schodach. Urywki tygodnia przeplatają się tą swoją oschłą rutyną jak robiony na szydełku, niemrawy wzór. Szachy z J., odliczanie dni do weekendu, obowiązki, szachy, obowiązki, odliczanie. Dzięki Bogu, jest już piątek. Jedynym eliksirem na tę breję, dosłowną i mentalną, jest wesoła muzyka - Uptown Funk, taniec i stare komedie. Jakoś ostatnio trudno mi było życ w teraźniejszosci, a to terazniejszosc daje zawsze prawdziwe szczęście.

To była niedziela, a może poniedziałek, kiedy podeszłam do kalendarza i zobaczyłam, że poza half termem (o którym wiedziałam od dawien dawna - to zawsze połowa lutego), czekają mnie cztery dni wolności, a może nawet pięc, kiedy zostanę sama w domu. Kiedy wreszcie będę miała czas dla siebie, nie rozpraszając się innymi ludźmi, innymi domownikami. Kiedy usłyszę własne myśli, własny głos, własną przestrzeń. Ale przeliczyłam się z tym wyliczaniem kilku wspaniałych dni, bo prawdopodobnie będzie to tylko poniedziałek i wtorek.
Środa była głośna, huczna jak petardy. Mieliśmy w ogrodzie robotników, którzy byli mistrzami w robieniu rozgardiaszu. N. postanowił mnie im przedstawic, gdyz poprosił, bym zostałą w domu i trzymała rękę na pulsie - a przy okazji oszalała z nadmiaru huku. Tylko to jego przedstawianie nas sobie i moje poczucie humoru nazbyt mocno się zgrało. Podszedł mówiąc: This is Anna. Sorry, what's your name again? (pytając pana robotnika) Mężczyzna odpowiedział: My name is Harry. W przyspieszonym trybie pomyślałam: Ach, Harry. Like Harry Potter, Prince Harry albo co gorsza... "Kiedy Harry poznał Sally". Trudno było mi ukryc uśmiech, więc udawałam, że piszę cos w telefonie i uśmiecham się na treśc mojej wiadomosc, jednak miarka przebrała się, gdy N. zapytał o imię kolegi tego mężczyzny. Mężczyzna rzekł: Mimi, a ja zastygłam w bezruchu, próbując zachowac powagę. Harry i Mimi. Genialne.

Jednak na nic te chwilowe, radosne perypetie, potrzebuję jakichs zmian.
Mimo to cieszy mnie nadchodzący, długi weekend. Sobota to udzielanie lekcji przygotowującej do egzaminu GCSE z języka polskiego oraz Funky Street Jazz z Nino, niedziela to jazz i kino, poniedziałek i wtorek to znów mój kochany jazz, gdzie świat przestaje istniec, a ja zapominam o codzienności,a środa... to modern jazz i Royal Opera House - idę na wystawiany tam balet, a bilet kosztował jedynie 33 funty. Czwartek i piątek to utarta rutyna i sobota niedziela - wyczekiwany weekend.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Grammy 2015

Zakochana w muzyce, snuję wizje siebie: w eleganckiej kreacji, spacerującej gdzieś w Los Angeles, tuż przed rozdaniem prestiżowych nagród dla najpopularniejszych, współczesnych muzyków. Przemawia do mnie zarówno muzyka klasyczna, (którą uwielbiam na każdym polu - począwszy od suchych analiz harmonicznych, a skończywszy na słuchaniu i graniu Scriabina, Rachmaninova czy też Brahmsa), jak i muzyka typowo komercyjna, której zarówno słucham, jak i do której tańczę w mojej szkole.

Wiele z utworów nieschodzących z top listy, słyszałam po raz pierwszy na zajęciach z jazzu lub street hip hopu.
Pamiętam, że po obejrzeniu genialnego tańca Maddie Ziegler w Chandelier, marzyłam by móc trafic na zajęcia w szkole tańca, na której będzie puszczana ta piosenka. To ten właśnie utwór sprawił, że wiele osób zwróciło uwagę na tę młodą, zdolną tancerkę, która występuje (nadal) w programie telewizyjnym Dance Moms.

Gdy przegapiłam zajęcia general, na jazzie, na których tańczono przepiękną choreografię do Chandelier, obeszłam się smakiem. Kilka dni później jednak, wychodząc ze szkoły tańca usłyszałam tę znaną mi muzykę, i bez wiekszej refleksji, idąc za głosem serca weszłam do studia numer 1, trafiając po raz pierwszy na zajęcia ze street hip hopu.

Chandelier nominowane w kategorii nagranie roku, nie otrzymało niestety nagrody. Jednak miejsce triumfatora ustąpiło równie znakomitemu wykonawcy. Sam Smith i Stay With Me zgarnęło nagrodę. Sam Smith prezentuje czysty, liryczny wokal, a jego piosenki roztapiają duszę, rozlepiając na sercu miodowe dźwięki. Kocham jego I'm not the only one i muszę przyznac, że wokalista ten w pełni zasłużył na tę wielką nagrodę, detronizując takich wykonawców jak Iggy Azalea (sprawiającą wrażenie nieco pustej i wulgarnej w zachowaniu), Taylor Swift (Shake It Off - przegenialna, lekka piosenka do której tańczyliśmy na jazzie, świetnie się bawiąc) i Meghan Trainor.

Ed Sheeran, którego głos uwodzi do cna, nie zdobył statuetki za Album Roku - X - choc Thinking Out Loud to majstersztyk balladowy - https://www.youtube.com/watch?v=YQLqu-ThMOY . Myślę, że każda kobieta, spotykając kogoś kto napisałby dla niej taką piosenkę, stałaby się niepoprawną romantyczką. Szkoda tylko, że aparycja nie idzie w parze z jego głosem (wiem, jestem okropna :P ).

Sheeran otrzymuje ode mnie Grammy tak czy siak - genialna płyta.

Piosenka roku to znów Sam Smith i jego Stay With Me, a to nie jedyna kategoria w której triumfuje, bo zgarnął również Grammy w kategorii Najlepszy Nowy Artysta.

Najlepszy solowy występ pop to P. Williams i jego Happy, chociaż w moim odczucia dużo bardziej wolałabym aby wygrało Chandelier lub All Of Me - J. Legend/
Najlepszy Występ Pop w Duecie/Grupie: A Great Big World i Christina Aguilera - "Say Something".
Christiny Aguilery nikomu nie trzeba przedstawiac. To jeden z najwybitniejszych, współczesnych glosów, wielka skala, aż po rejestr gwizdkowy, a także potężne dźwięki i jej słynne ozdobniki. 
Najlepszym tradycyjnym albumem pop okazało się "Cheek To Cheek", czyli duet Lady Gagi i Tony'ego Bennetta. Gagi głosu nikt nie odmówi, i mimo, że jej kreacje dalekie są od tego, co oczekują ludzie, to trzeba przyznac że jest to kobieta, która kocha śpiewac i ma ku temu warunki. Wystarczy odszukac na youtube stare nagrania: Gaga bez udziwnien, gdy byla nieco młodsza, z ciemnymi długimi włosami i fortepianem. Gra całą sobą i to uwielbia. Zawsze zazdrosciłam ludziom którzy mogą przekształcic swoja pasję w pracę: https://www.youtube.com/watch?v=3b5mgPmw2zw W jednym z wywiadów przyznała, że gdy prezentowała tylko swój głos, nikt nie zwracał na to uwagi, były szmery, ludzie nie byli ciekawi nowych twarzy. I wtedy właśnie zrzuciła z siebie koszulkę. Ludzie przestali byc mentalnie rozproszeni, dostrzegli ją i zaczęli słuchac. Poprzez szokowanie, stara się przykuwac uwagę. Na ile przesadza w swych strojach, nie mnie oceniac, wszyscy ktorzy ją krytykują powinni spróbowac zajsc tak daleko jak ona, bo bycie rozpoznawalnym na swiecie to wielkie osiągniecie, przytrafiające się jednemu na milion.
Sam Smith triumfował, nawet w kategorii najlepszy album pop. W swym biegu wyprzedził znakomitą Arianę Grande, ponownie pana Sheeran, Katy Perry i jej album Prism oraz Miley Cyrus z "Bangerzem", a nie ma chyba osoby która nie kojarzy Wrecking Ball - i mam tu na myśli muzykę, nie teledysk.
Najlepszą piosenką dance okazało się moje ulubione Rather Be. Jess Glynne ma piękny głos i oby więcej takich utworów. Mój faworyt w kategorii muzyki tanecznej.




sobota, 7 lutego 2015

Bal

Bal. To słowo rozpływa się w swoim "dolce", będąc balsamem dla duszy. Bo w końcu kto może z ręką na sercu zarzekac się, że nie lubi balu? Sam ich wydźwięk, przywołuje do głowy urokliwe obrazy: taniec, złocone maski i gęsto utkane, tiulowe suknie. Brzmi pięknie? Och, nie zaprzeczam sobie. Bal ma w sobie coś z bajki, tylko brak księcia, rumaka... Pantofelków też, bo Oxford Street jak zawsze tłoczne.
Synonimem balu jest niejako karnawał. A gdy zrymujemy (nie-do-słow-nie) znaczenie obu zwrotów, przed oczami pojawi się rozbujane (niczym spiętę klamrą sukienki) dwa słowa: bal karnawałowy.
Karnawał, z włoskiego znaczy tyle, co wypowiedzenie krótkiego do widzenia w kierunku posiłków mięsnych. Carne vale!
W "naszej" polskiej szkole również mieliśmy taki bal, a sceny, przypominały te filmowe, kiedy ludzie witali się z Tobą lecz Ty, nie poznawałaś ich ze względu na przebranie lub maski. Ale to dobrze, bo podobno gdy ktoś Cię nie pozna, znaczy to tylko jedno. Szczęście i bogactwo.
Dzieci bawiły się w rytm lekkiej, radosnej muzyki, spędzając ten wieczór w gronie przyjaciół. Królowały również pełne słodkości szarlotki, którym nie ustępowały miejsca serniki, krzyczące zza stołu: zjedz mnie. I konkursy, tych nie brakowało!
Dzięki wspaniałym organizatorom, czyli dyrekcji, oraz nauczycielom, a także rodzicom i dzieciom, był to miły, balowy wieczór. Zwlaszcza w Anglii, niezwykle ważne jest zrzeszanie polskiej społeczności, nie tylko podczas lekcji ale również i zabawy. Polska szkoła spełnia swoje zadanie, bo tworzy pewnego rodzaju klimat oraz daje pole, do nawiązywania przyjaźni, spotykania wciąż nowych, ambitnych ludzi, którzy przyjechali/przylecieli do Londynu z planem, który skrupulatnie realizują.


piątek, 6 lutego 2015

Who stole my chocolate?

Pojaśniało nieco, na angielskich uliczkach. Słońce wyjrzało niemrawo zza chmur, filuteryjnie puszczając do mnie oko. W szkole odbyła się dzisiaj tzw. "cake sale", czyli sprzedaż otulonych lukrem, posypanych wiórkami czekoladowymi łakoci, z których zebrane pieniądze przeznaczone będą na pomoc potrzebującym.

W zeszłym roku A., którego przebiegłośc dorównuje nawet przebiegłości lisa (jeżeli chodzi o wyłudzenie słodyczy), ułożył sobie w głowie plan. Dzierżąc w dłoni brzęczące monety, poczekał do samego końca zajęc, by załapac się na obniżkę cen, gdyż duża ilosc ciast, po ostatnim dzwonku na przerwę sprzedawana była za mniejsza kwotę (aby się ich pozbyc). Z triumfem w oczach, machając palcem przed twarzą J., A. szczycił się 10 "cupcakes". Nauczony doświadczeniem, powtórzył ten manewr również i dzisiaj, jednak bezowocnie, gdyż ciast na koniec dnia nie było. Jakże okrutnie rozmyły się jego wszelkie nadzieje na słodką ucztę, zwłaszcza, że J. kategorycznie odmówił mu podzielenia się łakociami.

A. wstał z krzesła, idąc po opakowanie "merci", które otrzymał ode mnie kilka dni temu. Rzucił je na stół, biorąc dwa, gdy nagle dostrzegł że wszystkich "merci" jeszcze wczoraj miał 20, a dzisiaj tylko 12. Wyraz jego twarzy zmienił się w tri miga, struchlał, nie mogąc powstrzymac błyskawicznego przepływu myśli. Who stole my chocolate? - zapytał z niedowierzaniem, zwłaszcza, że jak się okazało brakowało jego ulubionych smaków. "Mum!" - krzyknął. -That was rude! - dodał, a ja nie mogłam powstrzymac się od śmiechu.

J. dodał, nie kryjąc zdumienia, ze to zwykłe przestępstwo (o tak, mój mały Sherlocku), po czym nie mogąc wyjśc ze zdumienia i kiwając głową dodał, że jeszcze wczoraj miał w szkole lekcję na temat kradzieży (prawdziwej "darling", czekolada się nie liczy).

środa, 4 lutego 2015

YOGA

"So it doesn't matter who you are or whatever your heart desires, stay positive, focused and motivated, make no excuses, don't moan, put a smile on your sexy face and just go for it! Believe in yourself and don't expect others to believe in you! It's your life! It's up to you!"

Z błyskiem w oczach, przeglądałam różne strony, na których oferowane były zajęcia z jogi. Po dłuższym śledzeniu wzrokiem niewielkiej czcionki, trafiłam na zajęcia, które są proponowane w ludzkich godzinach, na zasadzie drop in. Drop in polega na tym, że nie trzeba rezerwowac wczesniej zajęc. Wystarczy przyjsc do szkoły kilka minut przed ich rozpoczęciem, płacąc na miejscu. 

Punkt jogi niedaleko Brixton, wydał się całkiem sensownym miejscem, toteż udałam się tam we wtorek, by spróbowac czegos nowego. Staram się zdrowo odżywiac, i choc obejdzie się bez spektakularnych rezultatów, bo nie zawsze mam czas aby zjeśc odpowiednią ilosc owoców i warzyw, to z jednego jestem dumna. Dbam o swoją kondycję fizyczną i kocham cwiczenia. 
Jeżeli wybieracie się na jogę po raz pierwszy, należy sprawdzic, czy szkoła udostępnia materace czy też powinniście takowy posiadac. Cwiczy się bez butów, a strój jest dowolny - czyli sportowy.
Moja szkoła zapewniała materace. Zajęcia trwały półtorej godziny. Myślałam, że joga będzie wymagała ode mnie większego wysiłku fizycznego, ale już prawie od połtora roku chodzę na jazz, dzięki czemu moja kondycja jestem całkiem niezła. O ile czesc grupy z trudem łapała oddech po 45 minutach zajęc, ja nie czułam zmęczenia. W szkole tańca zajęcia są tak intensywne, że już po 30 minutach, wszyscy są całkowicie wyeksploatowani. 

https://www.youtube.com/watch?v=Em3dqR1IlRw  - realizowaliśmy mniej więcej taki zestaw cwiczeń.

Najtrudniejszym elementem na jodze, który cwiczę już od jakiegos czasu (ale to ze względu na rozgrzewkę w szkole tańca) jest element z 23 min 09 sek, czyli opieranie się na jednej stopie i dloni, z wyprostowaną drugą ręką i nogą. Spróbujcie, jest to duży wysiłek. :)

Na jogę póki co się nie wybieram, bo potrzebuję czegoś bardziej energetycznego, dlatego myślę że aby cwiczyc formę, będę brała godzinę jogi raz w tygodniu, zwiększając zajęcia taneczne. Chciałabym wziąc dodatkowe godziny z zumby i hip hopu. Cwiczenia, bieganie, taniec, wyzwalają pozytywną energię i dają siłę do stawiania czoła codzienności. Pamiętajcie, aby nigdy nie rezygnowac z siebie i marzeń i nawet w trudniejszych chwilach musicie, jak mawia się po angielsku "work harder". Nie narzekajcie, uśmiechnijcie się i idźcie w kierunku Waszych marzeń. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

A superstar does not walk in someone else's shoes

Chłodny wiatr szarga mi włosy. Patrzę na napis na ścianie: "A superstar does not walk in someone else's shoes", zjeżdżając ruchomymi schodami, gdzieś między Covent Garden a Hammersmith.  
Kratkowany szalik, niewiele mi daje. Jest zi-mno! Ale nie panikujcie. Śnieg nie nawiedził jeszcze Londynu, choc wolę sobie nie wyobrażac, w jaki popłoch wpadniemy gdy pierwsze płatki śniegu pokryją angielskie uliczki.
B. wystąpił w Royal College of Music, czyli w londyńskiej Akademii Muzycznej, znajdującej się w urokliwym South Kensington. Nie wiem co takiego ma w sobie to miejsce, ale wiem, że mam do niego sentyment. Może dlatego, że to właśnie tam - stawiając swoje pierwsze londyńskie kroki, robiłam zdjęcia starych samochodów czy połyskujących, czerwonych budek telefonicznych, skąpanych w rudych, jesiennych liściach. Do tej pory pamiętam jak zgubiłam się w South Kensington i marzłam, szukając przystanku. Pamiętam też luksusową uliczkę pełną drogich sklepów, parne lato i mnie, siedzącą tuż pod Royal Albert Hall, gdy zamdliły mnie sprzedawane obok Science Museum waniliowe lody. I koncert Lugańskiego, gdy grał Trzeci Rachmaninova, nieco bezbarwnie jak na kaliber, jaki sobą reprezentuje.

B. zagrał na wielkiej scenie i zaproponowano mu nawet przyjęcie do tzw. Junior School. Tyle że cotygodniowa podróż do Royal College of Music i 8 godzin na Akademii, wydarło by z jego życia resztki wolnych chwil. Don't you dare to do it! - myśli, lecz ja wiem, że miejsce które mu zaproponowano to słodkie marzenie wielu młodych pianistów. A on tej szansy pewnie nie wykorzysta.

Ja, póki co, planuję wybrac się do Royal Opera House, by kupic bilet na Jezioro Łabędzie lub Czarodziejski Flet. Wybieram się, ale zakup ciągle nie dochodzi do skutku, gdyż ostatnim razem, nonszalancki i elegancki zarazem Anglik w recepcji oznajmił, że bilety na Czarodziejski Flet wahają się między 150 a 180 funtami. Trochę drogo, nie? Czekam na cud. 

Bruno Mars i jego genialne Uptown Funk, wypełnia swą melodią mój pokój. Istna petarda taneczna. Przegapiłam ostatnią lekcją jazzu, z general level, patrząc przez okienka na świetną zabawę wszystkich tych, ktorzy tańczyli do tej piosenki. Oh, shit.