Bal. To słowo rozpływa się w swoim "dolce", będąc balsamem dla duszy. Bo w końcu kto może z ręką na sercu zarzekac się, że nie lubi balu? Sam ich wydźwięk, przywołuje do głowy urokliwe obrazy: taniec, złocone maski i gęsto utkane, tiulowe suknie. Brzmi pięknie? Och, nie zaprzeczam sobie. Bal ma w sobie coś z bajki, tylko brak księcia, rumaka... Pantofelków też, bo Oxford Street jak zawsze tłoczne.
Synonimem balu jest niejako karnawał. A gdy zrymujemy (nie-do-słow-nie) znaczenie obu zwrotów, przed oczami pojawi się rozbujane (niczym spiętę klamrą sukienki) dwa słowa: bal karnawałowy.
Karnawał, z włoskiego znaczy tyle, co wypowiedzenie krótkiego do widzenia w kierunku posiłków mięsnych. Carne vale!
W "naszej" polskiej szkole również mieliśmy taki bal, a sceny, przypominały te filmowe, kiedy ludzie witali się z Tobą lecz Ty, nie poznawałaś ich ze względu na przebranie lub maski. Ale to dobrze, bo podobno gdy ktoś Cię nie pozna, znaczy to tylko jedno. Szczęście i bogactwo.
Dzieci bawiły się w rytm lekkiej, radosnej muzyki, spędzając ten wieczór w gronie przyjaciół. Królowały również pełne słodkości szarlotki, którym nie ustępowały miejsca serniki, krzyczące zza stołu: zjedz mnie. I konkursy, tych nie brakowało!
Dzięki wspaniałym organizatorom, czyli dyrekcji, oraz nauczycielom, a także rodzicom i dzieciom, był to miły, balowy wieczór. Zwlaszcza w Anglii, niezwykle ważne jest zrzeszanie polskiej społeczności, nie tylko podczas lekcji ale również i zabawy. Polska szkoła spełnia swoje zadanie, bo tworzy pewnego rodzaju klimat oraz daje pole, do nawiązywania przyjaźni, spotykania wciąż nowych, ambitnych ludzi, którzy przyjechali/przylecieli do Londynu z planem, który skrupulatnie realizują.
Czyta się sympatycznie:)
OdpowiedzUsuń