Kratkowany szalik, niewiele mi daje. Jest zi-mno! Ale nie panikujcie. Śnieg nie nawiedził jeszcze Londynu, choc wolę sobie nie wyobrażac, w jaki popłoch wpadniemy gdy pierwsze płatki śniegu pokryją angielskie uliczki.
B. wystąpił w Royal College of Music, czyli w londyńskiej Akademii Muzycznej, znajdującej się w urokliwym South Kensington. Nie wiem co takiego ma w sobie to miejsce, ale wiem, że mam do niego sentyment. Może dlatego, że to właśnie tam - stawiając swoje pierwsze londyńskie kroki, robiłam zdjęcia starych samochodów czy połyskujących, czerwonych budek telefonicznych, skąpanych w rudych, jesiennych liściach. Do tej pory pamiętam jak zgubiłam się w South Kensington i marzłam, szukając przystanku. Pamiętam też luksusową uliczkę pełną drogich sklepów, parne lato i mnie, siedzącą tuż pod Royal Albert Hall, gdy zamdliły mnie sprzedawane obok Science Museum waniliowe lody. I koncert Lugańskiego, gdy grał Trzeci Rachmaninova, nieco bezbarwnie jak na kaliber, jaki sobą reprezentuje.
B. zagrał na wielkiej scenie i zaproponowano mu nawet przyjęcie do tzw. Junior School. Tyle że cotygodniowa podróż do Royal College of Music i 8 godzin na Akademii, wydarło by z jego życia resztki wolnych chwil. Don't you dare to do it! - myśli, lecz ja wiem, że miejsce które mu zaproponowano to słodkie marzenie wielu młodych pianistów. A on tej szansy pewnie nie wykorzysta.
Ja, póki co, planuję wybrac się do Royal Opera House, by kupic bilet na Jezioro Łabędzie lub Czarodziejski Flet. Wybieram się, ale zakup ciągle nie dochodzi do skutku, gdyż ostatnim razem, nonszalancki i elegancki zarazem Anglik w recepcji oznajmił, że bilety na Czarodziejski Flet wahają się między 150 a 180 funtami. Trochę drogo, nie? Czekam na cud.
Bruno Mars i jego genialne Uptown Funk, wypełnia swą melodią mój pokój. Istna petarda taneczna. Przegapiłam ostatnią lekcją jazzu, z general level, patrząc przez okienka na świetną zabawę wszystkich tych, ktorzy tańczyli do tej piosenki. Oh, shit.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz