Trochę zagalopowałam się w roznoszeniu wieści, iż do Londynu rzekomo przybyła wiosna. Już dwa dni temu, w metrze (victoria line), mój wzrok z niedowierzaniem przesunął się po niegodziwych literach, wypisanych w London Evening (darmowe gazeta, którą zgarnia się tuż przy wejściu do metra). Jest tam taka strona, z zarysowanymi liniami Anglii. A obok, pięknie skomponowany obrazek, z profetycznym wydźwiękiem: jutro, sobota, niedziela - deszcz. Wyprostowałam się, nieco się wzdrygając. Szybko opuszczając pociąg, zapomniałam parasolki, ale żyjemy w Londynie. Tu wszyscy są: "kind". Przynajmniej w codziennych sytuacjach. Dwie osoby pobiegły za mną, wręczając mi ją do ręki. Jak tu nie kochac tej mentalności? Nawet nieco na pokaz? To był czwartek, kiedy wracałam z 2 godzin tańca, lirycznego i komercyjnego. I było zimno, a kawałek pizzy z serem i pomidorami jakoś nie smakował po włosku. Był czerstwy i wyblakłym.
No i nastał weekend, czyli zajęcia z Nino, który stwierdził że mamy spojrzec na siebie w lustro i zobaczyc, "how fucking good we are", po czym zrobił całej grupie zdjęcie. I pierwszy raz zdarzyło się tak, że byłam jedyną, nieprofesjonalną tancerką w grupie. Ale na poprzednich zajęciach to właśnie choreograf zaprosił mnie na następną sobotę i "kazał" kontynuowac naukę. Poziom byl bardzo wysoki. Nie przeszkodziło mi to jednak w złapaniu szybko choreografii i przyjemności z tańczenia, chociaz nie obyło się bez dzielenia nas na 2 grupy. Mało tego, nasz choreograf dał wodzę swojej fantazji, i chwilę później podzielił ludzi w 3 - osobowe grupy i kazał osobno pokazywac zaprezentowany przez niego układ. Oh, shit - pomyśleli niektórzy, jednak mimo to, cieszyli się z zajęc bo choreografia była przepiękna. Nasz nauczyciel to jeden z najciekawszych choreografów jakich spotkałam.
A niedziela deszczowa, moje dwie godziny tańca, do pięknej muzyki i Ealing. Wchodząc do jednego ze sklepów, zauważyłam na półce książkę Ewy Chodakowskiej. Bez wahania ją kupiłam, chociaż w innym celu, niż większosc. Nie potrzebuję jej cwiczeń, nie chcę zrzucic wagi. Jestem tą błogosławioną jednostką, która zjada tony jedzenia, a waha ani drgnie. Spodobały mi się za to jej przepisy, które są genialne. Indyk w sosie morelowym, kurczak ze szpinakiem to tylko niektóre dania. Książka jest rozpisana na 30 dni, każda strona zawiera przepisy na dania, które spożyjemy w ciągu całego dnia (ja komponuje swoje menu na podstawie dwóch stron - lubię jesc), więc nieco oszukuję. Poza przepisami są słowa motywacji, tak na dobre rozpoczęcie dnia i cwiczenia. Z pewnoscia podlapię niektóre z nich, bo lubię miec siłę, a takie cwiczenia wzmacniaja rece, nogi, brzuch itd. Nie będę z pewnoscia wykonywała ich dzien po dniu, bo duzo tancze, wiec skupię się na genialnych przepisach i szczerze polecam jej książkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz