niedziela, 14 grudnia 2014

Perfect imperfections

"I believe that laughing is the best calorie burner. I believe in kissing, kissing a lot. I believe in being strong when everything seems to be going wrong. I believe that happy girls are the prettiest girls. I believe that tomorrow is another day and I believe in miracles.”

A. Hepburn


Rok 2014 powoli dobiega końca. Był to rok momentami bardzo trudny, ale również niezwykle piękny, ponieważ dał mi wiele cennych lekcji. 

Był to chyba najważniejszy rok w moim życiu, bo nauczyłam się w nim bardzo wiele. Wiele jako człowiek. Nauczyłam się słuchac siebie, wybaczac sobie i innym. Tego, że nie musimy byc w życiu perfekcyjni, że możemy osiągnąc wszystko czego pragniemy, wystarczy tylko szczerze w to wierzyc. I mimo tego, że brzmi to trywialnie i prosto, to jest to długi i trudny proces. Bycie szczęśliwym jest również procesem, bo to umiejętnośc dostrzegania życiowych blasków i przymykania oka na cienie. To nasz własny wybór.
Nauczyłam się tego, że jesteśmy szczęśliwi, nawet jeżeli uśmiechamy się ze strachem siedzącym na naszych barkach. Gdy tylko się uśmiechamy, wysyłamy pozytywną energię, która szybko nas wypełnia. Nie dzieje się to od razu, ale gdy mimo przeciwności losu wierzymy w lepsze jutro, dostrzegamy wtedy tę przysłowiową iskierkę siły, która się w nas pali. A z iskry tej można wydobyc wielki płomień wiary i nadziei. Nauczyłam się, że nawet w najtrudniejszych chwilach, możemy się podnieśc i wrócic silniejsi. Nie do zdarcia, jak w piosence D. Guetty pt. Titanium. 
Ogromnie ważne jest, by dawac sobie w życiu wyzwania, wychodzic z tzw. sfery komfortu. Za każdym razem kiedy wybieram się do mojej szkoły tańca, mijam znajdujący się w drodze pomiędzy Leicester Square, a Covent Garden sklep, z napisem: Everyday do one thing that scares you. Jest to niezwykle inspirujące, bo jak niewielu ludzi stara się zrobic w życiu cos, co go przeraża lub sprawia że nie czujemy się bezpiecznie?
Mieszkając w Londynie poznałam wielu mogłoby się wydawac perfekcyjnych ludzi. Odnoszących sukcesy, występujących w telewizji. Ludzi, o których słyszy się, ale niekoniecznie ma się z nimi stycznosc. Osoby te są  faktycznie inne, niż "normalni" ludzie, choc sama nie wiem czym jest normalnosc. 
Wytwarza się dziwny dystans, mimo tego że też mają 2 nogi i dwie ręce, swoje sukcesy i porazki. Opanowali oni jednak sztukę dobrej prezentacji i tworzenia takiej specyficznej aury. Co najciekawsze mnóstwo z nich, to osoby które prędzej podniosą drugiego człowieka gdy upadnie, aniżeli go zmiażdżą. 

“the only people for me are the mad ones, the ones who are mad to live, mad to talk, mad to be saved, desirous of everything at the same time, the ones who never yawn or say a common place thing, but burn, burn, burn like fabulous yellow roman candles exploding like spiders across the stars.”

Cytat ten pochodzi z książki pt. "On the Road". 

No właśnie. Jak często zapominamy aby życ, po prostu przeżywając to życie. Każdy z nas jest błogosławiony, ponieważ wciąż to swoje życie, z jego blaskami i cieniami, posiadamy. Przerażające jest, że zapominamy o szaleństwie w oczach i apetycie na nie. O tym by byc ciekawym świata, ludzi, zdarzeń. By płonąc jak kolorowe światła. By nie narzekac, ale skupiac się na pozytywach, bo to kieruje nasz umysł na właściwe tory.

“Tell me, what is it you plan to do with your one wild and precious life?”

A czy Ty, masz już plan na swoje życie? Na przyszły rok? Czy masz cele, któe chcesz osiągnąc? Każdy zasługuje na bycie szczęśliwym i spełnionym, czasem spotykamy przeciwności losu, ale jeżeli jesteśmy swoimi własnymi przyjaciółmi, żadne przeciwności nie są w stanie stanąc na naszej drodze.

“It’s not the load that breaks you down, it’s the way you carry it.” 

Czasem narzekamy na przeciwności losu lub czujemy na swoich barkach stres, którego nie możemy już udźwignąc, lecz nie jest to kwestia przeciwności, a tego, w jaki sposób sobie z nimi radzimy. Zaprogramujmy umysł na pozytywne myślenie, na to, że zawsze damy radę. I wtedy damy. Bo ktoś kiedyś powiedział: Jeśli myślisz, że nie dasz rady - nie dasz. Jeśli myślisz, że dasz - dasz. W obu przypadkach masz rację. Traktujmy życie z poczuciem humoru. Czasem życie jest zbyt trudne, więc jedynym co nam pozostaje, to obrócic je w żart.

“Do not feel lonely, the entire universe is within you.”

Jesteśmy na świecie po coś. Przeraża mnie, że mogłabym przeżyc życie, niczego w nim nie osiągając. Dlatego z całych sił, chciałabym móc byc szczęśliwą i spełnioną, dzieląc się pozytywną energią. Zbyt wielu jest narzekających na życie ludzi.

“be gentle with yourself. You are a child of the universe, no less than the trees and the stars; you have a right to be here.” 

Nie bądźmy dla siebie zbyt surowi, nie starajmy się byc perfekcyjni. Wielu ludzi, których znam, zresztą sama bywam dla siebie czasem taka sama, oczekuje od siebie perfekcyjności. Wszyscy popełniamy błędy. 

"Try and fail but never fail to try"

Kolejną ważną lekcją tego roku jest to, że powinniśmy zawsze spróbowac, nawet jeżeli nam się nie uda. Zawsze podejmijmy próbę. Ale nigdy nie przestańmy próbowac, bo w momencie kiedy to zrobimy, będzie to nasza porażka.

“Ever tried. Ever failed. No matter. Try Again. Fail again. Fail better.” | Samuel Beckett

“Don’t tell me the moon is shining; show me the glint of light on broken glass.” | Anton Chekov

“When it’s over, I want to say: all my life I was a bride married to amazement. I was the bridegroom, taking the world into my arms. When it is over, I don’t want to wonder if I have made of my life something particular, and real. I don’t want to find myself sighing and frightened, or full of argument. I don’t want to end up simply having visited this world.” | Mary Oliver

“Anything or anyone that does not bring you alive is too small for you.” | David Whyte

Nie zadowalajmy się zbyt małymi rzeczami. Oczekujmy jak najwięcej. Szczęście sprzyja tym, którzy w nie wierzą i tym, którzy są marzycielami. Naprawdę.

“Another year is fast approaching. Go be that starving artist you’re afraid to be. Open up that journal and get poetic finally. Volunteer. Suck it up and travel. You were not born here to work and pay taxes. You were put here to be part of a vast organism to explore and create. Stop putting it off. The world has much more to offer than what’s on 15 televisions at TGI Fridays. Take pictures. Scare people. Shake up the scene. Be the change you want to see in the world.” | Jason Mraz

Dzisiejszy dzien, stał się takim moim klejnotem w królewskiej koronie. Zrobiłam coś, co chciałam zrobic od dluższego czasu i wiem, że pól roku temu, miałabym obawy by podjąc próbę, jednak dzisiaj zamiast strachu czułam podekscytowanie. I mimo tego, że nie był to spektakularny sukces na miarę Oscara, to wiem, że jest to mój mały, osobisty sukces. Zrobiłam coś, czego wielu ludzi nie miałoby odwagi zrobic. 




niedziela, 23 listopada 2014

Honeymoon Avenue

Zapewne wszyscy znacie te urokliwe, świąteczne melodie, które roztapiają Wam serca i otwierają duszę. Są jak balsam, który równomiernie rozjaśnia nam myśli, wywołując pozytywne emocje.
Londyn, podobnie jak i inne miasta, powoli podryguje, w rytm grudniowej, świątecznej woni.

Tuż po genialnych zajęciach z tańca jazzowego, udałam się do zachodniego Londynu. Biegając między sklepikami, rozświetlonymi kolorowymi, migającymi światełkami, wstąpiłam do jednego ze sklepów z kartkami. Sklepy, w których można kupic tylko i wyłącznie kartki: świąteczne, urodzinowe czy kartki "Thank YOU" i inne, to coś, co znajdziecie na każdym rogu londyńskich ulic. Anglicy dają kartki non stop. Za wszystko. Jeżeli poczęstujecie ich ciastem lub zaprosicie na lunch, możecie byc pewni że wyślą Wam kartkę z podziękowaniem za to. Taką mają naturę i jest to bardzo miłe. Dostaniecie również kartkę jeżeli zdacie dobrze egzamin - kartkę z gratulacjami lub taką zwykłą kartkę z napisem "powodzenia", jeżeli zamierzacie zmierzyc się z jakimś wyzwaniem.

Do Świąt jeszcze długa droga, ale smagana melodiami świątecznymi, kupiłam wiele przepiękne zdobionych kartek dla moich przyjaciół i znajomych. Czy to nie kapitalne uczucie pakowac komuś prezenty?
Póki co, kupiłam już prezenty dla mojej klasy i mam nadzieję, że spodobają im się.

Anglicy uwielbiają chwalic swoje świąteczne puddingi, ale jeżeli mam byc szczera, to są one okropne w smaku. To taka mieszanka rodzynków i Bóg wie czego jeszcze. Mdłe i pozbawione fantazji, nie dorównają pachnącym ciastom, jakie goszczą na naszych stołach.

Moim ostatnim odkryciem wokalnym jest Ariana Grande. Młoda wokalistka, która występowała na Broadway'u, okupuje listy przebojów, muzyką zarówno typowo komercyjną jak i taką, która wprawia w przyjemny nastrój. Śpiewa zarówno własne utwory jak i covery. Jeżeli nie mieliście okazji jej posłuchac to polecam utwór "Honeymoon Avenue". Czysty głos, wysokie dźwięki, charakterystyczna barwa i umiejętnośc opowiadania wokalem. Ta młoda dziewczyna śpiewa dokładnie tak samo na żywo jak i na płytach i jest to nazwisko, które z pewnością będzie kiedyś silną marką. I wish I could sing like Ariana Grande.

Wiele jest utalentowanych, młodych ludzi, którzy brną do przodu i osiągają gigantyczne sukcesy. Również Maddie Ziegler, dziewczynka występująca w reality-show Dance Moms, ucząca się pod okiem tyranki Abby Lee Miller, może inspirowac. Bo czy ludzie z pasją nie inspirują? Polecam zarówno program z jej udziałem jak i jej taniec w "Chandelier", bo jej technika powala na kolana.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Shake it off !!! :D

"W życiu najcenniejsze są momenty, które wstrzymują nasz oddech".

Podobno szczęście sprzyja odważnym. Wyjeżdżając do Londynu, spełniło się moje marzenie o mieszkaniu w nim, ale nie przypuszczałam, że spełni się jeszcze jedno. To taneczne.
Za każdym razem kiedy wychodzę z sali tańca, na której ścianach, zawieszone są wielkie, połyskujące lustra, czuję się tak, jak gdybym wyszła z dobrej imprezy. Z miejsca, w którym mogłam się śmiac, miec dobrą zabawę a przy okazji robic coś, co sprawia mi wielką przyjemnośc. Coś, czym oddycham.

Londyn jest przepięknym miastem, ale żeby go docenic, trzeba po prostu móc go dotknąc. Musnąc się jego kolorytem, kulturą. Na sto procent. Słuchac angielskiego radia, oglądac angielską telewizję, rozmawiac z mieszkancami i pracowac wsrod nich. Wtedy, myśle że można wypowiedziec się w pełni, na temat tego, jaki jest Londyn.

Wyszlifowałam swoją rutynę. Nie przeszkadza mi jeżdzenie z północy na wschód, z południa na zachód, przesiadając się kilka razy z rzędu. Nie muszę już nawet czytac tabliczek na stacji metra, bo mimochodem wpadam z jednego pociągu do drugiego. Mimo tej typowo wielkomiejskiej szmiry, mimo zatłoczonego metra, mam do niego sentyment. Ale może dlatego Londyn jest mi tak bliski, bo i wiele z mojej polskości ma on w sobie. Ealing, to jedna z ciekawszych, "polskich" części Londynu. Miejsce, do którego często wracam na polski obiad lub by kupic polskie gazety. Ale też kafejki. Gorąca czekolada z rozpływającą się na niej lekką, bitą śmietaną. Jej aromat unosi się w powietrzu, wdzierając się swoją słodyczą do nosa. Do tego "red velvet cake", czyli przepyszne, krwisto czerwone ciasto, serwowane na żółtych, porcelanowych talerzykach. I bardzo chłodne Covent Garden, moja ulubiona ławka, pomiędzy drogimi sklepami i unoszącym się dymem.

Głośne klaksony dźwięczą, z impetem przedzierając tysiące ludzkich głosów. Na Leicester Square jak zwykle tłoczno. Wszyscy gdzieś się spieszą.
I ja też, spieszę się na autobus czy na pociąg, z książką Chelsea Handler - amerykańskiej komediantki z New Jersey - w ręku.

Spoglądam na bilet, na którym jest napisane Martha Argerich i Daniel Barenboim. I mam nadzieję, że ta chimeryczna, argentyńska pianistka, a zarazem żywa legenda, nie odwoła koncertu w londyńskiej Royal Festival Hall. Nie tym razem!

Grudzień zbliża się wielkimi krokami, a ja powinnam wreszcie ustalic priorytety. Cele. Pięc. Bo podobno jeśli czlowiek nie wyznacza sobie sam takiego celu, to szybko znajdzie sie ktos, kto wyznaczy nam swój cel. A tego nie chcemy.

środa, 5 listopada 2014

Nie wszystko złoto, co się świeci

Każdy z nas ma jedno życie, ale życie należące tylko i wyłącznie do nas, dlatego mamy prawo kreowac je tak jak tylko chcemy i nie mamy obowiązku tłumaczenia się z własnych wyborów. Nikt nie ma prawa narzucac nam swojego zdania. Ma prawo to zdanie miec, ale my mamy prawo to zdanie ignorowac. Nie toleruje nikogo, kto próbuje uzurpowac sobie prawo do mówienia innym ludziom, co powinni robic.

Coraz więcej ludzi zatraca się w codzienności, przeżywa swe życie zamiast nim życ. Zamykamy się w utartych schematach, bo tak wypada lub dlatego, że boimy się zmiany, a przy tym dusimy się w tej szarej codzienności, z trudem łapiąc powietrze. Ja tej zmiany strasznie potrzebuję.

Otaczajmy się pozytywnymi ludźmi, z którymi wymienimy się pozytywną energią. Ludźmi z poczuciem humoru, bo takich ze świecą szukac. Cieszę się, że mnóstwo takich złotych ludzi poznałam.

Jeżeli mamy ochotę coś zmienic, zmienmy to. Zróbmy cos dla siebie i nigdy nie stawiajmy nikogo przed nami. Nie chodzi o bycie egoistycznym, ale zdrowy egoizm, to ważna cecha.

Jakis czas temu, do moich drzwi zapukał sąsiad, którego tak naprawdę nie znam. Zamieniłam z nim w życiu kilka grzecznościowych zdań. Otworzyłam drzwi, wymieniłam się kurtuazyjnym how are you, po czym usłyszałam pytanie, po którym nie wiedziałam czy powinnam się zaśmiac czy zapłakac. Sąsiad ten zapytał się czy nie użyczyłabym mu swojego prywatnego laptopa na dwa dni. Myślałam, ze się przesłyszałam. Są chyba jakieś granice bycia życzliwym? Książkę, cukier, skorzystanie z internetu tak. Ale jak można prosic kogos o oddanie na dwa dni, bez żadnego nadzoru laptopa, pełnego prywatnych danych i dokumentów?

I jeszcze jedna refleksja. Londyn jest pełen znanych ludzi. Ludzi na naprawdę wysokich stanowiskach i nie trudno takich poznac. Jednak traktujmy zawsze wszystkich na równi, bo wielu z tych, którzy piastują te wysokie stanowiska, niejednokrotnie ma niezwykle znikomą wiedzę na jakikolwiek temat.




niedziela, 12 października 2014

Jazz, komediowa Chelsea i gorąca czekolada

Pada. Stukot, za stukotem. Otwieram oczy. Uporczywy budzik, rzęzi fałszywym tonem. 6:40. Jeszcze chwila. Za oknami ciemno, brak światła i ten natrętny deszcz. Słyszę brzęk. Na oknie, leniwym krokiem, spaceruje sobie "daddy long-legs". Typowe dla Anglii. Otwieram szkatułkę z dobrym humorem, aplikując jej zawartośc do duszy. Po co rozmieniac się na drobne? Nie zdezerteruję. 7:40. Zakładam kupione wczoraj kalosze. Zawsze wzdrygałam się na ich widok. Są dla mnie niemodne, jakkolwiek, ktokolwiek, by ich nie promował. Wyglądają koszmarnie i są dla mnie bez polotu. No tak. Czyżbym się starzała? Nie. Mam młodą duszę. I młode ciało. Ale zakładam te kalosze, bo wolę to, niż mokre buty.

Czuję się jak na skrzydłach. Pełna entuzjazmu. Mimo tego deszczu. Mimo szarości dnia. Mimo, że moje życie nie jest idealne.

Słyszę głos J. Krzyczy: "Anna". Odwracam się. Mówi, że nie działa telewizor. Jakby był to największy news dnia. Mówię że trudno, on, że skończył czytac "Matyldę". Wchodzę w angielski ton, z zachwytem wykrzykując: "Excellent!" To go motywuje. Obiecuję, że pozwolę mu pokazac swoje karty wieczorem, a on, już szaleje na moim punkcie. Oh, dear.

Idę tą samą uliczką co zawsze, w kierunku przystanku. Wiem, że mam doładowaną oyster, więc spokojnie łapię autobus. Potem biorę "victorię" i spędzam w niej długi kawał czasu. Otwieram "Nanę" Zoli, którą obiecałam sobie przeczytac. Po angielsku. Ale książka ta nudzi mnie coraz bardziej. I w tym jest jej cymes. Nic się w niej nie dzieje. Odkładam ją do torby, czekając, aż dojadę na miejsce. Gdy opuszczam stację, nastaje ta genialna, sobotnia chwila, kiedy jestem przez 15 minut sama. Bez nikogo. Mam ten błogosławiony, święty spokój (po całym tygodniu), więc wdycham to deszczowe powietrze, uśmiechając się do siebie. 

Gdy przekraczam próg szkoły, widzę czekające dzieci i ich rodziców. Obchodzimy "Dzień Nauczyciela", a w pokoju czeka przepiękny tort, upieczony przez Anię i Pawła. To rozbudza pozytywną atmosferę i radośc na twarzach nauczycielek. Wspaniała chwila, w gronie świetnych ludzi, kiedy można wypic kawę czy herbatę z mlekiem (które musi byc!) i wymienic się spostrzeżeniami. 

Następnie spotkanie z moimi nowymi rodzicami, lekcja o frazeologizmach i apel. Na apelu, losowaliśmy różne zadania do wykonania. Wiedziałam że trafię albo na opowiedzenie kawału, albo na śpiewanie. Chyba jestem profetką, bo wylosowałam śpiewanie! I mimo, że kocham śpiewac, to nie jestem najwybitniejszą wokalistką. Postanowiłam zatem wybrac kilka dzieci i zaspiewac razem z nimi. A że pozwolono mi zagrac na pianinie, tak więc, stałam się akompaniatorką dla moich utalentowanych wokalistów. 

Po zajęciach skończyliśmy przepyszny tort, a ja udałam się na Ealing. 

Wieczorem oglądałam mecz Polska - Niemcy. Wraz z A. i J. 
A. stwierdził, że Niemcy są znakomici, no i ostatnio wygrali mistrzostwa. Ja odpowiedziałam: Well... That was a miracle. And you know... miracles sometimes happen. 

Późną nocą, zasładzałam się słodkim mango, oglądając moje ulubione reality show - Dance Moms. Po angielsku. 
Przypadkiem też, dowiedziałam się czegoś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Życie zaskakuje.

Niedziela była przepiękna. Szłam Covent Garden, kierując się w kierunku bocznej uliczki, między drogimi restauracjami. Uwielbiam tam przesiadywac, wdychając to chłodne, październikowe powietrze. Wprawdzie padało, ale miałam swoją klasę jazzu (której oddałam serce), udało mi się poznac S. (!) i delektowac się francuskim przysmakiem z Marca i Spencera, z pysznymi kawałkami brzoskwiń. Nowa tradycja?

Czy jest cos genialniejszego niż wieczór w Londynie, w kawiarni, z gorącą czekoladą i bitą śmietaną oraz bestsellerem Ch. Handler? Uwielbiam tę kobietę! 

W domu czekało na mnie Sherped's pie. Mój niedzielny obiad od E. Już odliczam dni do weekendu.

środa, 8 października 2014

I'm starving!

Poniższy przepis jest dla wszystkich tych, którzy kochają się w szybkich daniach, a także dla tych którzy odpychają od siebie dania makaronowe oraz śmieciowe, angielskie jedzenie.

Gdyby Anglicy poza oglądaniem obrazków, czytali również zawartośc książek kucharskich, ich problemy z nadwagą zniknęłyby w mgnieniu oka.
Jak się bowiem okazuje, Londyn, to nie tylko najdroższe miasto na świecie (jeżeli chodzi o utrzymanie się), ale i stolica największej ilości ludzi otyłych.

Jeżeli przytłacza Was ta okropna, jesienna pogoda i zamiast poddac się melancholii, szukacie w sobie choc odrobinę euforii, może dobrze będzie zacząc od ugotowania sobie nowego dania? Przygotowanie go zajmie Wam nie więcej, niż 20 minut.

Składniki: (1 lub 2 porcje, w zależności od tego, jak bardzo jesteście głodni)
- dwa filety z kurczaka
- kuskus (100 g)
- puszka czerwonej fasolki (dodajcie tyle, ile lubicie o ile w ogóle)
- dwie rzodkiewki
- 2 spring onions (szumnie brzmi, a jest to po prostu szczypior)
- ogórek (opcjonalnie)
- chutney (tylko nie kupujcie owocowego)

Przygotowanie:
1. Kurczaka pokroic w kostkę i usmazyc.
2. Kuskus (wsypac do naczynia/foremki etc. i zalac wrzatkiem, odczekac kilka minut)
3. Gotowy kuskus obsypac pokrojona rzodkiewka, fasolką, szczypiorem oraz kurczakiem. Dodac chutney dla smaku.

Powodzenia!


wtorek, 7 października 2014

Arktyka

Chłodno w tym Londynie. Snuję się znajomymi uliczkami, w mojej dzielnicy, przemarzając do cna. Jak gdybym znalazła się w samym centrum Arktyki. Policz do trzech. Nawet jak na emfazę, brzmi to zbyt szumnie. Raz, dwa, trzy. Nie jest aż tak zimno, ale chłód roztapia się na każdym centymetrze mojego ciała. Autobusy wymijają się na zakrętach, a ja desperacko spoglądam na czerwone światło, próbując jak najszybciej dojśc do domu. Brrr. Jak na złośc, samochody gonią jeden za drugim.

W zeszłym tygodniu miałam przyjemnośc spotkania się z moimi znajomymi, którzy mieszkają obecnie w stanie Washington, ale postanowili zrobic sobie wycieczkę po Europie. Spędzili pięc dni w Londynie, a następnie w Paryżu i Amsterdamie. Pięknie? Ja jestem skazana na Londyn i nie mam nic przeciwko. Też jest piękny. Zwłaszcza jesienią. Zwłaszcza South Kensington. No i Covent Garden.

Spotkaliśmy się na parterze, w hotelu znajdującym się w samym centrum Londynu, tuż przy stacji Westminster. Z ich okna widoczny był Big Ben i cała magia tego gwarnego miasta.

Zaprosili mnie na śniadanie. Amerykanie mają bardzo otwarte usposobienie i mentalnie, są totalnym przeciwieństwem Anglików. W hotelu serwowano typowo angielskie jedzenie. Typowa fasolka w sosie pomidorowym, której wartości odżywcze są tak wątłe, jak ratlerek stojący obok tornada; jajecznica z kiełbaskami i cała reszta. Zjadłam jajecznicę i kanapki, popijając kawą (której nie znoszę).

Zdążyłam na czas, ledwo się wyrabiając. Szybko sprawdzając czy bliżej będzie ze stacji Waterloo czy też Westminster, wybrałam tę drugą, kierując się mapką w telefonie. W ostatniej chwili udało mi się kupic cztery typowo komercyjne, angielskie kubki, aby dac moim Amerykanom pamiątki z Londynu. Kubki te miały napisy: Keep calm be happy etc.

Wspaniale było ich spotkac, posłuchac tego wyśmienicie brzmiącego, amerykanskiego akcentu, po czym wrocic do codziennosci, biegnac co sił, by zdązyc zrobic zakupy na lunch, by pozniej go przygotowac.

W zeszłą środę upiekłam czekoladowy tort, z okazji urodzin N.
Wróciłam też to prywatnych lekcji angielskiego z D., przemakając do cna, w strugach okrutnego deszczu.
Mój nowy nauczyciel to Anglik. Im dłużej mieszkam w Anglii, tym bardziej zaczyna mnie irytowac ich mentalnosc. A może sposób bycia. Lovely, w ustach faceta brzmi nieco... No właśnie. Dokończ zdanie. Lubię pochwały, ten system jest znakomity, ale wydaje mi się, że Anglicy nie wyważają tych pochwał tak jak powinni. Bo jeżeli mają doczynienia z czymś, co możnaby określic jako 20 % czyichś możliwości, to dlaczego okraszają swoje wypowiedzi trzykrotnie powtórzonym excellent, zamiast powiedziec: Jesteś świetna, ale popracuj jeszcze nad tym i nad tym?

niedziela, 28 września 2014

Amerykanie

Ostatni tydzien minął mi niesłychanie szybko i bardzo pracowicie. Od poniedziałku starałam się zakonczyc projekt, na który miałam tylko 15 dni. Udało mi się napisac 62 strony po angielsku (nie zdradzam co to było) i chyba dopiero dzisiaj mogę odetchnąc. Cały tydzien byłam bardzo niewyspana, a na dodatek złapałam przeziębienie od J.

Strasznie ucieszyło mnie nadejście soboty, kiedy mogłam spotkac się z grupą ludzi, z którymi lubię spędzac sobotnie poranki, a następnie z moją nową klasą i nowymi rodzicami. Genialnie jest pracowac z zespołem osób, którzy są niesłychanie mili i kompetentni.

Niedziela przywitała nas piękną pogodą. Londyn odbija się blaskiem wrzesniowego słońca, a Covent Garden, tonie w natłoku ludzi. Nie wierzę w reinkarnację, ale jeśli się mylę, to mam nadzieję że w kolejnym wcieleniu będę tancerką. Niedawno rozmawiałam z jedną ze znajomych na ten temat. Znajoma ta stwierdziła: "Nigdy nie wiesz. Może w poprzednim życiu byłaś tancerką, dlatego tak mocno cię do tego ciągnie". Ciągnie. Nazbyt mocno.

Wtorek zapowiada się niezwykle interesująco. W zeszły piątek, rodzice mojej starej znajomej (Amerykanie) przyjechali do Londynu. Są tak samo mocno zajęci, jak ja, ale udało nam się dopasowac termin spotkania i tak też, w przyszły wtorek, zjem  z nimi śniadanie.

Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, nie mogłam nasłuchac się tego pięknego akcentu. Moje serce zawsze nalezało i będzie nalezec do Londynu, ale sentymentem, zawsze będę darzyc Nowy Jork. I mam nadzieję, że kiedyś tam zamieszkam.

czwartek, 18 września 2014

Z przymrużeniem oka

Prawie północ. Nad domem latają samoloty, ale udało mi się przywyknąc do tego hałasu. Namiętnie oglądam "Dance Moms" - reality show, w którym młode tancerki, w niewielkim odstępie czasu, startują w kolejnych zawodach. Ich choreografka, Abbey, jest wcieleniem zła. To Gordon Ramsay w spódnicy, a nawet i gorzej. Program pełen jest przezabawnych fragmentów, ale i interesujących tekstów, czy też wspaniałych talentów. W mojej szkole tańca, bardzo trudno w ostatnim czasie dotrzec do pierwszego rzędu, tuż przy lustrze. To najlepsze miejsce. Tymczasem pierwszy rząd okupowany jest przez tancerzy zaawansowanych, którzy zostają na drugą godzinę i zajmują miejsca. Przez bardzo długi czas stawałam tuż przed lustrem, dopóki nie zostałam zdetronizowana. W ostatnim czasie do grupy przychodzi znacznie więcej nowych ludzi, shit. A nie ma większej przyjemności, dla kogoś kto kocha i zawsze marzył o tańcu, nad przyjemnośc tańczenia tuż obok tak wybitnej choreografki, jaką jest nasza nauczycielka tańca. Taniec otworzył mi oczy na wiele sfer.

Wdycham to genialne, "wiosenne" powietrze, odliczając dni do jazzu i do sobotnich zajęc w szkole - kiedy spotkam się ze wspaniąłą grupą ludzi oraz z moją genialną klasą! Kocham weekendy!
I to właśnie zmotywowało mnie do spisania tego, jakie cele muszę osiągnąc w ciągu najbliższych 6 miesięcy.

1. Przejśc do wyższej grupy na jazzie - chodzic na wszystkie dostępne mi grupy (w końcu mamy tylko dwie nogi: lewą i prawą! Nic trudnego. Choreografia dla profesjonalistów? Nie powinnam się mylic w układzie, nawet dla zaawansowanych. Kiedyś dojdę do poziomu szpagatu w powietrzu! :D )
2. Skończyc pisac moją książkę! (King mówił, że na wenę się nie czeka. Po prostu się pisze. Jeśli on kierował się tą maksymą, pisząc "Bezsennośc", to już wiem czemu tytuł i sama książka, działała na mnie wręcz odwrotnie. Z góry przepraszam jej fanów. Była senna. )
3. Zmienic sposób odżywiania. (Pasta to słowo, na które się wzdrygam. Chcę miec płaski brzuch! Jestem tancerką, czy też nie?)
4. Cwiczyc o wiele więcej, chociaż i tak jestem dumna, bo cwiczę sporo! (Tak, tak. 10 minut dziennie) ;)
5. Miec wokół siebie tylko pozytywnych i inspirujących ludzi.
6. Zadziałac z dramą!
7. Zdac kolejny certyfikat z angielskiego. (I dac wyłudzic kolejne sto funtów)
8. Wrocic do fortepianu! (Nic nie wydaje się w życiu trudniejsze, niż rozczytac, a potem zagrac w tempie i polocie 3 Racha)
9. Wiecej jezdzic! (Lewa strona!)
10. Brac regularne lekcje w Chancery Lane! (Z panem aktorem)
11. Minimum 1 post tygodniowo.



niedziela, 14 września 2014

Is that for charity?

Spacerowałam ostatnio po Covent Garden. W letargu wrześniowego słońca, zachwycona jazzem, kierowałam się w stronę metra na Leicester Square. Uginając się pod ciężarem toreb, strudzona szukałam "oyster card". Wyciągając z jednej z toreb skórzaną kurtkę, nie zauważyłam (moim legendarnym wzrokiem), że kieszenie od kurtki są otwarte. W mgnieniu oka, na wąskiej uliczce rozsypały się złote i srebrne monety, a Covent Garden wzdrygnęło się od brzęku pensów. Stanęłam jak wryta i daleka od eufemizmów rzuciłam pod nosem jakieś niewybredne słowo. Relax - pomyślałam. Stanęłam obok, obserwując sytuację. Monet było mnóstwo. Przechodzące dzieci i dwie inne osoby, zaczęły zbierac monety, niczym ptaki rzucające się na okruchy chleba. Poczekałam. Uśmiechnęłam się. Podeszłam i powiedziałam: Oh, that's mine. Thank you. Dzieci oddały mi pieniądze, inni ludzie również zaczęli je zbierac, po czym wszyscy w rządku, zaczęli mi je podawac. Pewien Anglik, z szelmowskim uśmiechem powiedział: "Is that for charity?"
Z pewnością! :D

poniedziałek, 8 września 2014

KOKO

Wrzesień w Londynie ma to do siebie, że przypomina bardziej przełom kwietnia i maja. Londyńskie ulice, jak na początek września przystało, muśnięte są jaskrawymi promieniami słonecznymi.

Pewnie każdy z Was zna te pełne possy obrazki filmowe, kiedy to zdesperowani ludzi biegną co sił, by dogonic uciekający im sprzed nosa autobus. Też to znam. A w codziennym życiu, gonienie autobusu jest nawet bardziej karykaturalne. Wysokie buty, samochody które przemykają z głośnym echem oraz czerwony, angielski autobus, który właśnie podjeżdża pod przystanek od którego jestem zbyt daleko. Trzy, dwa, jeden, start. Przebiegam na czerwonym. Raz, drugi. W Londynie to norma. Po czym udaje mi się złapac autobus, a mój poziom adrenaliny sięga zenitu, bo słynne "Oyster cards" mają to do siebie, że nie zawsze są przeze mnie na czas doładowane. Znacie to? Kiedy nie ma czasu albo pobliskiej stacji, aby sprawdzic stan oysterki, a my z biciem serca stajemy przed czytnikiem w autobusie z pulsującym oczekiwaniem czy zapali się zielona czy czerwona lampka? Czerwona to dramat, bo od niedawna nie można zapłacic w autobusie za bilet, przez co wspomniany autobus, trzeba opuścic. A potem? Szukac sklepów lub stacji żeby doładowac kartę, po czym znów czekac na nastepny.

W ostatnią niedzielę poza jazzem, w którym jestem zakochana, udałam się na koncert Agnieszki Chylińskiej i Dawida Podsiadło. Koncert miał w miejscu w sławetnym KOKO, znajdującym się w imprezowej części Londynu, zwanej Camden Town.

Dawid Podsiadło zaprezentował wysokiej jakości zdolności wokalne. Jego kontakt z publicznością był bardzo zachowawczy, a on sam niezwykle kulturalny i skupiony na muzyce. Jego wypowiedzi czy komentarze były lakoniczne i dokładnie takie jak w wywiadach. Kwieciste zdania nie są jego mocną stroną, a on sam na pewno nie jest typem showmana, mimo, że tak czy siak, należy do układanki "szołbiznesowej". Ale może to i dobrze? Bo w końcu mamy różne osobowości, różne nurty i ZAWSZE powinno chodzic przede wszystkim o muzykę.

Po ponad godzinie na scenę weszła Chylińska. Totalny kontrast. Dała popis swoich najbardziej znanych numerów, dając wspaniałą rozrywkę publiczności. Stałam tuż pod sceną. Chylińska była pełna humoru i żartów. Kiedy rozmawiała z publicznością, non stop wspominała że ma teraz dzieci i nie ma czasu koncertowac. Pewien męzczyzna z publiczności krzyknął: Ja się nimi zajmę! Chylińska odpowiedziała: Taaa, Ty się zajmiesz. A co Ty wiesz o dzieciach, kurwa. (odpowiadając w swoim charakterystycznym, ciętym stylu).

Melodie, bardzo znane mi od dziecka przenikały mi do duszy, przypominając o czasach, kiedy mieszkałam w Polsce. Mimo, że chciałabym zostac w Londynie jak najdłużej, to momentami czułam, że życie w polskiej stolicy byłoby o wiele łatwiejsze, a życie w Londynie powoduje mnóstwo trudnych i stresujących sytuacji,  których osoby - nigdy nie mieszkające na obczyźnie - nie zrozumieją. Większośc ma przed sobą obrazek pięknej stolicy i zdjęc, wrzucanych z weekendu, a tak naprawdę nie widzi tej typowej prozy życia.
Miałam nawet myśl, ze gdybym wróciła, byłoby mi łatwiej. Prościej. Ale zbyt wiele trzyma mnie w Londynie i zbyt wiele rzeczy w nim kocham.
Myśl ta, bardzo szybko zniknęła z mojego umysłu.

Po koncercie, grupa ludzi (bardzo niewielka) czekała tuż przed wejściem, aby dostac autograf Chylińskiej albo zrobic sobie z nią zdjęcie. Nie było tłumu. Podpisanie płyt zajęłoby jej nie więcej niż 10 minut. Osoby te czekały tam przez ponad 40 minut. Gdy Chylińska wyszła z KOKO, ludzie gratulowali jej (tak po ludzku i mega kulturalnie): "Agnieszka, to był świetny koncert" etc. Ona jednak, nie zwróciła twarzy w stronę grupki tych osób, nie rzuciła nawet zwyklego "dzięki". Nonszalancko i bez klasy schowała się za ramionami ochroniarza, zakryła się, po czym rzuciła krótkie "O matko". Pomimo, że koncert i jej osobowosc jest na pewno ciekawa, to moim zdaniem takie zachowanie swiadczy o braku szacunku do publicznosci. Bo to dzieki ludziom jest tu gdzie jest, bo autografy są mimo wszystko formą jej pracy. I gdyby powiedziała "Sorry, ale jestem zmęczona. Miło było dla Was zagrac", to ludzie by to zrozumieli. Tymczasem Chylińska wyszła jak gdyby była gwiazdą formatu międzynarodowego, z emfazą uwydatniając swoją ignorancję. Myślę, że artysta, który używając eufemizmu, olewa swoją publicznośc i tylko zbiera kasę za koncert, mając wszystkich w dupie, nie zasługuje na miejsce, w którym jest. Bo tego zwyczajnie nie docenia.

wtorek, 26 sierpnia 2014

"Britisz aksent?"

Miałam piętnaście lat. I mimo tych piętnastu lat, tkwiła we mnie świadomośc daru od losu. Daru, który nie każdemu jest dany.
Ach tak, tak. Wiem. Wstęp niczym z dzienników poczytnych poetów. Ale czytajcie dalej, drodzy czytelnicy.
Tym razem nakieruję się w stronę puentowania.
Darem tym był dzień, w którym posłana zostałam - w wieku lat ośmiu - do szkoły muzycznej. Wtedy zaczęła się wielka pasja. Bo w końcu niewiele osób zostaje w tak młodym wieku nakierowanych artystycznie. Mając osiem lat nie wiemy jeszcze, że istnieje coś takiego jak szkoła muzyczna, szkoła baletowa, szkoła tańca, łyżwiarstwo figurowe, szkoła sportowa. Mamy szczęście lub jego brak. Czasem to właśnie to my jesteśmy posłani do szkoły artystycznej, co odróżnia nas od naszych rówieśników. To ogromny dar jaki możemy otrzymac. Bo uczęszczając tam przez wiele lat, zdobywamy umiejętności, których inni, w wieku lat 20 nie nabędą za pstryknięciem palca. To nie jest umiejętnośc komunikatywnego posługiwania się językiem obcym, którego można nauczyc się stosunkowo szybko. Igram z ogniem? I z tym różnie bywa. Bycie pianistą, bycie tancerzem, a wreszcie sportowcem, to bycie kimś, kto na swoje umiejętności pracował kilkanaście lat. Nikt inny, nie nabędzie ich w rok. Ba. Nawet w kilka lat. Bo w końcu nie nauczysz się grac Appassionaty w rok, nie mając wcześniej styczności z fortepianem. Nie zagrasz koncertu wiolonczelowego Elgara, jeśli nie uczyłeś się grac na wiolonczeli od dziecka, nie zrobisz perfekcyjnego technicznie szpagatu w powietrzu, okraszonego potrójnym piruetem, jeśli nie biegałaś/eś - używając eufemizmu - na salę każdego poranka, samotnie okręcając się wokół własnej osi. Aż do zasranego znudzenia. Albo jeśli nie powtarzałaś w kółko tego samego motywu oktawowego. Z różnym efektem. Pasja to wspaniały dar. Chyba zawsze będę załowac, że nie zostałam zapisana do szkoły tanca. Ale w końcu nie można realizowac dwóch wielkich pasji. Bo niby jak? Pianistką i tancerką w tym samym czasie? Marzenie ściętej głowy. Ale moją duszę ciągnie w kierunku tańca, tak jak gdybym w poprzednim wcieleniu miała z nim stycznośc. No dobra. Nie wierze w poprzednie wcielenie, ale tak właśnie czuje. Zdarzało mi się popadac w marazm, tak jak każdemu człowiekowi. Kiedy zapominamy o tym, że w życiu jest tak wiele pozytywnych emocji, tak wiele do odkrycia. Taniec mi o tym przypomniał. Zwłaszcza kiedy mijam sale w szkole tańca i obserwuje ludzi, którzy w kólko cwiczą piruety, skoki, wymach nóg. I ta piekielna pasja, która iskrzy w ich oczach. I marzenia. Tańczenia w największych teatrach. Nie chcę byc gorsza. Teoretycznie jestem amatorką, ale już nie aż tak bardzo. Chodzę tam od roku. Dużo się nauczyłam. Chcę przejśc do wyższej grupy i wiem, że taniec to cos, czego nigdy nie będę robiła zawodowo (bo w końcu za późno zaczęłam, więc nie dla mnie castingi do teatrów na West Endzie), a mimo to coś, co przydaje się w życiu. Jesteśmy bardziej sprawni, cwiczymy, mamy lepszą kondycję, więcej endorfin. Zwłaszcza, że taniec jest nierozerwalnie związany z muzyką, a ta jest niezwykle bliska memu sercu. Klasyczna i nie tylko. Może to trywialne, ale czasami, ludzie na pytanie co lubisz w życiu robic albo jaką masz pasję odpowiadają: eee, lubię czytac. Lubię słuchac muzyki. To nie pasja. To hobby. Pasja to cos, czemu oddajesz duszę. I cwiczysz. Pasja wymaga poswiecenia. Ale daje równiez wiele satysfakcji.

Wyjezdzając do Londynu byłam zdania, że można wypracowac mówienie z brytyjskim akcentem. Bo jeśli już mówię po angielsku, to chcę mówic dobrze. Bo jesli chce sie pracowac na stanowisku na którym jest bardzo dużo konkurencja, perfekcyjny język to podstawa. Wierzyłam, że można mówic z innym akcentem. Jeśli tylko włozy się w to dużo pracy. Później, zwątpiłam w to, że jest to możliwe. Aż do ostatniego piątku, kiedy poznałam Polaka, który mówi z czystym, brytyjskim akcentem. Nie mogłam uwierzyc, że można dojsc aż tak dobrego poziomu zaawansowania. Dużo czytałam o pracy nad akcentem i w wiekszosci nawet ludzie pracujacy nad zgubieniem akcentu wiele lat, nie mogli się go pozbyc. Nawet jesli brzmieli bez polskiego akcentu, to akcent był po prostu nieokreślony. Ale nie czysto francuski/hiszpańki/angielski. A tu nagle, spotykam Polaka, który mówi najbardziej perfekcyjnym angielskim, jaki w życiu słyszałam. Możliwe? Tak. To była karkołomna praca, jak stwierdził, ale nie jest to niemożliwe. Zainspirował mnie. Zwłaszcza że żaden Anglik nie poznał się na tym, że Polak ten nie jest Anglikiem. To też pasja. Pasja do języków.Potrafię sobie wyobrazic jak wiele pracy go to kosztowało i choc niektórzy powiedza: "Ale po co pozbywac sie akcentu, przeciez jestes Polakiem", ja odpowiem: "Warto byc dumnym z bycia Polakiem, warto mówic pieknymi, polskimi zdaniami, ale kiedy mówimy w innym języku, warto mówic tym innym językiem".  Jak najlepiej. Bo polski akcent nie jest do niczego potrzebny językowi angielskiemu/francuskiemu itd. Tak jak angielski akcent nie jest potrzebny przy posługiwaniu się polskim. Kiedy mówię po polsku, chcę mówic po polsku. Jak najczyściej się da. Kiedy mówię po angielsku, chcę mówic po angielsku. Jak najlepiej. Nie wymawiając słowa "manage" na 300 sposobów, bo może mnie zrozumieją. Zaawansowanie w wymowie świadczy o naszych umiejętnościach lingwistycznych. A praca nad językiem, to niezwykle pasjonująca praca.

sobota, 23 sierpnia 2014

Beneath your beautiful

Tak długo jak tańczysz jesteś szczęśliwa.

Czas biegnie niczym rasowy biegacz, wyprzedzając wszystko inne na naszej drodze. We wtorek będzie moja druga rocznica pobytu w Londynie. Ale tak naprawdę to od października zeszłego roku wszystko zaczęło składac sie w czytelną układankę. Wspomnień jest mnóstwo. A wspomnienia potęgują znajome zapachy, przypisane do konkretnych miejsc, melodie, rutyna. Beneath your beautiful to piosenka, która zawsze będzie kojarzyc mi się ze szkołą tańca. Kiedy zaczęłam chodzic na jazz, w każdą niedzielę wstawałam z ekscytacją na to, co mnie czeka. Nie przeszkadzał mi padający deszcz i pazdziernikowy chłód, cieszyły przebłyski wiosennego wiatru. Zawsze będę pamiętac czytanie ksiązek w metrze, przeciskanie się przez tłumy ludzi w "pikadelce" oraz bieganie do windy w Covent Garden, żeby jak najszybciej dotrzec na miejsce. Zapach szkoły tańca też utkwił mi w pamięci. Tak jak zapach gorącego kakao z cynamonem, przedziera się przez nozdrza w chłodny, jesienny wieczór, tak zapach szkoły od razu, jak za ruchem magicznej różdżki oddala mnie od codzienności. Tancerze, ci zawodowi, biegają z góry na dół lub cwiczą na korytarzu. Mijam recepcję, słyszac dźwięk otwieranych drzwi. Idę na pierwsze piętro, już z oddali słysząc głos naszej choreografki, która pełna energii, roznosi pozytywne myślenie. Jeśli nie mam czasu na szybko herbatę z mlekiem i red velvet cake, kupuję coś na miejscu, po czym stoje w okienkach obserwując zaawansowaną grupę. Beneath your beautiful rozbrzmiewało przez miesiąc przy każdej rozgrzewce. Przy tym wszystkie pozycje, które wywodzą się z baletu, pięknie komponowały się z rytmem muzyki. Muzyka to najlepsze katharsis.

Ostatnie kilka dni pełne były pomyłek lub innej, niż dotychczas rutyny. Ostatni jazz pełen był genialnej choreografii, ale moje myśli były gdzie indziej. Zakochana w jazzie, postanowiłam jeszcze raz przyjśc na zajęcia w poniedziałek, bo tylko w te 2 tygodnie poniedziałki są wolne, a w każdy poniedziałek cwiczymy ten sam układ co w niedzielę. Układ cwiczyłam w domu i pełna entuzjazmu, po truskawkowo-naleśnikowym śniadaniu, czekoladowymi tostami i pogawędką z rodziną moich Anglików (która przyjechała do Londynu w wakacje, a którą przywitałam moim zmodyfikowanym przepisem na fish pie), wyruszyłam na cytrynowy tort i obiad na Ealingu, a następnie w kierunku Covent Garden. Padało. Bardzo mocno. Przemoczona, pomimo posiadania parasolki, weszłam do szkoły, będąc kilkanaście minut przed czasem. W poniedziałki zajęcia są w innych salach niż zwykle. Na górze. Stanęłam pod salą, pod którą stały dwie znajome mi twarze, z grupy niedzielnej. Zeszłam na chwilę na dół, po czym wróciłam w to samo miejsce, widząc że grupa weszła do środka. Weszłam i ja. Niestety po jakimś czasie do klasy weszła inna choreografka (byłam kiedyś na 2 zajęciach z nią). Myślałam, że jest to zastępstwo. Godzina się zgadzała. Twarze też. Jazz. Górne piętro. Pierwsze 10 minut było typową rozgrzewką, ale nieco bardziej zaawansowaną niż zwykle. Choreografka mówiła francuskie nazwy, a tancerze odpowiednio się ustawiali. Dałam radę. Dzięki temu że pewne elementy się powtarzają, a ja chodzę do tej szkoły już prawie od roku. Nagle, po kilku minutach, drzwi uchyliły się a ja usłyszałam melodię z niedzieli. W innej sali, gdzieś na górze. Moją choreografię. Moją godzinę jazzu. Wtedy, uswiadomiłam sobie że pomyliłam sale, a że nigdy nie chodziłam tam w poniedziałki, odruchowo poszłam na górę, a następnie weszłam za znajomymi ludzmi z grupy jazzu. Nie pomyślałam tylko, że te znajome twarze, to tancerki które zaczęły tańczyc w wieku 8 lat, wtedy, kiedy ja zaczęłam grac na fortepianie. Było juz za pozno, aby zmienic sale. Zaplaciłam za tę godzinę, poza tym nie można się spozniac.
To, że ludzie chodzą na różne grupy, czasem nawet na bardziej zaawansowane jest normą. Każdy chętnie poznaje innych choreografów.

Schody zaczęły się, gdy choreografka powiedziała po francusku (!) sic! aby tancerze usiedli w szpagacie. Rozejrzałam się dokoła, i prawie wszyscy (grupa liczyła około 25 osób) usiedli w szpagacie. Wielkie lustra, przyczepione do wszystkich scian znakomicie to zilustrowały. Oczywiście nie jestem jeszcze na tyle zaawansowana, by wykonac takie cwiczenie. Usiadłam tak jak niektórzy, ze zgiętą z tyłu nogą, a wyprostowaną drugą. Choreografka podeszła do mnie i dała wskazówkę, iz palce u stopy muszą byc wyprostowane. Jakie palce? - pomyślałam. Jeśli nie ma nawet szpagatu - wyprostowałam się, prostując przy tym palce. Choreografia była bardzo trudna i piękna zarazem. Dałam radę, ale najwięcej przyjemnosci czerpie sie zawsze z zajec na swoim poziomie zaawansowania tanecznego. Gdy wyszłam z sali, chwyciłam leżace na recepcji harmonogramy zajęc sprawdzajac w jakiej grupie przez przypadek wylądowałam. "Advanced" przeczytałam.

Konkludując: Póki tańczymy jesteśmy szczęsliwi. First position parallel wybrzmiewa mi juz od dłuższego czasu w głowie. Zafascynowana tańcem obejrzałam ostatnio dwa filmy. Centre Stage - turn it up i Billy Elliot. Oba bardzo pięknie obrazują miłosc i pasję. 

To był ostatni dzień wakacji. Od jutra rytyna.

Parallel... 


środa, 6 sierpnia 2014

I am going to celebrate it!

"Wartośc butelki zmienia się w zależności, czy sprzedawana jest na pustyni czy przy wodospadach".

O tak czytelnicy! Kiedy w czasach studenckich miałam przed sobą perspektywę trzech miesięcy wakacji, nie zawsze doceniałam ich wartośc. Jednak pewnego dnia zaczęłam szukac oddechu. Zwłaszcza kiedy zaczęłam pracowac od poniedziałku do piątku z maksimum dwugodzinną przerwą w ciągu dnia, kiedy w sobotę wstawałam by dzielnie stawiac czoła przygotowaniom do egzaminu GCSE, a w niedzielę biegałam po całym Londynie. Nie żebym tego nie lubiła. Miałam chwile, kiedy uśmiechałam się do siebie na przystanku, ciesząc się możliwością mieszkania w mieście, które kocham i spotykania ludzi, których uwielbiam...

Ale. Ostatnio...

Celebrowałam każdą chwilę odpoczynku. Siadałam na moment w kawiarni, żeby przestac biegac i chwilę odpocząc. Ale każdego dnia, budzik z całym majestatem swojej bezczelności, budził mnie o znienawidzonej 6:30, wyrywyjąc z mojego wielkiego i miękkiego łóżka. Otwierałam oczy i nawet nie wstając miałam w głowie: Again? Podchodziłam do lustra, i nie miałam czasu, żeby spokojnie się wybudzic. Z zegarkiem w ręku próbowałam dogonic codzienną rutynę, żyjąc wielowątkowo.

Wciskając pedał energii, dobrnęłam do dzisiaj, kiedy to z szelmowskim uśmiechem na twarzy mogę zaplanowac moj jeden, całkowicie wolny tydzień. Nie za wiele, jak po dwóch latach (niebawem rocznica!) ciągłej pracy, uczenia się i stresu, ale ja winszuje sobie. To będą oprószone relaksem dni.

Mówię dużymi literami! Nadchodzi upragniony od dawna tydzień. Tydzień,  który był w sferze moich marzeń. Czas, kiedy zostaje zupełnie sama w domu, bez obowiązków, bez nauki, bez budzika, wolontariatów, zwiedzania. Bez czytania pierwszych stron gazet, z myślą o...

Omamiona perspektywą wolności, wyszukuję przepisy na różnorodne śniadania, na których nigdy aż tak bardzo się nie skupiałam. Obiady, kolacje. Jamie Oliver kusi kolorami, wydzierając z mojej wyobraźni ogromne płaty kulinarnej wirtuozerii. 

W sukience koloru marengo, naleśnikami osłodzonymi truskawkami oraz bawarką, rozpocznę niedzielny poranek, siedząc w angielskim ogródku. Czy można sobie wyobrazic bardziej błogą niedzielę? Kiedy pierwszy raz od dłuższego czasu będę spała do chwili, aż się obudzę, po czym przyrządzę słodkie śniadanie, wychodząc chwilę później do najbardziej znanej, londyńskiej szkoły tańca? Oddając duszę pasji?

Jak dawno nie miałam czasu na oglądanie starych filmów, w których kocham się do szaleństwa. Nic tak nie poprawia humoru jak musicalowe dźwięki, okręcone pluszem lejącego się wina i włoskiej kuchni. Ups, niespodziewane crescendo mojej radości!

Jestem absolutnie kontent! Taniec, jedzenie i stare filmy, to to, na co długo czekałam. W międzyczasie wycieczki nad morze, czytanie książek i wdychanie tego brudnego powietrza metropolii. Ot truizm! Wspaniałych wakacji!

sobota, 2 sierpnia 2014

Monotematycznie

W letnim letargu. Siedzę przed laptopem, kosztując słodkie mango zmieszane z serem feta. Popijane białym winem. Po moim debiucie z dwudziestoma krewetkami, od których zawsze uciekałam. Niebieski kubek z napisem Keep calm be happy stoi na biurku, przypominając mi o rudymentarnych, życiowych zasadach. Zwłaszcza to Keep calm.

W Londynie albo parno, albo chłodno. Okropne koty, każdej nocy odgrywają partie solo, nie pozwalając mi spac. A jakby tego było mało, deszcz stuka o szyby, budząc mnie nad ranem.

Szykują się dwa wakacyjne tygodnie. Takie o których od dawna marzyłam. Kolejny tydzień to ostatni tydzień pracy. A później... Pierwszy tydzień to tydzień tańca, nowych dań, filmów i oddechu. Wreszcie będę miała czas pójśc na Dancehall! Kolejny, to intensywny kurs angielskiego, a raczej nauki wymowy i akcentu. Intensywny, bo od 10 do 17, czyli 7 godzin dziennie. W Chancery Lane! Ale to przyszłośc! Jutro natomiast czeka mnie mój ukochany jazz oraz popołudniowy debiut w bieganiu, w towarzystwie Francuza! Nie przypuszczałam, że taniec może byc aż tak uzalezniający. Codziennie robie brzuszki i wszystkie inne cwiczenia, po czym włączam muzykę taneczną i cwiczę układy. Jestem monotematyczna. To chyba synonim pasji, czyż nie?

piątek, 18 lipca 2014

Rubbish.

Angielskie jedzenie. Te dwa słowa zawsze działają na moją wyobraźnię! I nie bez przyczyny, bo opinie na temat tego jedzenia predestynują go do miana arcynudnego i pozbawionego polotu.
Pamiętacie film "Kevin sam w domu"? I scenę, w której tytułowy Kevin, nakłada na twarz płyn po goleniu? I jego reakcję? No właśnie. Na samą myśl o angielskim jedzeniu wielu ludzi ma taką samą. Bo-les-ną.
Czy to tylko wytarte stereotypy czy w każdej plotce znajduje się ziarno prawdy?
Jestem daleka od generalizacji. Wszystko zależy od upodobań ludzi. Nie należy mówic, że w Anglii znajdziemy tylko i wyłącznie śmieciowe jedzenie, bo takie samo, znajdziemy wszędzie. W domu, w którym mieszkam, Anglicy mają spore upodobanie i otwartośc do kulinarnych eksperymentów. Tak też tworzą, razem ze mną, wariacje mięsne, warzywne czy też owocowe. Ostatnie odkrycie to "Chicken paprikash", czyli duszona papryka, kurczak, ogółem mnóstwo warzyw, pomidory z puszki i przyprawy. Z racji, iż półki w sklepach uginają się od kulinarnych pozycji, a Anglia oszalała na punkcie gotowania za sprawą programów kulinarnych (popularnych i w Polsce, np. Ugotowani), Anglicy chętnie kupują książki kulinarne, niekoniecznie pamiętając, by potem do nich zajrzec. Moi współlok, atorzy, chętnie korzystają z różnych książek kulinarnych, zarażając mnie pasją do gotowania, ale nie sądzę, że w Anglii jest to aż tak powszechne. J. Oliver i G. Ramsay to dwaj patelniani bożyszcze, spijający komercyjną śmietankę. Zwłaszcza ten pierwszy, kusi znakomitymi przepisami. Dzisiaj na przykład, wypróbowaliśmy kurczaka duszonego z jabłkami, rozmarynem i innymi dodatkami. Czyż nie brzmi to niczym poemat? Zapach duszonego jabłka wiruje nad sufitem, okręcając dym wokół przekrzywionego żyrandolu. Prażące słońce komponuje się z pałaszującym kuchnię aromatem. Breathe in, breathe out. Typowo angielski ogród, cisza, nie czuję że jestem w Londynie, piękny zapach i gorąco, spływające po policzkach. Tak tutaj gotujemy. Ale w większości, inni Anglicy (nie wszyscy), preferują szybkie dania. Najbardziej bezwartościowe z listy "Rubbish", to makaron z sosem beszamelowym. Nie ma gorszego połączenia niż niepożywne kluski i sos, robiony z mąki, mleka, sera "cheddar" i masła. Zero konstrukcji smaku. Zero wirtuozerii. Co więcej? Frytki kupione w sklepie, które wystarczy wyjąc z zamrażalki i włożyc do piekarnika na 15 minut. Gotowe. Ta daaam! Dorzuc fasolkę z puszki odgrzaną w mikrofali albo kluski "hoops" w sosie pomidorowym i obiad gotowy. Mnóstwo znajomych Anglików upodobało sobie wszelkie kombinacje dań makaronowych. Makaron z łososiem, makaron z tuńczykiem i kukurydzą, makaron z beszamelem, makaron z boczkiem. Błeee. Słyszeliście o innych daniach?  A poźniej uczeni analizują, dlaczego w Wielkiej Brytanii znajduje się największa liczba osób otyłych. No czemu? Sama siebie pytam. Ot truizm. Nie jedzcie tyle makaronu! Z wartościowych dań angielskich, które uwielbiam, polecam wszelkiego rodzaju zapiekanki, do których Anglicy mają upodobanie. Zapiekanka rybna, z mięsem wołowym czy innym. Godne polecenia. Jednak obserwacje, jak wiele osób kupuje w sklepach gotowe frytki, które smakują jak 100 letnia tortilla, napoje z lotnym napisem "Bez cukru"... Och tak. Cóż z tego, że bez cukru, gdy pełne kwasu cytrynowego i nienaturalnych dodatków? Nie wiem, jak móżno pic cos takiego z własnej woli. Nie istnieje pojęcie kompotów, a w sklepach nie ma zbyt szerokiej palety soków smakowych. Są smoothie, ale poza tym? Soki pomaranczowe i gazowane. I tak nikt ich nie kupuje, bo królują soki "z koncentratu" o smaku kostki zapachowej, które rozcieńcza się z wodą. Anglicy nie robią surówek, a zamiast tego, chętnie gotują lub wkładają warzywa do piekarnika. Królują brokuły. Ale nie tylko. Gdy większośc jest zbyt leniwa, aby ugotowac, w kolejce przy kasie dostrzec mozna jak wiele ludzi kupuje gotową lazanię lub kurczaka w różnym sosie. W Polsce również dostepne są gotowe produkty, zwłaszcza w większych miastach, ale gotowy ryż odgrzewany w mikrofali w 1 minutę, to jednak przesada. Smakuje jak plastik. Żartujesz? Nie.
Tymczasem idę do kuchnim przyrządzic łososia z syropem klonowym i sosem sojowym. Bon apetit.

wtorek, 15 lipca 2014

Taniec

Zwariowałam na punkcie tańca. Od zawsze miałam do niego ogromny pociąg. Pasjami oglądałam programy taneczne, filmy czy seriale. W końcu każdy z nas, potrzebuje odskoczni od codzienności, wyzwań i trudów. Takiego oczyszczenia. Katharsis. Czasami trudno jest wyłączyc umysł, przestac myślec o bieżących sprawach, ale zapanowałam nad tym. Kiedy przekraczam próg sali, pozostawiam za sobą wszystko. Skupiam się na tu i teraz. Interesują mnie tylko kroki. Choreografia. I pozytywna energia na sali. Grupa ludzi, którzy zbierają się zawsze o tej samej porze, w tym samym celu. Aby wspólnie, dobrze się bawic. By robic cos dla przyjemności. Dla pasji. Nie rozumiem ludzi, którzy nie mają żadnych pasji. Nie rozumiem osób, które chłodno liczą cyfry, pracują w bankach lub na wysokich stanowiskach, nie rozumiejąc czym jest pociag serca. Radośc ze sztuki.
Całe życie przekonana byłam o swojej wielkiej miłosci i pasji do fortepianu. Przesłoniło mi to oczy. Fortepian był tylko i wyłacznie na pierwszym miejscu. Rachmaninov. Bach. To geniusze. Ale taniec, sprawia mi taką samą przyjemnośc. Czasem może większą? Kiedy oczyszcza się umysł i skupia na tym, by nie skompromitowac na tle profesjonalynych tancerzy. O to nie trudno. Nie ma wiekszej kompromitacji (sic!)od dostrzeżenia, iz w pewnym momencie ktoś zapomniał kroków, po czym przystanął, próbując się złapac. To się zdarza często. Zwłaszcza u nowych.
Nie jestem w grupie zaawansowanej. Grupa ta jest godzinę wcześniej. Jednak ludzie z wyższej grupy zawsze zostają na drugą godzinę. Godzinę, która w teorii przeznaczona jest dla nie-profesjonalistów. Stety i niestety, choreografia jest zawsze na najwyższym poziomie, a mi sprawia ogromną radośc uczenie się wszystkiego od nowa. Tak jak kiedyś w muzyce. Cwiczenie grania oktaw w szybkim tempie, gam tercjami czy walczyka z pierwszej ballady. Teraz połknęłam innego bakcyla. I chętnie slucham tego, jak ulatwiac sobie trudne technicznie figury. I słucham od najlepszej z możliwych choreografek. Absolutnego top choreografów w Europie. Czasami zastanawiam się jak potoczyłoby się zycie, gdybym jednak poszła na akademię. W tym roku kończyłabym studia i szukała pracy jako nauczycielka. Jednak mój oczywisty wybór, życie przewróciło do góry nogami. Zamiast fortepianu, zaczęłam studiowac literaturę. Przedmiot do którego miałam ogromny pociąg. Oraz pisanie. Które zawsze przychodziło mi z łatwością. Gdybym była na fortepianie, nie zdecydowałabym się na wyjazd do Londynu. I to wszystko, co do tej pory się zdarzyło, nigdy nie miałoby miejsca. Tymczasem poznałam cudownych ludzi, zarówno w angielskich szkołach jak i genialnej, polskiej szkole. Rozpoczęłam, prawie rok temu pracę nad tańcem jazzowym, zatracając się w nim totalnie, a także nauczyłam się o wiele więcej życia. Stawiając samotnie kroki na obcej (już nie!) ziemi. Nauczyłam się też nie rezygnowac i wytrwale pracowac, bo to zawsze daje efekty. I pomijac codziennośc. Nie myślec o sprawach, które mogłyby zepsuc mi nastroj. Zamiast tego wytrwale się rozwijac. Niejednokrotnie widzę, jak mnóstwo ludzi rezygnuje z grupy jazz już po pierwszych dwóch zajęciach. Tylko dlatego, że nie łapią choreografii. A wszystko jest kwestią wprawy. Niektórzy zakładają, że ci, którzy tańczą równo z muzyką, nie myląc się, tak po prostu, są od urodzenia bezbłędni. A tak nie jest. Ja, jak i wiele innych osób, na początku uczyłam się kolejnych kroków, dając sobie czas na praktykę. Dzięki temu, po prawie roku, z przyjemnością stoję pod lustrem, w pierwszym rzędzie, widząc otaczających mnie ludzi po szkołch tanecznych. I napawam się satysfakcją, kiedy jestem w stanie załapac układ w takim samym tempie, jak ci zaawansowani, a nawet lepiej. Bo często mimo tego, że większośc z nich jest dużo lepiej rozciągnięta i siada w szpagacie, zapomina kroki, nie opanowując ukladu pamięciowo. Ach, pasja. Czy jest coś wspanialszego?

czwartek, 3 lipca 2014

Brytyjski system

Koniec roku. Te dwa słowa wywołują na twarzach uczniów i studentów szelmowski uśmiech, rozpędzając ich wyobraźnię do prędkości ekskluzywnego Porsche, śmigającego gdzieś między Piccadilly a Oxford Street. Koniec roku wszędzie wygląda inaczej. Inaczej jest przecież w Polsce, inaczej w Hiszpanii, a jeszcze inaczej w Anglii. Inne są zakończenia roku w prestiżowych szkółkach dla bogaczy. Tak, tak. Tych wyjętych rodem z taśm filmowych. Chocby tej przejaskrawionej, nowojorskiej, momentami karykaturalnie przedstawionej szkoły z Gossip Girl. Tam, gdzie każdy ma swojego Chucka Bassa. Tam gdzie pieniądze fruwają w powietrzu, niczym bąbelki, z pękającej bańki mydlanej. Takie szkoły też są. I huczne zakończenia. Te polskie, konotują galowe, białe bluzki i ciemne spódnice lub spodnie. Szemrzące, dziewczęce głosy, czekoladki i bukiety róż, zalewają ulice. I świadectwa. Te z czerwonym paskiem. Zero mundurków, przynajmniej za moich czasów. A tu? W Londynie? Jak jest w tej wrzącej od różnorodności stolicy? Opisac mogę na przykładach dwóch szkół, z którymi mam stycznośc od dwóch lat. Moja percepcja opiera się na tych dwóch, szczególnych szkołach, a więc nie przedstawia obrazu wszystkich placówek, a taki krótki punkt w londyńskim wielokropku. Jedna ze szkół to przedszkole, znajdujące się na południu Londynu. Druga, to "top ten" brytyjskich szkół podstawowych.

Pierwsza różnica między brytyjską, a polską szkołą, to brak świadectwa na koniec roku. Nie dostaje się takiego typowego świadectwa do ręki. Dostaje się natomiast raport. W raporcie opisane są przedmioty, a także znajduje się tam opisowe ujęcie postępów danego ucznia oraz wynik, jaki dany uczeń otrzymał.

Kolejną różnicą jest brak lizusowskich bukietów kwiatów dla nauczycieli. To nie uczniowie dają prezenty nauczycielom (no chyba że jest okazja), a nauczyciele uczniom. Tym młodszym zazwyczaj małe książeczki z dedykacją (w Anglii kładzie się duży nacisk na czytanie), tym starszym malutkie gry, coś z przyborów szkolnych etc.

Do szkoły przychodzi się w mundurkach, jest tzw. końcowy apel czy przedstawienie i na tym koniec. Year one, czyli taka nasza pierwsza klasa przypada na czas, gdy uczeń ma 6 lat. Pamiętam, że ja zaczęłam przedszkole w tym właśnie wieku. Dużo osób jest przeciwnych oddawaniu zbyt małych dzieci do szkól, w Anglii natomiast, jest to szeroko praktykowane. Dzieci bardzo często zaczynają szkolę już w wieku lat 3. Nauka przez zabawę i nie tylko.

W przedszkolach, co jest dużym plusem, znajdziemy mnóstwo asystentów, gap year studentów i wolontariuszy. W szkole w której przebywałam w tym semestrze, w klasie liczącej 25 dzieci, znajdowało się ponad 7 osób, pomagających nauczycielowi.

Anglia wypracowała sobie mistrzowski sposób na wzmacnianie poczucia wartości najmłodszych. Metoda, która w Polsce nie jest na taką skalę rozwinięta, w Londynie ma się wyśmienicie. Naklejki za każde, dobre postępowanie, wielkie "wow" wywieszone na tablicy, "wow" zbierane od rodziny za to że dziecko samo się rano ubrało itd. Mało jest krytyki, a na pewno mniej niż w Polsce. Nie stawia się uczniów na środku sali, ostentacyjnie dając im jedynkę za to że się nie nauczyły. Nawet za niezbyt wyszukaną pracę najpierw się chwali, a potem ewentualnie dopisuje nad czym popracowac.

To co jest blaskiem i cieniem zarazem, to to, że skończywszy 16 rok życia wybiera się tylko 4( lub 5) przedmioty, nad którymi stale się pracuje, jednak nie jest się obciążonym jak w Polsce, przez lata liceum, uczenia się niepotrzebnych rzeczy i odrabiania lekcji z kilkunastu przedmiotów. Pamiętam, ze wielu moich znajomych nie wyrabiało się z natłokiem zajęc, a ja sama, przez szkolę muzyczną, odrabiałam lekcje do pólnocy czy pierwszej, żeby wyrobic sie z dwoma szkolami.

Nie wszyscy koncza zajecia w tym samym terminie. Cześc na począku lipca, czesc po 20 lipca. Tak czy siak lipiec znaczy jedno: słodkie wakacje. Czego i Wam życzę.

piątek, 20 czerwca 2014

Diabeł ubiera się u Prady

Podmokłe drzewa i jesienne, podrasowane szarym pędzlem aleje. W pewien chłodny, październikowy wieczór, w przerwie pomiędzy Orwell'em a Bulhakow'em, sięgnęłam po lekką possę. Walcząc z wyrywanym mi z rąk parasolem oraz rozpryskującymi pod nogami kałużami, dotarłam do biblioteki, wypożyczając głośny bestseller: Diabeł ubiera się u Prady. Nadzieja na interesującą książkę była tak nieudana, jak próba rozpalenia zapałki o rozmokłą gałązkę. Kompletne rozczarowanie. Czułam jak autorka wymierza mi w twarz kulę śnieżną, wraz z każdą, kolejną stroną. Książka szybko wróciła do biblioteki, a ja wróciłam do Orwella. Tymczasem minęło wiele lat, a w telewizji pojawiła się premiera filmu o tym samym tytule, z M. Streep i A. Hathaway w rolach głównych. Podchodząc z rezerwą, rozpoczęłam oglądanie filmu, wciągając się w świat diabolicznie wykreowanej przez Meryl Streep Mirandy Priestly oraz młodej i ambitnej Andrei (granej przez A. Hathaway). Od tego czasu minęło kilka lat, a ja jeszcze raz rozpoczęłam czytanie tej książki. W oryginalnej wersji. Już pierwsze strony pokazały mi, że tłumacz na język polski minął się z powołaniem, a książka jest lepsza w wersji anglojęzycznej.
Diabeł ubiera się u Prady to książki z kategorii lekkich, ale nie szmir. Równie ciekawe jest tło, czy też to, kto zainspirował autorkę książki do napisania jej. Każdy pisarz, umieszcza w swoich powieściach cząstkę siebie, w bohaterach elementy kilku innych osób. Czasem nie są to tylko niewielkie inspiracje, a cały kręgosłup książki. Nie wiemy jak wiele prawdy i fikcji miesza się w powieści autorki "Diabeł...", wiemy natomiast, że sama pisarka, była asystentką słynnej królowej mody Anne Wintour. Redaktor naczelnej brytyjskiej, a następnie amerykańskiej wersji Vogue'a, zwanej przez fanatyków biblią mody.
Niektórzy doszukują się podobieństw miedzy główną bohaterką -  Mirandą, a redaktorką Vogue'a. Także magazyn Runway przypomina nieco jej legendarną redakcję. Czy jest to przypadek?
Obie łączy upór i wiara w siebie. Sama Wintour od początku mierzyła wysoko, próbując dostać prace w magazynie Interview, w którym pracował słynny Andy Warhol. Ten stanowczo jej odmowił, lecz to nie pozbawiło jej chęci próbowania swoich sił. Tak jak Miranda. To kobieta sukcesu, a synonimem jej nazwiska jest bezkompromisowość.
Autorka książki Diabeł ubiera się u Prady wykreowała interesujących bohaterów oraz zabawną fabułę. Ot, młoda i ambitna Andrea, marzy o dostaniu się do prestiżowej, nowojorskiej gazety. W wyniku różnych zwrotów okoliczności, dostaje się do redakcji Runway, gdzie w ekspresowym tempie zostaje przyjęta na stanowisko asystentki Mirandy Priestly. Kobiety, której nazwisko zastyga na ustach wszystkich pracowników. Szemrzące głosy na temat jej doskonałosci, budują wielka legendę. Niestety. Sama Andrea nie wiele się tym przejmuje, gdyż nie interesuje jej praca w modzie. Jej wiedza na ten temat jest znikoma, a o samej Mirandzie nigdy nie słyszala. Z czasem jednak, dostrzega jak silna osoba jest sama Miranda oraz jak wiele zadań jako asystentka zobowiązana jest wykonać. Miranda nie zna słowa nie, a bohaterka szybko zaczyna to rozumieć, co powoduje wiele zabawnych sytuacji oraz dialogów, jak np. ten gdy Andrea była zobowiązana odstawić samochód Mirandy i odebrać jej kocięta, zostawiając je w jej apartamencie. Biegnąc co sił i wykonując 1000 czynności w tym samym momencie, dumna, zdązyła ze wszystkimi zadaniami, jednak nagle, okazało się ze Miranda zmieniła zdanie, a zwierzęta i samochod powinny być tuz przed redakcja.

-I specifically request that you brign both of them to the office (…)
- Oh, well, actually. I thought you said (…)
Enough. Go get the car and animals and bring them in 15 min. Understood?

Po wymianie zdań, Andrea snuje wizje, jak nielogiczna jest prośba Mirandy, gdyż samo dostanie się do jej apartamentu, wymaga około godziny. Andrea myśli w duszy:

15 min. Was this woman  hallucinating??? It would take a minute or two to get downstairs and into Towen Car, another 6 or 8 to get her apartment, and…

Po czym mówi:

- Of course Mirandaa. 15 minutes.

Andrea stara sie sprostac wszystkim zadaniom Mirandy, ktora okazuje sie chłodna i pozbawiona uczuc. W końcu świat mody rządzi się swoimi prawami. Andrea pragnie zdobyc referencje, a następnie dostać się do wybranej przez siebie nowojorskiej gazety. Jedynym warunkiem zdobycia celu, jest  rok pracy z wyrocznią mody – Mirandą Priestly. Bohaterka przechodzi przemianę. Zmienia nastawienie do ubrań i zmienia garderobę, by wpasować się w reguły modowego światka. 
Bohaterowie są ciekawie skonstruowani, maja swoje charakterystyczne cechy, fabuła w swym pomyśle jest równie ciekawa, a dialogi oraz kuriozalne wymogi Mirandy rozsmieszaja do lez.Polecam film oraz książkę, ale w oryginale.





niedziela, 1 czerwca 2014

The line is suspended

1:30. W nocy. Ta pora generuje tylko jedno odczucie. Ochotę spania. Zwłaszcza kiedy w ciągu tygodnia nie potrzeba minuty, by zasnąć, bo zasypia się natychmiastowo. Noc z soboty na niedzielę, to jedyny czas kiedy mogę się wyspać. Kiedy mam leniwy poranek, suszone mango, bawarkę i śniadanie, którego nie muszę jeść w pośpiechu. Patrzę na zegarek, już prawie 2:00. Otwieram szafkę i jem słodkie mango, zaczynając czytać. Skoro nie mogę zasnąć, nie wiedzieć czemu, niech ten bezsenny czas ma chociaż jakąś wartość. W mgnieniu oka zasypiam, choć było to tak trudne jak Trzeci Rachmaninova albo Pierwszy Czajkowskiego.
Budzi mnie głośne miauczenie paskudnego kota, którego mijam codziennie popołudniu. Dałam mu na imię Crazy Cat, bo sama nie wiem czy jest rudy czy siwy, a poza tym zawsze stara się łapać te biedne, szare wiewiórki, które pewnego razu z pewnością go zaatakują. Wstrętny kot. Szczególnie, gdy włazi do naszego ogrodu i depcze róże, a na każde pukanie do szyby ucieka, jak gdyby zobaczył trąbę powietrzną.
Poranek minął, a ja udałam się autobusem do najbliższej stacji metra. Tylko cztery słowa potrafią postawić mnie na krawędzi tak jak dzisiaj: The line is suspended. Sic! Ludzie stoją na stacji i wpatrują się w czytniki na oyster card. A czytniki świecą się czerwonym kolorem, nikogo nie przepuszczając na magiczne, ruchome schody, chociaż ja ostatnio wybieram normalne, żeby ćwiczyć kondycję. Nikt nie podaje żadnej informacji, a zdezorientowani Londyńczycy kierują się w stronę wyjścia. Nie przejęłabym się tym faktem, gdyby nie to, że za półtorej godziny rozpoczyna się jazz, a chciałam usiąść na chwilę przed zajęciami i spokojnie wypić kawę, planując pracę na najbliższy tydzień. Trudno. Wychodzę. Kieruję się w stronę przystanku autobusowego i biorę autobus do najbliższej stacji metra. Następnie Northern Line, jednak tu też problemy. Z przesiadką ląduje w Piccadily, po czym okazuje się że Covent Garden jest zamknięte. Na szczęście od Leicester Square to tylko pięć minut, by dojść do szkoły. Thanks God. Docieram. Metro londyńskie ma w sobie trochę uroku. Lubię jeździć metrem. Victoria Line działa zazwyczaj bez zarzutów. "Pikadelka" jest zawsze załadowana, nic dziwnego, skoro jest w stronę Heathrow. Nie przepadam za linią centralną. Nie wiem dlaczego. Ale lubię metro, choć w metrze znajdujemy odbicie różnych kultur i zachowań. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy siadają i na oczach współpasażerów wyjmują tusze, cienie i szminki, malując się. Albo malując paznokcie. W metrze. Nie jestem wredna, ale zawsze śmieszą mnie sytuacje, gdy grupa znajomych biegnie do drzwi, chce zdążyć i ktoś zostaje na zewnątrz, bo nie był w stanie wbiec. Okropne nie?
Taniec wymaga tyle samo pracy co każda inna pasja. Nie przypuszczałam, że zrobienie double piruet jest takie trudne, nie wspominając już o różnych skokach, szpagatach i poziomie rozciągnięcia. Tak jak w pianistyce ćwiczy się skoki, dwudźwięki, szybkie granie oktaw, pasaże czy diabelny walczyk z pierwszej ballady, tak w tańcu ćwiczy się wyskoku. I nie tylko. Ale. Po kilkunastu latach siedzenia przed fortepianem i życia w szkołach od 7:30 do 20:30, przez okrągłe dwanaście lat, mój kręgosłup domaga się teraz ruchu, a jazz to jeden z najpiękniejszych stylów tanecznych, choć zależy, którą odmianę jazzu tańczę. Uwielbiam commercial jazz, lubię street jazz, choć choreografia jest zawsze czysto detaliczna, tak jak gdybym rozczytywała Gaspard de la Nuit Ravela. Albo Debussy'go. Albo którąś z etiud Rachmaninova. Niuans, to nie jest moje ulubione słowo. Weekend dobiegł końca, przebiegając mi przed oczyma niczym błyskawica. Już odliczam dni do następnego.
Bisous, bisous!

poniedziałek, 12 maja 2014

Godzilla

New York, New York 

I want to wake up in a city 
That never sleeps 
And find I'm a number one 
Top of the list 

śpiewał Frank Sinatra, zanurzając się w sennych, "marzennych" szuwarach o nigdy niezasypiającym mieście. Ja mam tak samo, tylko że z Londynem. Pomimo, że w moim misternie upiętym grafiku, dni wolne stanowią jego dramatycznie niewielki ułamek, staram się zaznaczać je grubą czcionką. 

Ostatni weekend, nie ustąpił miejsca poprzedniemu. Był równie ciekawy. Rutynowo, znalazłam się w najwspanialszej szkole tańca, w której odbywają się próby wielu aktorów czy piosenkarzy. Szkołę tę nazywa się mekką tancerzy, a po jej korytarzach przechadzała się chociażby Madonna. 

Nieco irytujące, a jednocześnie ekscytujące jest to, że do mojej grupy, która w swojej nazwie wskazuje na grupę dla ludzi rozpoczynających swój życiowy romans z jazzem, chodzą tancerze z grupy zaawansowanej. Rozpoczynają o 12:00, a następnie zostają na drugą godzinę, co mnie nie dziwi, bo jazz jest przepięknym tańcem. Choć momentami ma się wrażenie, porównując to do gr na fortepianie, że wykonując tę samą sonatę Haydna niektórzy brzmią w niej jak doświadczeni muzycy, mający za sobą etiudy Rachmaninova, sonaty Beethovena czy Brahmsa, a niektórzy, jak nowicjusze, grający całe życie chałtury.
Przez to też, a może i dzięki temu, choreografia jest zawsze nieco trudniejsza, a wszyscy ci, którzy kręcą podwójne piruety czy szpagaty w powietrzu, wzbudzają we mnie zastygające na ustach "wow". Nasza choreografka należy do osób o wielkim poczuciu humoru i dużym dystansie do siebie, a to nie często chodzi w parze, jeżeli ma się przed sobą osobę, która zrealizowała się w swojej dziedzinie. Fleur, ma na koncie wiele tanecznych nagród, występowała w kabaretach oraz przy różnych brytyjskich produkcjach telewizyjnych, mimo to jest niezwykle pomocną acz wymagającą osobą, która cieszy się największą popularnością. Mówią, że jest legendą tej szkoły, chociaż ma dopiero ponad 30 lat.

Po tańcu, udałam się do Bermondsey. Tam, gdzie rozpościera się przepiękny widok na Tower Bridge, Canary Wharf czy Liverpool Street. Tam też mieszka kilku moich znajomych: jedna Polka i dwoje Anglików.

Po Bermondsey nastąpił market w Liverpool Street. Ze znajomą wydałyśmy pieniądze na nieplanowane sukienki. Sic! Następnie, udałyśmy się na dział z żywnością, gdzie spróbowałam francuskiej kuchni. Trochę nazbyt kalorycznej, jak dla mnie. Po Liverpool Street, komentując Eurowizję, udałyśmy się na Leicester Square, zobaczyć jak wygląda - od podszewki - premiera filmowa. Pamiętam, jak bardzo często widziałam urywki z londyńskich premier filmowych, o których opowiadała Ania Wendzikowska. W telewizji, magia telewizji działa. Odpowiednie ujęcie kamery, głośna muzyka i flesze sprawiają wrażenie wielkiego blichtru. Zwłaszcza mieniący się, krwiście czerwony dywan.  Na żywo wyglądało to nieco inaczej, ale wciąż robiło wrażenie. Muzyka, konferansjerzy, onomatopeiczne kliknięcia aparatów i mnóstwo gapiów. Wszyscy. O tak! Wszyscy oczekiwali na przyjazd "gwiazd". "Limuzyny" podjeżdżały w odstępach czasu. Szyby na tylnych siedzeniach były przyciemnione, potęgując napięcie. Aktorzy, po wyjściu na dywan podchodzili do ludzi, chętnie robiąc sobie z nimi zdjęcia. Premiera Godzilli była niezwykle udana, a ja, po jakimś czasie udałam się ze znajomą na bawarkę, po czym wieczorem, zadowolona z kończącego się weekendy, wróciłam pociągiem do domu. 


sobota, 3 maja 2014

Rutyna

Długa  jest droga do raju kochanie, więc nie przejmuj się drobiazgami.

Stephen King

Czym charakteryzuje się dorosłość? Nie wiem. Ale zauważyłam, że im jestem starsza tym bardziej selekcjonuję rzeczy i ludzi. Tworzę swoje mentalne kolumny, z nagłówkami: ważne i nieistotne. I o ile widzę, że niektórzy przejmują się pewnymi wydarzeniami, o tyle ja, czując że mogłyby wywrzeć to na mnie wpływ, wrzucam pewne zdarzenia do rubryki nieistotnych zupełnie je ignorując. 
To samo dotyczy budowania swojej codzienności. Ot, trywialne myśli, że życie składa się z drobiazgów, przekładam na życiową dewizę. Tygodniową rutynę, traktuję jako balsam dla duszy, a weekendy, jako klejnoty w królewskiej koronie codzienności. 
Otaczam się książkami, filmami, muzyką, wyzwaniami, szukam nowych przepisów i codziennie próbuję moich nowych dań. Czytam biografię, a raczej quasi biografię, Stephena Kinga. Po angielsku. Poniekąd utożsamiając się z jego myślami. 
Ten znany wszystkim pisarz też stawał przed wyzwaniami młodości. W ramach asekuracji (gdyby pisanie nie wypaliło) skończył studia, które uprawniały go do piastowania pozycji nauczyciela. Opowiadał, że szukał pracy, co wcale nie było takie łatwe. I pisał, pisał, pisał. 
Ja też piszę. Niektórzy uważają, że pisanie powieści nie ma nic wspólnego z natchnieniem, że nie można na nie czekać, kiedy zabraknie weny i staje się w pewnym punkcie rozdziału, z niemocą pociągnięcia wątku. Twierdzą też, Ci niektórzy, i w sumie tak jak i King, że nawet jeśli brakuje pomysłów czy weny, to trzeba siedzieć i pisać. Pisać i pisać. Bo to praca. Należy się zmusić i regularnie pisać, powiedzmy 2 godziny dziennie. Zgadzam się z tym, ale poniekąd. Bo czasem pomysły czerpie się z dnia na dzień, bo czasem wyjazd do innego miejsca zmienia oblicze powieści i gdybym pisała regularnie, to moje rozdziały byłyby zupełnie inne  niż te, które napisałam po wyjeździe do Londynu. Bohaterowie też byliby inni. Dlatego czasem popadam w długie przerwy w pisaniu, a potem nagle coś się zdarza, i piszę 10 bardzo dobrych stron. Po czym brakuje mi weny, zostawiam to i czekam na pomysły. Albo myślę: w ogień z taką literaturą! Przez to właśnie, wciąż jestem na początku ostatniej, trzeciej części mojej powieści. I trudno jest przebić się dalej. 
Dlatego warto oglądać jak najwięcej, słuchać i obserwować. Doświadczać nowych rzeczy, rozwijać nowe pasje. Nowe pasje? Taniec. To to, co wywołuje we mnie tak samo wiele pożerających od środka namiętności, co kiedyś fortepian. Jazz zawładnął moją duszą. Tydzień kręci się wokół jazzu. Od poniedziałku zawsze odliczam dni do następnej niedzieli. Nie cierpię tego rodzaju tęsknoty, czy to do ludzi, czy zdarzeń, czy miejsc, kiedy zaczyna się tęsknić, jeszcze nie opuszczając tej drugiej osoby, ale wiedząc że za chwilę trzeba będzie. Tak. To najgorszy rodzaj tęsknoty, bo tam zostawia się swoje serce. 

czwartek, 1 maja 2014

My dreams are always coming true.

"My dreams are always coming true. I achieve them, I go for them" 

Słowa te wypowiedziała w jednym z wywiadów topowa, popowa, amerykańska gwiazda. Jedna z tych, która bawi się aranżacjami, cieniuje głosem, kolorując tonami wokalne krajobrazy. Popowa nie brzmi w kontekście sztuki nazbyt szumnie, jednak w tym przypadku mam na myśli kobietę sukcesu. Jedną z tych, która komponuje, a jej utwory nie schodzą z pierwszej trójki przez długi czas, triumfując w wielu krajach. Siedząc przed laptopem w to melancholijne, deszczowe, majowe popołudnie, wsłuchiwałam się w jej słowa. To zdanie, zapadło mi w pamięci.

Przez trzy godziny oglądałam wywiady z ulubionymi artystami. Po angielsku. Bo ktoś postanowił być dla mnie - jak sam to określił - "harsh". Tylko po to, żeby mnie zmotywować. To co powiedział, niewiele miało wspólnego z prawdą. Ale miał dobre intencje. Zatem mimo, że jestem zadowolona z poziomu angielskiego jaki mam, to wciąż nie brzmię jak native speaker. I ktoś mi to powiedział. I nie chodzi tu o gramatykę, o to że bez problemu rozumiem trudne, słuchowe teksty czy że jestem w stanie napisać formę pisemną na poziomie CAE. Nie o to też, że szybko odpowiadam na pytania i potrafię utrzymać płynną konwersację z Anglikiem. Chodziło o to, że wymowa, która jest absolutnie zadowalająca jak na obcokrajowca, nie jest zadowalająca kiedy należy mierzyć się z native speakerem. I nie zadowala tej osoby. A że ta osoba jest bardzo wymagająca i bardzo mnie lubi, więc postanowiła mnie zmotywować.
Staram się zatem odrobić tę lekcję i jeszcze bardziej pretendować do angielskiego akcentu. Nie aby brylować, ale żeby móc dostawać zadowalające pozycje pracy.
To, co w Polsce nie byłoby aż tak wielkim wyzwaniem, w Anglii może być. Choćby szkoła. A raczej uczenie w niej. Nie, żeby nie było to w ogóle wyzwaniem. Nie to mam na myśli. Jest. Ale w innym kontekście.
Dwa dni temu, pomagałam nauczycielce, która wspomaga najsłabszych uczniów. Kiedy weszłam do jej klasy, postanowiła dać mi wstęp, jak będą wyglądały najbliższe trzy godziny pracy. Rozpoczęła szybkim, wyrazistym angielskim, konstytuując tym samym to, czemu chwilę później nadałam imię: WYZWANIE. Rozumiałam ją. Bez problemu. Pomimo stu informacji na minutę i tylu samych pytań. Po tych trzech godzinach odetchnęłam, z entuzjazmem opuszczając szkołę.

Znajomi, którzy mieszkają w Anglii od wielu lat, mówią że obcokrajowiec nigdy nie będzie brzmiał jak native. Ja uważam, że może nie w 100 procentach, ale w bardzo przybliżonym stopniu. O ile włoży w to wiele pracy. Czy mi się uda?

niedziela, 20 kwietnia 2014

Na Blackfriars

"Nie czyta się takich listów z rozmazaną szminką" brzmiała rubaszna Holly Golightly w Śniadaniu u Tiffany'ego. Nie opuszcza się też Londynu, w nieszykownym wdzianku, mimo iż z żalem w oczach chwytałam, a może nawet wydzierałam oczyma, szybko uciekające mi kadry miasta. Miasta, któremu oddałam swoje serce.

A serce to ZAWSZE bije mocniej, mijając Stację Blackfriars. Jedną z tych, do których mam niezatapialny sentyment, a sam widok wywołuje metaforyczne drganie wspomnień. Stacja centralnego Londynu. Stacja, na której z nosem w szybie zastygam, wpatrując się w znajome budowle, kosztując moją radość przez krótką chwilę, aż do wyjącego, ostrzegawczego tonu, oznajmiającego zamykanie drzwi pociągu. Jedna tylko stacja, poza Blackfriars, napawa mnie gorączką tego miasta. King's Cross St. Pancras. Jedna z największych stacji metra Londynu. Ta, której schody kierują nas w stronę niebanalnego klimatu, zmurszałych budowli oraz szczypiącego oczy dymu. Ale basta, wróciłam. Rozmemłana miłością dojrzałą, która nie wygasa, a staje się mocniejsza. To dziwne uczucie, kiedy tęskni się za miastem, które jest nieco obce. Na szczęście nie dla mnie. Wróciłam, wprost na Wielkanoc, spędzając tym samym pierwszą Wielkanoc na angielskim terytorium. Deszcz nie skapitulował, a raczej rośnie w siłę. Skąpana w strugach lejącej się wody, brnęłam przed siebie szukając schronienia. I nawet jak na Londyn, tym razem większość sklepów była pozamykana. W Anglii też, tradycja świąteczna wygląda inaczej. Nie było koszyczków, za to uroczysty, rodzinny obiad. I pudding. Pogoda nie rozpieszcza, smagając oczy brakiem słońca. Planowałam Kew Gardens, Hyde Park albo Regent Park. Tymczasem breja.  Jubilee Line zamknięta. Okolica ponura, a ludzie albo zasiadają w kafejkach, popijając kawę, albo walczą w wiatrem wyrywającym im parasole. A mimo to, są mili. Dużo bardziej, niż w Polsce. W Polsce często, mnóstwo ludzi jest permanentnie niezadowolonych. W sklepach. Zwłaszcza. O ile w Anglii zawsze ekspedientka uśmiechnie się, pożyczy dobrego dnia i nawet jeśli to nie jest szczere, to napawa optymizmem. A w Polsce? Chyba brakuje nam tego uśmiechu. Wiem, że są różni ludzie i w Anglii można trafić na niezbyt miłych, ale wolę pozytywne nastawienie i to, że ktoś jest nawet sztucznie miły, niż szczerze niemiły. Wolę tę mentalność, mimo że jestem dumną Polką, która z dumą opowiada o wspaniałych polskich artystach, bo w końcu to z Polski wywodziło się mnóstwo wielkich ludzi. I literatura polska zawsze będzie dla mnie jedną z ciekawszych na świecie!