Tydzień wlecze się, jak pijany po schodach. Urywki tygodnia przeplatają się tą swoją oschłą rutyną jak robiony na szydełku, niemrawy wzór. Szachy z J., odliczanie dni do weekendu, obowiązki, szachy, obowiązki, odliczanie. Dzięki Bogu, jest już piątek. Jedynym eliksirem na tę breję, dosłowną i mentalną, jest wesoła muzyka - Uptown Funk, taniec i stare komedie. Jakoś ostatnio trudno mi było życ w teraźniejszosci, a to terazniejszosc daje zawsze prawdziwe szczęście.
To była niedziela, a może poniedziałek, kiedy podeszłam do kalendarza i zobaczyłam, że poza half termem (o którym wiedziałam od dawien dawna - to zawsze połowa lutego), czekają mnie cztery dni wolności, a może nawet pięc, kiedy zostanę sama w domu. Kiedy wreszcie będę miała czas dla siebie, nie rozpraszając się innymi ludźmi, innymi domownikami. Kiedy usłyszę własne myśli, własny głos, własną przestrzeń. Ale przeliczyłam się z tym wyliczaniem kilku wspaniałych dni, bo prawdopodobnie będzie to tylko poniedziałek i wtorek.
Środa była głośna, huczna jak petardy. Mieliśmy w ogrodzie robotników, którzy byli mistrzami w robieniu rozgardiaszu. N. postanowił mnie im przedstawic, gdyz poprosił, bym zostałą w domu i trzymała rękę na pulsie - a przy okazji oszalała z nadmiaru huku. Tylko to jego przedstawianie nas sobie i moje poczucie humoru nazbyt mocno się zgrało. Podszedł mówiąc: This is Anna. Sorry, what's your name again? (pytając pana robotnika) Mężczyzna odpowiedział: My name is Harry. W przyspieszonym trybie pomyślałam: Ach, Harry. Like Harry Potter, Prince Harry albo co gorsza... "Kiedy Harry poznał Sally". Trudno było mi ukryc uśmiech, więc udawałam, że piszę cos w telefonie i uśmiecham się na treśc mojej wiadomosc, jednak miarka przebrała się, gdy N. zapytał o imię kolegi tego mężczyzny. Mężczyzna rzekł: Mimi, a ja zastygłam w bezruchu, próbując zachowac powagę. Harry i Mimi. Genialne.
Jednak na nic te chwilowe, radosne perypetie, potrzebuję jakichs zmian.
Mimo to cieszy mnie nadchodzący, długi weekend. Sobota to udzielanie lekcji przygotowującej do egzaminu GCSE z języka polskiego oraz Funky Street Jazz z Nino, niedziela to jazz i kino, poniedziałek i wtorek to znów mój kochany jazz, gdzie świat przestaje istniec, a ja zapominam o codzienności,a środa... to modern jazz i Royal Opera House - idę na wystawiany tam balet, a bilet kosztował jedynie 33 funty. Czwartek i piątek to utarta rutyna i sobota niedziela - wyczekiwany weekend.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz