piątek, 6 lutego 2015

Who stole my chocolate?

Pojaśniało nieco, na angielskich uliczkach. Słońce wyjrzało niemrawo zza chmur, filuteryjnie puszczając do mnie oko. W szkole odbyła się dzisiaj tzw. "cake sale", czyli sprzedaż otulonych lukrem, posypanych wiórkami czekoladowymi łakoci, z których zebrane pieniądze przeznaczone będą na pomoc potrzebującym.

W zeszłym roku A., którego przebiegłośc dorównuje nawet przebiegłości lisa (jeżeli chodzi o wyłudzenie słodyczy), ułożył sobie w głowie plan. Dzierżąc w dłoni brzęczące monety, poczekał do samego końca zajęc, by załapac się na obniżkę cen, gdyż duża ilosc ciast, po ostatnim dzwonku na przerwę sprzedawana była za mniejsza kwotę (aby się ich pozbyc). Z triumfem w oczach, machając palcem przed twarzą J., A. szczycił się 10 "cupcakes". Nauczony doświadczeniem, powtórzył ten manewr również i dzisiaj, jednak bezowocnie, gdyż ciast na koniec dnia nie było. Jakże okrutnie rozmyły się jego wszelkie nadzieje na słodką ucztę, zwłaszcza, że J. kategorycznie odmówił mu podzielenia się łakociami.

A. wstał z krzesła, idąc po opakowanie "merci", które otrzymał ode mnie kilka dni temu. Rzucił je na stół, biorąc dwa, gdy nagle dostrzegł że wszystkich "merci" jeszcze wczoraj miał 20, a dzisiaj tylko 12. Wyraz jego twarzy zmienił się w tri miga, struchlał, nie mogąc powstrzymac błyskawicznego przepływu myśli. Who stole my chocolate? - zapytał z niedowierzaniem, zwłaszcza, że jak się okazało brakowało jego ulubionych smaków. "Mum!" - krzyknął. -That was rude! - dodał, a ja nie mogłam powstrzymac się od śmiechu.

J. dodał, nie kryjąc zdumienia, ze to zwykłe przestępstwo (o tak, mój mały Sherlocku), po czym nie mogąc wyjśc ze zdumienia i kiwając głową dodał, że jeszcze wczoraj miał w szkole lekcję na temat kradzieży (prawdziwej "darling", czekolada się nie liczy).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz