sobota, 18 czerwca 2016
Jezioro Łabędzie
Sławetny balet. Dwa słowa. Jezioro Łabędzie. Balet napisany przez Czajkowskiego, rosyjskiego muzyka. Rosjanie mają to do siebie, że ich muzyka jest niesamowicie śpiewna. Kantylenowa. Nadszedł dzień na Royal Albert Hall. Na moją sukienkę z Zary. Na wieczorne piruety. Po zakupieniu wina, w ekskluzywnym budynku koncertowym na South Kensington, udałam się do głównej sali koncertowej, która po raz kolejny spowodowała wielkie wow, bo jest przepiękna. Oświetlona milionem światełek i wieloma ludźmi. Siedziałam tuż pod sceną, z bliska obserwując tancerzy, którzy przesmykiwali się od arabesek, do obrotów attitude, przez wiele, wiele piruetów. Wyśmienita orkiestra, narodowy balet angielski i baletnice. Z lekkością skaczące po scenie. Doczytywanie treści aktów, obserwowanie cudnych strojów, szytych na miarę, młodych kobiet przebranych za łabędzie i popisu solistów. Następnie szukanie metra, które w większości było zamknięte i powrót o późnej porze.
niedziela, 22 maja 2016
Dzika natura
W ostatnim tygodniu, wybraliśmy się z klasą do centrum dzikiej natury, jak brzmi to w wolnym tłumaczeniu. Z grupą trzydziestu dzieci, śmigających brytyjskim akcentem oraz piątką rebeliantów, będących w mojej grupie udaliśmy się do jednej z dzielnic Londynu, w której znajduje się piękny fragment natury.
Mijając bramę zobaczyliśmy malowniczy ogród, pełen zieleni, ziół i zapachu tymianku. Poczułam się jak na wakacjach. Nieopodal przebiegł kot koloru nie-wia-do-mo jakiego, a dzieci, z ich wrodzoną spontanicznoscią krzykęły: Cheater! - machając przy tym wskazującym palcem. Niewiele wspólnego z tzw. "cheaterem"miał tenże pstrokaty kot, ale doprowadziło to nas wszystkich do szczerego śmiechu.
Dalej, gdyż było to w ramach lekcji przyrody, łapaliśmy żaby i ślimaki. "Kiss as many frogs as you can" powiedziałam. "I am looking for a prince". Na dźwięk moich słów S. wybuchła śmiechem, a ja pomagałam w szukaniu żab. Nie, nie szukałam księcia. Szukałam żab.
Wielka chatka, zieleń i chłodna pogoda, a także lunch na wolnym powietrzu było ciekawą formą lekcji, zwłaszcza że pogoda ostatnio nie rozpieszcza. Tymczasem zbliża się tygodniowa przerwa w nauce, jak przystało na maj oraz poniedziałkowy bank holiday.
Mijając bramę zobaczyliśmy malowniczy ogród, pełen zieleni, ziół i zapachu tymianku. Poczułam się jak na wakacjach. Nieopodal przebiegł kot koloru nie-wia-do-mo jakiego, a dzieci, z ich wrodzoną spontanicznoscią krzykęły: Cheater! - machając przy tym wskazującym palcem. Niewiele wspólnego z tzw. "cheaterem"miał tenże pstrokaty kot, ale doprowadziło to nas wszystkich do szczerego śmiechu.
Dalej, gdyż było to w ramach lekcji przyrody, łapaliśmy żaby i ślimaki. "Kiss as many frogs as you can" powiedziałam. "I am looking for a prince". Na dźwięk moich słów S. wybuchła śmiechem, a ja pomagałam w szukaniu żab. Nie, nie szukałam księcia. Szukałam żab.
Wielka chatka, zieleń i chłodna pogoda, a także lunch na wolnym powietrzu było ciekawą formą lekcji, zwłaszcza że pogoda ostatnio nie rozpieszcza. Tymczasem zbliża się tygodniowa przerwa w nauce, jak przystało na maj oraz poniedziałkowy bank holiday.
niedziela, 8 maja 2016
Like a prayer
Włoskie lody rozpływają mi się w ręku. W Londynie, na termometrach widoczne jest 26 stopni. Gorąco. Okno otwarte na oścież. Inne okno. Inne majowe popołudnie. Przeczytałam jakiś czas temu cytat, który możliwe że nie brzmiał dokładnie tak jak go prezentuję i jest to bardziej parafraza: "Don't live the same 75 years and call it a life". I mimo że się staram, to czuję że nie zawsze potrafię byc w stu procentach obecna w danym momencie. Wiem że choc jest to trudne, mam wielką potrzebę odczuwania życia. Czucia, że żyję. Podróżowania, ludzi, kariery. Zatrzymuję w sobie wiarę dziecka. Marzycielstwo. Mimo, że jest tak wielu ludzi, którzy mówią by nie marzyc, bo sami złamali sobie tymi marzeniami serce.
Chcę wykorzystac swoje życie, zrobic coś z niego. Nie byc kolejną osobą, która po prostu je przeżywa. Popadłam w rutynę w tym pięknym i chimerycznym mieście. Czasami szukam w sobie tych początkowych odczuc, magii nowego początku. Tymczasem niewiele mnie już dziwi, staję się doroślejsza, widzę coraz więcej i popadam w wir codzienności. A to mnie nie interesuje. Dni mijają bardzo szybko, codziennie budzę się wcześnie rano, wracam późnymi wieczorami. Jedynym wolnym wieczorem jest środa, a nawet soboty są bardzo zajęte. Ale nie ma jakiegoś elementu w tej układance. Brakuje mi ekscytacji, wyzwania - takiego jakie miałam przeprowadzając się do nowego miasta. Zatracam się w muzyce, która jest najlepszą formą ekspresji. Zbyt mocno ciągnie mnie w stronę artystycznego życia.
Chcę wykorzystac swoje życie, zrobic coś z niego. Nie byc kolejną osobą, która po prostu je przeżywa. Popadłam w rutynę w tym pięknym i chimerycznym mieście. Czasami szukam w sobie tych początkowych odczuc, magii nowego początku. Tymczasem niewiele mnie już dziwi, staję się doroślejsza, widzę coraz więcej i popadam w wir codzienności. A to mnie nie interesuje. Dni mijają bardzo szybko, codziennie budzę się wcześnie rano, wracam późnymi wieczorami. Jedynym wolnym wieczorem jest środa, a nawet soboty są bardzo zajęte. Ale nie ma jakiegoś elementu w tej układance. Brakuje mi ekscytacji, wyzwania - takiego jakie miałam przeprowadzając się do nowego miasta. Zatracam się w muzyce, która jest najlepszą formą ekspresji. Zbyt mocno ciągnie mnie w stronę artystycznego życia.
poniedziałek, 2 maja 2016
Gombrowicz
W ostatnim czasie mój humor ciągnie mnie w stronę Gombrowicza. Albo Prokofieva. Ciągnie mnie w stronę groteski, dziwnej literatury i muśniętej awangardowym oddechem muzyki.
Pogoda w Londynie równie groteskowa, co muzyka Prokofieva. Jest ciepło, wydaje się że zagościła wiosna, po czym ni stąd, ni zowąd, zamiast rozwiązania na Tonikę VI, trafiam na trytony pogodowe. W ostatnim tygodniu padało. I nie był to tylko deszcz, ale również i śnieg. Szłam w stronę metra, bez parasola zostawionego skądinąd w pociągu victoria line. Mając ochotę na waniliowe lody, jednak gdzie tu słodycz lata, gdy w kwietniu pada śnieg. Dotarłam do stacji, wzięłam London Evening i pojechałam na zajęcia.
Moje mieszkanie w krainie muminków jest czymś zupełnie nowym, a fiński to język, którego kompletnie nie rozumiem. Wiem natomiast, że Martha Argerich po raz kolejny przyjeżdża do Londynu z koncertem Liszta. Po czterech latach życia w tym mieście, na tyle przywykłam, że rzeczy na które wcześniej nie zwracałam uwagi, teraz zaczynają mnie irytowac. Irytuje mnie tak wielka ilosc ludzi, kiedy z trudem przecisnąc można się do metra lub do sklepu. Do tego miasta napływa wciąc coraz to więcej osób, w tym roku jest ich jeszcze więcej niż kiedykolwiek indziej. I z jednej strony mieszkanie w metropolii ma mnóstwo blasków, a z drugiej, przeciskanie się do pociągu z milionem ludzi w środku doprowadza do szewskiej pasji. I mimo, że mam świadomosc, że tak wygląda życie w wielkich stolicach to nie zmienia to faktu, że spiesząc się na pociąg, gdzie wszędzie trzeba byc na czas, do szewskiej pasji doprowadza poruszanie się z szybkością żółwia, bo szybciej się nie da przy takim natłoku.
Pogoda w Londynie równie groteskowa, co muzyka Prokofieva. Jest ciepło, wydaje się że zagościła wiosna, po czym ni stąd, ni zowąd, zamiast rozwiązania na Tonikę VI, trafiam na trytony pogodowe. W ostatnim tygodniu padało. I nie był to tylko deszcz, ale również i śnieg. Szłam w stronę metra, bez parasola zostawionego skądinąd w pociągu victoria line. Mając ochotę na waniliowe lody, jednak gdzie tu słodycz lata, gdy w kwietniu pada śnieg. Dotarłam do stacji, wzięłam London Evening i pojechałam na zajęcia.
Moje mieszkanie w krainie muminków jest czymś zupełnie nowym, a fiński to język, którego kompletnie nie rozumiem. Wiem natomiast, że Martha Argerich po raz kolejny przyjeżdża do Londynu z koncertem Liszta. Po czterech latach życia w tym mieście, na tyle przywykłam, że rzeczy na które wcześniej nie zwracałam uwagi, teraz zaczynają mnie irytowac. Irytuje mnie tak wielka ilosc ludzi, kiedy z trudem przecisnąc można się do metra lub do sklepu. Do tego miasta napływa wciąc coraz to więcej osób, w tym roku jest ich jeszcze więcej niż kiedykolwiek indziej. I z jednej strony mieszkanie w metropolii ma mnóstwo blasków, a z drugiej, przeciskanie się do pociągu z milionem ludzi w środku doprowadza do szewskiej pasji. I mimo, że mam świadomosc, że tak wygląda życie w wielkich stolicach to nie zmienia to faktu, że spiesząc się na pociąg, gdzie wszędzie trzeba byc na czas, do szewskiej pasji doprowadza poruszanie się z szybkością żółwia, bo szybciej się nie da przy takim natłoku.
sobota, 16 kwietnia 2016
Lista lektur
Pamiętam, jak dziś. Gdy dostaliśmy na polonistyce listę lektur, długą jak cholera. W oparach artyzmu i wielkeij sztuki, snuc mieliśmy się przez najbliższe dwa semestry. Pytając siebie nawzajem, jeszcze w październiku czy lista ta jest na czerwiec i dlaczego jest aż tak przesadnie długa. A później nastąpił kolejny szok, bo z ust profesora zajmującego się literaturą staropolską wybrzmiało krótkie, acz znaczące zdanie: Lista jest na styczeń. Nieco ponad trzy miesięce na tyle książek? A później zaczął się maraton. Przynoszenie z biblioteki po 5 książek naraz, mniej więcej co dwa dni. Czytanie 5 naraz, gdzieś komedia starożytna, gdzieś poezja, gdzieś książka z prawdziwego zdarzenia. A ja, naprawdę kochałam się w tym czytaniu i sprawiało mi to wielką przyjemnosc. Zresztą pamiętam, że na pierwszym roku przeczytałm 90 % lektur z listy. I tak, chciałabym znów zaczac więcej czytac. Dlatego też postanowiłam zrobic swoją własną listę lektur na najbliższy czas. Bo robienie list jest przyjemne, jak w tych amerykańskich filmach, kiedy główne bohaterki sporządzają listę wszystkiego od listy filmów, po listy miłosne. We are not getting there, anyway. Poniżej lista książek, które chcę przeczytac, a przynajmniej dostac w ręce, przynajmniej po części.
1. M. Proust - W poszukiwaniu straconego czasu (spędze prawdopodobnie sto lat czytając wszystkie części, ale spróbuję)
2. J. Joyce - Ulisses
3. J. K. Rowling - Harry Potter (częsc II i III w oryginale)
4. Wybrana powiesc Dickensa.
5. G. Flaubert - Madame Bovary
niedziela, 27 marca 2016
Do przeczytania, częsc pierwsza
Czytanie jest ważne. Czyż nie? Ale z czytaniem jest jak z piciem dobrego wina. Są wina słodkie, jak słodka bywa czekolada, inne z kolei - te wytrawne sprawiają, że wystawiamy z niesmakiem język, krzywiąc się po łyku tego trunku.
Jako wytrawna wielbicielka literatury, mam mnóstwo ulubionych książek. O niektórych tytułach pewnie już zapomniałam, bo na polonistyce było ich zbyt wiele, o innych pamiętam na długo, choc nie były nawet na liście lektur. Ostatnio nie trafiam na dobre książki, a szkoda, bo chciałabym przeczytac coś, czego fabuła wciągnie mnie swoją ciekawą strukturą i godnymi, charyzmatycznymi bohaterami. Zacznijmy zatem, kolejnosc przypadkowa:
1. M. Puzo - Ojciec Chrzestny, czyli powiesc, która nie tylko wzbudziła moją chęc do odwiedzenia Palermo, ale też powiesc będąca absolutnym klasykiem i prawdziwym majstersztykiem.
2. G. Orwell - Rok 1984, czyli powiesc podzielona na trzy części, a każda z nich staje się lepszą od poprzedniej. To jedna z tych książek, które sprawiają że na chwilę zaniemówisz, po pzeczytaniu ostatniej strony. Znakomity finał, a o to chyba chodzi w książkach. Aby był niedosyt.
3. W. Gombrowicz - Iwona, księżniczka Burgunda
4. M. Bułhakov - Mistrz i Małgorzata
5. A. Kuśniewicz - Król Obojga Sycylii, czyli książka, która jest napisana przez absolutnie genialnego w swym rzemiośle pisarza.
6. L. Weisberger - Diabeł ubiera się u Prady (tylko wersja anglojęzyczna, czytaj w oryginale)
7. S. Przybyszewski - Śnieg
8. J. Iwaszkiewicz - Opowiadania (chyba nikt nie jest od niego lepszy w tych krótkich formach)
9. S. Wyspiański - Wyzwolenie, Warszawianka
10. M. Kuncewiczowa - Cudzoziemka
11. S. Mrożek - Emigranci
12. F. Kafka - Proces
Jako wytrawna wielbicielka literatury, mam mnóstwo ulubionych książek. O niektórych tytułach pewnie już zapomniałam, bo na polonistyce było ich zbyt wiele, o innych pamiętam na długo, choc nie były nawet na liście lektur. Ostatnio nie trafiam na dobre książki, a szkoda, bo chciałabym przeczytac coś, czego fabuła wciągnie mnie swoją ciekawą strukturą i godnymi, charyzmatycznymi bohaterami. Zacznijmy zatem, kolejnosc przypadkowa:
1. M. Puzo - Ojciec Chrzestny, czyli powiesc, która nie tylko wzbudziła moją chęc do odwiedzenia Palermo, ale też powiesc będąca absolutnym klasykiem i prawdziwym majstersztykiem.
2. G. Orwell - Rok 1984, czyli powiesc podzielona na trzy części, a każda z nich staje się lepszą od poprzedniej. To jedna z tych książek, które sprawiają że na chwilę zaniemówisz, po pzeczytaniu ostatniej strony. Znakomity finał, a o to chyba chodzi w książkach. Aby był niedosyt.
3. W. Gombrowicz - Iwona, księżniczka Burgunda
4. M. Bułhakov - Mistrz i Małgorzata
5. A. Kuśniewicz - Król Obojga Sycylii, czyli książka, która jest napisana przez absolutnie genialnego w swym rzemiośle pisarza.
6. L. Weisberger - Diabeł ubiera się u Prady (tylko wersja anglojęzyczna, czytaj w oryginale)
7. S. Przybyszewski - Śnieg
8. J. Iwaszkiewicz - Opowiadania (chyba nikt nie jest od niego lepszy w tych krótkich formach)
9. S. Wyspiański - Wyzwolenie, Warszawianka
10. M. Kuncewiczowa - Cudzoziemka
11. S. Mrożek - Emigranci
12. F. Kafka - Proces
poniedziałek, 21 marca 2016
Diamonds
Był to sierpień. A może lipiec. Tak, to był lipiec. Jeden z tych gorących, lipcowych dni. Czas, kiedy w jednym tygodniu znalazłam się w Royal Opera House, na Don Giovannim Mozarta, patrząc na ekskluzywnie przystrojonych ludzi z kieliszkami szampana i czerwonego wina w ręku, zaraz po tym, jak wyszłam z BBC. Mekki dziennikarstwa. Jak wiele się zmieniło od przyjazdu do Londynu, jak wiele nowych rzeczy poznałam, jak wiele nowych życiowych ról przyszło mi odegrac, jednocześnie porzucając na chwilę inne swoje pasje czy talenty, bo każdy z nas ma serce, które przynależy do różnych rzeczy. A ja wciąż jestem przecież dziewczyną, która zaczytywała się w Iwaszkiewiczu, Kuncewiczowej czy Reymoncie. Dziewczyną kochającą się w poezji Leśmiana, recytując wiersze Staffa. Bawiącą się słowami. Rymami. Gombrowiczowskim Kosmosem. Rozkochana w młodopolskim usposobieniu, pisząca nieustannie, mimo że muzyka jest moją największą pasją. Ale największym talentem chyba pisanie. Weszłam do innego świata. Najpierw świata N., następnie tańca, gubiąc przy tym nieco z literatury, choc wciąż czytam. Poznając nowych muzyków, poznając nowe utwory, przynależąc do sztuki. Tęsknię za tamtym rokiem. Za Gdańskiem, który przywitał mnie bursztynami, profesorem z akademii, który wydał się zupełnie inną osobą po moim życiu w Londynie, tęsknię za wyzwaniami z zeszłego roku i za każdym dniem po kolei. Jest wiele rzeczy które chciałabym jeszcze raz przeżyc mimo, że zeszły rok nie był idealny. W tle nieustannie Elastic Heart. Ostatnio trafiłam na swoje nagranie ze starą choreografią jednej z nauczycielek do Thinking Out Loud. Zobaczyłam mój dawny salon, inny kolor włosów i pasję w oczach. Lipiec, tamte ciepłe popołudnia, mnie na lotnisku, kupującą książkę MP, jego dywagacje na temat tańca do Vogue Madonny i głęboki oddech, patrząc na startujące samoloty.
niedziela, 20 marca 2016
Szkoła baletowa
Dzisiejszą niedzielę spędziłam nieco inaczej, niż zwykle. Dojechałam do King's Cross, czyli pięknej i jednej z największych londyńskich stacji pociągów. Rzucając okiem na perony, przypomniała mi się moja sierpniowa podróż powrotna z Edynburga, kiedy byłam w zupełnie innym momencie swojego życia, ale też w podobnym nastroju. Wzięłam głęboki wdech, delektując się przez chwilę panoramą Londynu, po czym szybko złapałam autobus i ruszyłam w stronę szkoły baletowej. Na pierwsze w tym roku zajęcia z baletu klasycznego, czwarte lub piąte w moim życiu. Zajęcia prowadzone przez Davida. Nie wiem czemu, a może im wiem, (ale bez zbędnych wyjaśnień, bo tego trzeba doświadczyc) zajęcia z tańca z nowymi choreografami to zawsze godzina lub półtorej godziny, które pełne nieprzewidywalności. Pełny pracy ze swoim ciałem, pełne kroków i pozycji tanecznych, które dopiero się poznaje, przed którymi można miec bariery, jeśli nie jest się profesjonalistą. Mój dzisiejszy nauczyciel, to były uczeń Joffrey Ballet, czyli chyba najbardziej znanej organizacji tanecznej (takie wzięte w nawias Julliard). Szkoła znajduje się w ciekawej lokalizacji i od wejścia czuje się inny świat. Świat tańca. Świat tanecznych póz. Świat dziewczyn i kobiet z tymi słynnymi upięciami włosów, rozciągających się gdzieś w rogu i wlepiających wzrok w siebie nawzajem. Uchyliłam wielkie drzwi, z napisem Szkoła Baletowa, po czym swoim codziennym już angielskim, zapytałam o możliwosc wejścia drop in i o numer studia, do którego mam się udac. Tak też udałam się do studia numer 5, mijając studio numer 3, gdzie odbywała się akurat tzw. audition (przesłuchania baletowe/castingi i ludzie biegający z numerkami na koszulkach, podskakując przed groźnie wygladającymi, siedzącymi za biurkiem podrasowanymi sędziami tańca.
David okazał się wymagający, mimo że klasa w założeniu jest klasą dla początkujących. Było w niej dużo ludzi, wielkie lustra ścienne i fajna muzyka. Nie było aż tak dużo technicznej pracy, ani nauki choreografii. Nie było też obrotów, chaines czy podstaw piruetu, było natomiast dużo pracy przy barierkach, choc mniej niż gdy brałam swoje lekcje baletu z Emmą w dzielnicy w której mieszkałam w zeszłym roku.
David podchodził do każdego, dając mu uwagi. Uwagi dawał zwłaszcza osobom, które przyszły na jego zajęcia po raz pierwszy. Do mnie podszedł 4 razy. Za pierwszym mówił o postawie, za drugim o stopach, za trzecim o trzymaniu rąk w drugiej pozycji baletowej, a za czwartym wziął mnie na środek, mówiąc: Look in the mirror.
Dzięki Bogu że przywykłam już do tańca przed lustrami i ogólnie do brania tego typu klas, bo takie sytuacje nie są komfortowe, zwłaszcza gdyby była to moja pierwsza w życiu klasa baletu.
Po jego: Look in the mirror, spojrzałam w lustro. Zapytał się co widzę. Czy nie lepiej byłoby ustawic swoje ciało w inny sposób przy pierwszej pozycji. "Take your feet out", "And in". "What do you think?". Pomyślałam wtedy, że dosyc sporo w tym momencie robię jak na fakt że jest to niedziela, mój jedyny dzień wolny, jest poranna dziesiąta zero zero, a ja stoje w bardzo zatłoczonej szkole baletowej, mając niewielkie pojęcie na temat zasad jakimi rządzi się balet i na dodatek zaspana, z rana (nie mów do mnie z rana) muszę odpowiadac na pytania, nie wspominając już że są one w innym języku. No i pomijając fakt, że stoję właśnie na srodku studia, a uwaga wszystkich skupiona jest na mnie, jako przykładu do wyjaśnienia pierwszej pozycji baletowej. Shit.
Odpowiedziałam typowo brytyjskim "yeah, yeah, yeah", na co David. "No, no. I am asking you." Po czym ustawił mnie tak, jak powinnam stac w jego pierwszej pozycji baletowej, mówiąc: "That's the posture I want from you", uśmiechnął się i puścił mnie wolno. W kolejną niedzielę wyjeżdża do Chin, ale mogę powiedziec że podobało mi się. Było to ciekawym doświadczeniem. W ciągu godziny zdążył jeszcze powiedziec nam że "Fears fail with logic", a ja, opuszczając studio i wychodząc na zewnątrz natknęłam się na niego, niespodziewanie, tuż przed budynkiem, z żarzącym się w jego ustach papierosem i brytyjskim "Bye, thanks", w oparach jego nonszalanckiej postury.
David okazał się wymagający, mimo że klasa w założeniu jest klasą dla początkujących. Było w niej dużo ludzi, wielkie lustra ścienne i fajna muzyka. Nie było aż tak dużo technicznej pracy, ani nauki choreografii. Nie było też obrotów, chaines czy podstaw piruetu, było natomiast dużo pracy przy barierkach, choc mniej niż gdy brałam swoje lekcje baletu z Emmą w dzielnicy w której mieszkałam w zeszłym roku.
David podchodził do każdego, dając mu uwagi. Uwagi dawał zwłaszcza osobom, które przyszły na jego zajęcia po raz pierwszy. Do mnie podszedł 4 razy. Za pierwszym mówił o postawie, za drugim o stopach, za trzecim o trzymaniu rąk w drugiej pozycji baletowej, a za czwartym wziął mnie na środek, mówiąc: Look in the mirror.
Dzięki Bogu że przywykłam już do tańca przed lustrami i ogólnie do brania tego typu klas, bo takie sytuacje nie są komfortowe, zwłaszcza gdyby była to moja pierwsza w życiu klasa baletu.
Po jego: Look in the mirror, spojrzałam w lustro. Zapytał się co widzę. Czy nie lepiej byłoby ustawic swoje ciało w inny sposób przy pierwszej pozycji. "Take your feet out", "And in". "What do you think?". Pomyślałam wtedy, że dosyc sporo w tym momencie robię jak na fakt że jest to niedziela, mój jedyny dzień wolny, jest poranna dziesiąta zero zero, a ja stoje w bardzo zatłoczonej szkole baletowej, mając niewielkie pojęcie na temat zasad jakimi rządzi się balet i na dodatek zaspana, z rana (nie mów do mnie z rana) muszę odpowiadac na pytania, nie wspominając już że są one w innym języku. No i pomijając fakt, że stoję właśnie na srodku studia, a uwaga wszystkich skupiona jest na mnie, jako przykładu do wyjaśnienia pierwszej pozycji baletowej. Shit.
Odpowiedziałam typowo brytyjskim "yeah, yeah, yeah", na co David. "No, no. I am asking you." Po czym ustawił mnie tak, jak powinnam stac w jego pierwszej pozycji baletowej, mówiąc: "That's the posture I want from you", uśmiechnął się i puścił mnie wolno. W kolejną niedzielę wyjeżdża do Chin, ale mogę powiedziec że podobało mi się. Było to ciekawym doświadczeniem. W ciągu godziny zdążył jeszcze powiedziec nam że "Fears fail with logic", a ja, opuszczając studio i wychodząc na zewnątrz natknęłam się na niego, niespodziewanie, tuż przed budynkiem, z żarzącym się w jego ustach papierosem i brytyjskim "Bye, thanks", w oparach jego nonszalanckiej postury.
sobota, 12 marca 2016
Billy Elliot
Przez bardzo długi czas mówiłam o West Endzie, o malutkim miejscu na świecie gdzie spełniają się wielkie marzenia. O londyńskim Broadway'u. I tak, nadszedł dzień, kiedy zapłaciłam za bilet na jeden z najbardziej znanych musicali w Londynie, opartym na znakomitym filmie pt. Billy Elliot, czyli historii chłopca, który zakochał się w balecie i dotarł do Royal Ballet School, a także na szczyty w świecie tańca. W drodze na musical okazało się, że jedna ze stacji metra jest zamknięta. Wzięłam zatem czerwony autobus, ruszając w stronę kolejnej stacji, by stamtąd trafic do Apollo Victoria Theatre, w sercu Londynu.
Musical zrealizowany został przepięknie, choreografia trudna i znakomita zarazem, piękne dekoracje, scena z padającym śniegiem była magiczna, kostiumy bajeczne, a grający główną rolę chłopiec niesamowicie zdolny, dając radę w tak długim przedstawieniu, które zakończyło się tuż przed 23.
Lepszego prezentu dla siebie, za ostatnie radzenie sobie z przeprowadzką, nie mogłam sobie wyobrazic. Musical zabawny, ale i nostalgiczny, mówiąc o czymś i będący równie dobrym doświadczeniem, jak to kiedy byłam na operze Don Giovanni w Royal Opera House. Tyle, że tym razem bez BBC w tle.
Musical zrealizowany został przepięknie, choreografia trudna i znakomita zarazem, piękne dekoracje, scena z padającym śniegiem była magiczna, kostiumy bajeczne, a grający główną rolę chłopiec niesamowicie zdolny, dając radę w tak długim przedstawieniu, które zakończyło się tuż przed 23.
Lepszego prezentu dla siebie, za ostatnie radzenie sobie z przeprowadzką, nie mogłam sobie wyobrazic. Musical zabawny, ale i nostalgiczny, mówiąc o czymś i będący równie dobrym doświadczeniem, jak to kiedy byłam na operze Don Giovanni w Royal Opera House. Tyle, że tym razem bez BBC w tle.
wtorek, 1 marca 2016
Revolution
Sobotnia noc. Światła migocą, wiatr smaga zimnem. Z baru roztacza się muzyka. Słychac stukot kieliszków. Londyn nigdy nie usypia. Tak jak Nowy Jork. To tu znajdują się wielkie marzenia, wielkie kariery i wielkie sukcesy. Ale jest też druga strona. O której jako starająca się pozytywnie patrzec na życie osoba, nie będę się rozpisywac. Tutaj wraca się taksówkami, londyńskimi, gdzie taksówkarze naciągają na 40 funtów za 20 minutową trasę. Gdzie ludzie rzeczywiscie płacą te 40 funtów, bo nie potrafią wygooglowac tańszego transportu. Gdzie mijając czerwone skrzynki pocztowe, wracając tą angielską taksówką, obserwuje się powoli mijane, stare, wiktoriańskie domki. Gdzie wraca się późno, by następnego dnia wstac wcześnie rano, mimo że to niedziela. Bo przecież tutaj wszyscy mają parcie na karierę. Na kursy. Na klasy. Na śpiewanie, taniec, pisarstwo, jogę. Wszystko. W Londynie nie wypada usiąsc wieczorem. Wypada za to pójsc na wykupione rok wcześniej przedstawienie. W Royal Albert Hall. Albo musical. Albo oba. A może opera? Poranek deszczowy, chłodny. Snuję się nowymi dróżkami. Do nowego przystanku autobusowego. Biorąc inny autobus. Gdzie nie odczuwam wielkosci tej jakże wielkiej metropolii, bo traktuje ją jako swoje miasto, w którym mam utarte ścieżki, przebiegane tysiące razy. Mieszkam tu od miesiąca, w nowej dzielnicy, codziennie witają mnie dwa psy, które z nami mieszkają. Codziennie irytuje mnie, że ludzie z którymi mieszkam, nie mają w kuchni radia, bo też dopiero co sie tu przeprowadzili, a ja nie chce takiego kupic, bo jak zabiore się z tyloma walizkami, by znow przeprowadzic się do innej dzielnicy? Radio to za dużo. Bo jak radio to i czajnik. A skoro mamy już czajnik, po co kupowac nowy? By pozniej go dzwigac. Wracając do radia. BBC, o nie. Zbyt znajome głosy. Kiss FM, wiele wspomnień. Heart? Tam grają Madonnę. BBC1? Nie, nie. To znów BBC. Może zacznę słuchac Jazz FM? Biegnę o poranku, by złapac czerwony autobus. By dojechac na pierwszą stację metra. By zdążyc na zajęcia. I wreszcie, trafiam na Chandelier Sii. Przegapiłam tę choreografię rok temu. A tym razem się na nią załapałam. I może to nie taniec staje się prostszy ale ja lepsza? A jest to trudna grupa. Ale zmieniam podejście. Do wszystkiego. I Chandelier, ten kołyszący się żyrandol Sii, jest już tak osłuchany, że po kilku piruetach myślę o Unstoppable, do którego wolałam tańczyc. No nic. To też sprawia mi przyjemnosc. Dni biegną zbyt szybko. Już marzec. Nie poczułam, jak uciekły dwa miesiące. Zbyt wiele miałam do załatwienia. Praca, klasa, praca, klasa. Nie jestem w stanie podsumowac jak wiele we mnie i w mojej percepcji świata zmienił Londyn, zmieniły ostatnie 2 lata, zmienił taniec i moja przygoda z małym, ważnym światem. Wiem, tylko, że codziennie popełniam ten sam błąd, kładąc się spac przed północą i gorzko tego żałuje następnego dnia, kiedy czuje niewyspanie. Bo chcę obejrzec oskarowy film.
wtorek, 16 lutego 2016
Sia
Połóż na mojej półce album Sii, podaruj mi umiejętności taneczne profesjonalistów, pozwól użyc wyobraźni do lirycznej choreografii, a będę najszczęśliwszą osobą na świecie.
Sia to prawdziwa artystka. Ja od zawsze kochałam sztukę. Art. ART. Ona łączy w sobie wszystko. Grę aktorską, przesłanie, słowa, myśli, taniec, melodię. Marzy mi się artystyczne życie. Teatry. Sztuka.
Chciałabym dostac w swoje ręce bilet na jej koncert. Będzie grała w sierpniu w Finlandii, narazie nie widzę Londynu, chyba że przegapiłam. Elastic heart to żywe, melodyczne, utkane w artyzm dziełko. Big Girls Cry to trudna emocjonalnie piosenka, a Alive to apoteoza życia. A w tle Maddie Ziegler lub inni tancerze, przesmykujący się pomiędzy taktami jej zdartego głosu, który załamuje się na najwyższych dźwiękach, dodając jeszcze większego uroku.
W tle fortepian, perkusja, skrzypce i ten głos. https://www.youtube.com/watch?v=t1x8DMfbYN4&spfreload=10
Od niedawna zaczęłam oglądac z nią wywiady, Zadziwiające że przez tyle lat tworzyła piosenki dla najbardziej znanych. To ona napisała Diamonds na płytę Rihanny, tworzyła dla Aguilery, Katy Perry i innych amerykańskich gwiazdek. Aż do czasu, gdy sama zaczęła grac pierwsze skrzypce. Podobno Titanium napisała w kilkadziesiąt minut. Wydaje się jak gdyby tak wiele w życiu przeżyła, w jej muzyce jest więcej niż w muzyce innych wykonawców.
Ja tymczasem idę zadymioną, londyńską ulicą. Londyn jest brudnym miastem. Wielkim. Przytłaczającym. Różnorodnym. Przeogromnym. Pełnym ludzi, pędzących. Wbiegających do metra im szybciej się da, mimo że następny pociąg jest za minutę.
Na High Street mnóstwo dziwnych ludzi, proszących o drobne. Dziwna muzyka, lecąca w te z różnych sklepików lub samochodów. Nachalni sprzedawcy którzy na siłę chcę sprzedac owoce. Ludzie w garniturach, z telefonem w ręku, biegnący na autobus. I ja. Szukająca Sainsbury's local, którego nie ma w pobliżu. Jedynie Morrison, do którego nigdy nie wstąpiłam. W głowie Unstoppable Sii, do którego tańczyłam. "I don't care if you use two fingers or just one, get up" usłyszeliśmy na zajęciach. Tak, to ważne by się podniesc. Na sali tańca czy ogólnie w życiu. Uczenie się nowej trasy, nowych pzystanków, nowych autobusów, nowych dojazdów. Przeprowadziłam się we czwratek, a już w piątek rano, do pracy musiałam wziąc zupełnie nowy autobus, niewypróbowany wcześniej, nie wiedząc ile zajmie trasa. Takie typowe, londyńskie życie.
środa, 10 lutego 2016
Life is either a daring adventure or nothing
Z rozsypanymi papierosami w torebce, rozwichrzonymi włosami i bordową szminką na ustach. Tak winnam wyglądac w dniu przeprowadzki. Mojej pierwszej w życiu samodzielnej wyprowadzki. Po drodze, dobrze byłoby dotrzec do malutkiego sklepiku na rogu, by kupic szampana lub inny trunek, tak na dobry początek. Tymczasem, mimo siedzącej mi na ramieniu panny E., która to usilnie pragnęła przejąc inicjatywę, postanowiłam wyznaczyc granicę. "I am in charge, right?" - powiedziałam, kiedy to po raz kolejny próbowała przekonac mnie do swoich bezmyślnych pomyslów. "I am in charge". Jej oczy pełne zdumienia, zresztą nie po raz pierwszy, nabrały innego wyrazu. Możemy znac ludzi od wielu lat, a i tak, dopiero po tych wielu latach, zauważymy inny koloryt ich osobowości. Moje relacje z E. (którą traktowałam jak moją angielską matkę chrzestną) były jak w kalejdoskopie. Jednego dnia znałysmy się na wylot, innego, poznawałam ją i jej rodzinę na nowo. To był dobry start. Nie żałuje czasu spędzonego z moimi B., ale nadszedł czas, by przejąc inicjatywę i zrobic coś nowego. W ostatnim czasie budziłam się w środku nocy lub kładłam spac i nie czułam żadnej ekscytacji. Znałam każdy centymetr tego domu, ich zachowania były dla mnie przewidywalne. Wyprowadzka była bardziej spontaniczna niż przemyślana. Zgraliśmy się w tym temacie. Mnóstwo razy wyobrażałam sobie ten dzień. Jak on bedzie wyglądał? I nagle, zamiast nostalgii i wielkiego "bye", stałam się zbyt chłodna lub doświadczenia londyńskie zabrały mi sentymentalizm. Patrzyłam jak pomagano mi w pakowaniu walizek, zbiegałam po schodach niosąc kolejne, jechałam samochodem E. słysząc od niej "commercial, commercial", znudzona obserwując mijane uliczki. "Commercial" - nie miałam pojęcia o czym wtedy mówiła, nie słuchałam jej. Uściski, zamknięcie drzwi i zamknięcie już, starych czasów.
Życie jest albo wielką, bezczelną przygodą, albo wytartym wspomnieniem. Ty wybierasz czym. A doświadczenia, które napotykamy, wyzwania, albo nas zbudują i zachowamy się w nich jak chłodno myślące osoby, albo poddamy się im. Wszystko jest w życiu wyborem.
Życie jest albo wielką, bezczelną przygodą, albo wytartym wspomnieniem. Ty wybierasz czym. A doświadczenia, które napotykamy, wyzwania, albo nas zbudują i zachowamy się w nich jak chłodno myślące osoby, albo poddamy się im. Wszystko jest w życiu wyborem.
środa, 27 stycznia 2016
I am an artist
"Don't you dare to let anyone or anything control your life. That's your life. Make the most of it and please, be happy".
Styczeń powinien byc słodki jak karmel. Rewolucje noworoczne i te sprawy.Tymczasem na ustach rozpuszcza się gorzka czekolada doświadczeń, z jakimi mierzę się w ostatnich tygodniach. Zbyt dużo pracuję. To fakt. Nie powiedziałabym że idę, raczej snuję się przemokłymi, szarymi uliczkami. Mijam czerwone autobusy, biegnę po Leicester Square, po czym umawiam się na oglądanie mieszkań. Miałam momenty, kiedy można byłoby się poddac, ale cały czas w głowie brzmiał mi komunikat: zrób ten jeden krok do przodu. A życie w tak wielkim mieście, nie posiadając tu rodziny czy starych przyjaciół, posługiwanie się innym językiem, samodzielne szukanie mieszkania to wielkie wyzwanie. I tak, jak mawia się po angielsku: I did it, bitch. Po kolorowych doświadczeniach, spotkaniu szemranych ludzi, którzy wynajmują pokoje znalazłam jeden, który mi odpowiadał. Po drodze natknęłam się na zestresowaną pracą Francuzkę, pracującą (w finansach) na zimnych Canary Wharf, gdzie wieżowce mieszają się z odblaskiem ulicznych świateł. Spotkałam filmowców, którzy chcieli tyle pieniędzy za pokój, że nie mieści się to w głowie, jednocześnie wrzucając mnie na chwilę w świat prawdziwych artystów, niczym z młodopolskich książek, gdzie absynt lał się strumieniami na zagięte rogi powieści. Wystrój ich domu był czymś, czego nigdy w życiu nie widziałam. Trafiłam również na przezutą życiem kobietę, ubraną w tanie gadki-szmatki, przeplatane"baby" i "darling" oraz jej upiorne drążenie i wymuszanie na mnie odpowiedzi na to czy chce ten pokój (w ciągu najbliższych minut). Po wielu perypetiach, niebotycznym zmęczeniu stawiłam czoło kolejnemu doświadczeniu. Znalazłam pokój, spakowałam walizki i delektuje się jeszcze krótką chwilą, przez którą będę mieszkała w tak znajomym mi "moim pokoju".
Styczeń powinien byc słodki jak karmel. Rewolucje noworoczne i te sprawy.Tymczasem na ustach rozpuszcza się gorzka czekolada doświadczeń, z jakimi mierzę się w ostatnich tygodniach. Zbyt dużo pracuję. To fakt. Nie powiedziałabym że idę, raczej snuję się przemokłymi, szarymi uliczkami. Mijam czerwone autobusy, biegnę po Leicester Square, po czym umawiam się na oglądanie mieszkań. Miałam momenty, kiedy można byłoby się poddac, ale cały czas w głowie brzmiał mi komunikat: zrób ten jeden krok do przodu. A życie w tak wielkim mieście, nie posiadając tu rodziny czy starych przyjaciół, posługiwanie się innym językiem, samodzielne szukanie mieszkania to wielkie wyzwanie. I tak, jak mawia się po angielsku: I did it, bitch. Po kolorowych doświadczeniach, spotkaniu szemranych ludzi, którzy wynajmują pokoje znalazłam jeden, który mi odpowiadał. Po drodze natknęłam się na zestresowaną pracą Francuzkę, pracującą (w finansach) na zimnych Canary Wharf, gdzie wieżowce mieszają się z odblaskiem ulicznych świateł. Spotkałam filmowców, którzy chcieli tyle pieniędzy za pokój, że nie mieści się to w głowie, jednocześnie wrzucając mnie na chwilę w świat prawdziwych artystów, niczym z młodopolskich książek, gdzie absynt lał się strumieniami na zagięte rogi powieści. Wystrój ich domu był czymś, czego nigdy w życiu nie widziałam. Trafiłam również na przezutą życiem kobietę, ubraną w tanie gadki-szmatki, przeplatane"baby" i "darling" oraz jej upiorne drążenie i wymuszanie na mnie odpowiedzi na to czy chce ten pokój (w ciągu najbliższych minut). Po wielu perypetiach, niebotycznym zmęczeniu stawiłam czoło kolejnemu doświadczeniu. Znalazłam pokój, spakowałam walizki i delektuje się jeszcze krótką chwilą, przez którą będę mieszkała w tak znajomym mi "moim pokoju".
środa, 20 stycznia 2016
Hello
Przeraża mnie tempo mojego życia. Zwłaszcza, że to dopiero początek roku, a tak wiele się zmienia. Tak wiele nowości. Ten rozdział życia połyskuje każdym możliwym odcieniem. Pamiętam jeszcze grudniowe popołudnia, mnie spacerującą z chłopcem z Barbadosu który zawsze podbiega do mnie na playgroundzie i powrót ze szkoły, kiedy w BBC2 brzmiało najpierw Hello Adele, a po chwili temperamentne, smagające zimowe powietrze "Sax" Fleur East. BBC, te trzy litery na zawsze będą falowac tylko mi znanymi wspomnieniami.
Ten rok nie rozpoczął się jeszcze na dobre, a ja mam już za sobą kilkanaście odwiedzonych mieszkań, bo nadchodzi czas, by zacząc cos nowego, by miec czas dla siebie. A ostatnie tygodnie nie były łatwe. Praca od 8:00 rano, do 20:30 po czym bieganie po Londynie w celu odnalezienia mieszkania do 21:30. Och tak, moi czytelnicy. Bieganie, jakkolwiek trywialnie to nie zabrzmi było: wy-kań-cza-ją-ce.
W tle brzmi jazzowa muzyka albo jazzowe aranżacje, ja biegam pomiędzy Hammersmith a Leicester Square, poranna bawarka, croissanty, brytyjski akcent i "sorry", które po trzech latach mieszkania w Londynie ma zupełnie inne znaczenie. E. zabrała radio, więc wieczorami nie brzmi już "Kiss FM". Nasza kuchnia została rozbudowana, mamy szklane wnętrze i szklany sufit. Ale ja, zanim to wszystko dobiegnie końca, spakowana w kilka walizek, z Ibsenem w ręku wyprowadzę się z domu E., by zyc w imię zasady "Be daring. Be a go-getter". Ciągle wierzę, że w życiu jest o wiele więcej do osiągnięcia, niż to co serwuje nam nasz umysł i że nie do końca wykorzystujemy swoje szanse. W zeszłym roku to sobie udowodnilam i niezależnie od tego, jakie doswiadczenia będą dla mnie lekcją życia w najbliższym czasie, zawsze będę miała w sobie iskrę nadziei, która zabłysnęła rok temu, pokazując mi że można więcej i że jest wielu ludzi, które to więcej osiąga.
Ten rok nie rozpoczął się jeszcze na dobre, a ja mam już za sobą kilkanaście odwiedzonych mieszkań, bo nadchodzi czas, by zacząc cos nowego, by miec czas dla siebie. A ostatnie tygodnie nie były łatwe. Praca od 8:00 rano, do 20:30 po czym bieganie po Londynie w celu odnalezienia mieszkania do 21:30. Och tak, moi czytelnicy. Bieganie, jakkolwiek trywialnie to nie zabrzmi było: wy-kań-cza-ją-ce.
W tle brzmi jazzowa muzyka albo jazzowe aranżacje, ja biegam pomiędzy Hammersmith a Leicester Square, poranna bawarka, croissanty, brytyjski akcent i "sorry", które po trzech latach mieszkania w Londynie ma zupełnie inne znaczenie. E. zabrała radio, więc wieczorami nie brzmi już "Kiss FM". Nasza kuchnia została rozbudowana, mamy szklane wnętrze i szklany sufit. Ale ja, zanim to wszystko dobiegnie końca, spakowana w kilka walizek, z Ibsenem w ręku wyprowadzę się z domu E., by zyc w imię zasady "Be daring. Be a go-getter". Ciągle wierzę, że w życiu jest o wiele więcej do osiągnięcia, niż to co serwuje nam nasz umysł i że nie do końca wykorzystujemy swoje szanse. W zeszłym roku to sobie udowodnilam i niezależnie od tego, jakie doswiadczenia będą dla mnie lekcją życia w najbliższym czasie, zawsze będę miała w sobie iskrę nadziei, która zabłysnęła rok temu, pokazując mi że można więcej i że jest wielu ludzi, które to więcej osiąga.
sobota, 9 stycznia 2016
Your life
I am not this kind of a person who gives up. Even if it's hard. As Abby Lee Miller keeps saying: It can make you or it can break. Your choice. Or maybe sometimes you just have to suck it up. Stop panicking, don't think about it, relax and breath? I just believe that there are always two choices: you can either grow from something difficult and be so much stronger or you can just give up and take all those beautiful things that could happen in the future away from you. As my dance teacher keeps saying: your body, your choice, your life and I terribly believe that everything depends on the way we perceive it. It's all about our mind, as you can be succesful but not happy or amazingly normal and happy as hell. I am going to open the next chapter in my life. I hope that it will be a good one. The one that you remember for years, the one that makes you stronger and gives you real people, real memories and real dreams. The one that is the beginning of one's success. I feel so tired of people who gave up on their dreams many years ago and right now mirror everything in the way which is far away from being positive. We all know someone like that, dont we. Right? They kinda don't believe in dreams or hapiness anymore and try to make other people think the way they think. But didn't I moved to London by myself and meet so many ineterting people? Didn't I make this dream come true? Yes, I did. As Madonna said one day: we all fall to the floor at some point. It's how we pick yourself up that's a real challenge. Isn't it? You can give me a lot of examples why something doesn't work but at the same time I can give you so many examples of people who succeed in life. Like really succeed. What I learnt in 2015 is that it all depends on the way you think. You can get it but go for it, you can be happy but start smiling and stop moaning, you can build beautiful things but believe in it.
I keep looking for a room to rent right now and it's easier than I thought it might be but at the same time I feel sorry for myself as I will leave something really beautiful behind me. Even if it's my decision. I should stop. I am not gonna put myself down but lift myself up. I am taking a jazz class tomorrow, do some lyrical and get a lot of strenght as dancing makes me feel free, when my heart is between the lyrics, mirrors and chaines. I will have more time to take ballet, jazz and hip hop classes at least.
I keep looking for a room to rent right now and it's easier than I thought it might be but at the same time I feel sorry for myself as I will leave something really beautiful behind me. Even if it's my decision. I should stop. I am not gonna put myself down but lift myself up. I am taking a jazz class tomorrow, do some lyrical and get a lot of strenght as dancing makes me feel free, when my heart is between the lyrics, mirrors and chaines. I will have more time to take ballet, jazz and hip hop classes at least.
piątek, 8 stycznia 2016
Flashlight
When tomorrow comes
I'll be on my own
Feeling frightened up
The things that I don't know
When tomorrow comes
Tomorrow comes
Tomorrow comes
And though the road is long
I look up to the sky
In the dark I found, I stop and I won’t fly
And I sing along, I sing along, then I sing along
I'll be on my own
Feeling frightened up
The things that I don't know
When tomorrow comes
Tomorrow comes
Tomorrow comes
And though the road is long
I look up to the sky
In the dark I found, I stop and I won’t fly
And I sing along, I sing along, then I sing along
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)