"For the go-getters. For the ones who believe. For the ones who dare. For the ones who succeed. You are this girl".
To kolejny rok. Rok, który coraz szybciej upływa, zbliżając się do kolejnego rozdziału życia. Rok, w którym chciałam pójsc o krok do przodu. Nauczył mnie, że w życiu nic nie może byc przypadkowe. Nauczył mnie kontrolowania tego co się dzieje, na tyle, na ile jest to możliwe. Słuchania wewnętrznego głosu, a nie hałasu jaki towarzyszy nam na zewnątrz. Słuchania własnych potrzeb, nie bycia perfekcyjną, zastanawiania się: czy ja tego chce? Czy to, co jest teraz, to to, czego chce? Czy robię w życiu to, co daje mi radosc. Czy chodzę radosna? Czy mam przy sobie ludzi, którzy podnoszą mnie do góry? Czy robię coś, co sprawia że jestem podekscytowana? Czy mam jakąś pasję, o której myślę non stop? Czy chce, by tak wyglądało moje życie, a jeśli nie, to czy zaczęłam pracowac nad tym, bo cos zmienic? Nauczył mnie pytania o to, co chce otrzymac, a nie tylko biernego czekania, aż ktoś mi to da. Wielu ludzi nie dostaje tego czego chce, bo zwyczajnie nie potrafi poprosic o to, czego chcą.
W marcu rozpoczęłam swoje podróżowanie. Pierwszy był Paryż, następnie w lipcu Gdańsk, w sierpniu Kopenhaga i Edynburg, a w październiku Warszawa. Każda z tych wycieczek nauczyła mnie czegoś zupełnie innego, stała się doświadczeniem, które jest bardzo ważne w życiu. To w tym roku zobaczyłam jak blisko można byc swoich marzeń, o ile ma się w sobie wiarę i pozytywne myślenie. W tym roku zmieniłam mnóstwo nawyków. W tym roku zobaczyłam po raz pierwszy Martha Argerich, a także znalazłam się w Royal Opera House na Don Giovannim. Wzięłam swoje pierwsze lekcje baletu, yogi i pilatesu. Pojechałam sama do Kopenhagi i nie zgubilam się po drodze, z łatwością przemykając po nieznanych uliczkach. W tym roku wyznaczyłam granicę i stałam się dla samej siebie bardziej, niż kiedykolwiek "self important. W tym roku dostałam też nowa pracę i zrobiłam jeszcze większy progres z angielskim, który jest dla mnie ważny.
Zrozumiałam, jak ważne jest ustalanie swoich celów. Cieszę się, że prawie wszystkie tzw. "goals" na rok 2015 zostały osiągnięte. Wytrwałam w trudnej grupie "general" na jazzie i po roku jestem dużo lepszą tancerką, a taniec, to moja wielka pasja. Poznałam mnóstwo terminologii tanecznej. Skończyłam pisac powiesc, nauczyłam się "już prawie" szpagatu, zwiedziłam kilka wielkich miast, wytrwałam w Londynie i walczyłam, bez cienia zwątpienia, by osiągnąc miejsce, w którym jestem teraz. I choc wiem, że wciąż jestem na początku swojej drogi życiowej, wciąż, to nie chce zatracic w sobie wiary "dziecka", energii życiowej i szacunku do samej siebie. I przy tym pozostanę.
"Do not try to be perfect!"
sobota, 5 grudnia 2015
czwartek, 3 grudnia 2015
Barbados & cosy December
Grudniowe popołudnia. Angielskie grudniowe popołudnia, mają to do siebie że nie są ani zimne, ani okropne. Bez ciepłego szalika, bez wielkiego swetra, spokojnie spaceruje po moim "playground", nie czując czerstwego, smagającego twarz chłodu. U boku towarzyszy mi Harley, chłopiec z Barbadosu, który nie odstępuje mnie na krok. W ręku trzymam "Pink Lady", czyli najsłodsze jabłka świata, nie czując szybko uciekającego czasu. Mimo tych prawie ośmiu godzin w szkole, nie czuję by czas się dłużył. Jest tak wiele do zrobienia, że ani się obejrzę, a już siedzę na lunchu, odgrzewając filet z łososia z dodatkami, zagryzając w międzyczasie soczystą gruszkę. Wracając po 16, jest już ciemno. Czerwone autobusy zlewają się z ulicą, a ja pozostaje bez autobusu, zauważając że oysterka jest niedoładowana. Biegnąc do sklepu, myślę o następnym autobusie. Aby był o czasie, bo w końcu czeka na mnie druga praca. Bo w końcu ostatnio pracuje po 12 godzin dziennie. I snuję w myślach podsumowanie roku, które niebawem pojawi się drukowanymi literami na moim blogu, słuchając w międzyczasie remix Hello Adele, na przemian z Alive genialnej Sii. Pada deszcz. Stukot, za stukotem. Powoli nadchodzi piątek. Winter Fair - nadchodzisz.
środa, 14 października 2015
Alive
Jazz, to najwspanialszy gatunek tańca. Chodzenie na zajęcia z tańca, uczy bardzo wiele. To przede wszystkim sztuka. Sekwencja trudnych technicznie skoków i obrotów, ale też ucieczka od rzeczywistości i zawieszenie się w przestrzeni, jak ptak w locie. Abby Lee Miller, bardzo znana i kontrowersyjna choreografka z Pensylwanii napisała jakiś czas temu książkę, której tytuł (parafrazuję) brzmiał mniej więcej: "Wszystko czego nauczyłam się o życiu, nauczyłam się na sali tańca". I zrozumie to tylko ten, kto na tę salę przychodzi. Bo nagle, na godzinę, musisz stanąc na wsprost lustra i wpatrywac się w siebie. Traktowac się z szacunkiem, dbac o swoje ciało, dbac o to, by nie przesadzic z cwiczeniami. Akceptowac siebie w stu procentach, bo lustro nie kłamie. I albo w stu procentach wierzysz, że dasz radę, albo nie masz po co tam przychodzic. Bo nie chcesz w końcu stac na szarym koncu. Nie chcesz byc kolejną dziewczyną na sali. Chcesz byc unikatowa. Uczysz się, pracujesz, ale nie próbujesz byc perfekcyjną. Uczysz, by wykorzystac to co masz, tyle ile masz, tam gdzie dokladnie jestes. I to co masz, jest wystarczające. I nie ważne czy brylujesz sześcioma chaines, czy na trzech kończysz, robisz to z gracją. Ze wszystkiego robisz sztukę. Tańczysz do kawałka Sii, pt. Alive i rzeczywiście, czujesz się jakbyś tańczyła w deszczu. Czujesz, że żyjesz. Oddychasz tym tańcem. Ale też poznajesz smak konkurencji. Myślisz do przodu. Pilnujesz swojego miejsca. Robisz wszystko trzy razy szybciej. Poznajesz smak radości, dramy, zabawy i sensualności. Tylko taniec jest w stanie cię tego nauczyc. A kiedy coś cie irytuje, po prostu się tego pozbywasz. Zasady są proste. Kiedy nagle sekwencja zwana "scissors" wychodzi ci bezbłędnie, cieszysz się, jak gdybyś wygrała jakieś zawody. Kochasz tańczyc. Na tyle, że będąc w Gdańsku, szukasz klas "drop-in", by byc w formie.
A teraz Warszawa. Za kilka dni, chłodna, deszczowa stolica. Inna stolica. Inna, niż Londyn. Jak bardzo różna. Pakowanie na dwa tygodnie to wielkie wyzwanie. I może uda mi się pojsc do teatru. W końcu sztuka, to forma życia. I nic, poza nią. Bo każdy człowiek chce życ do cna.
sobota, 12 września 2015
Jealous
Sobota wieczór. Opieranie się o futrynę drzwi, w trakcie czekania na swoją grupę jazzu. Opieranie, by móc zobaczyc trwające właśnie zajęcia z K., która prowadzi grupę zaawansowaną. W tle podryguje Jealous (Labrinth) do którego w tym tygodniu tańczymy, https://www.youtube.com/watch?v=50VWOBi0VFs&spfreload=10 - ballada, w której powoli prześlizgują się emocje i smutek. Ballada, do której tańczyłam we wtorek w grupie general. Słychac oklaski. Tancerze zawsze klaszczą, po wykonaniu choreografii. Takie oklaski odbijające się echem w wielkim studiu. K. mówi do wszystkich well done i włącza kamerę, by nagrac kawałek na youtube, promujący jej klasę. Wśród ludzi jest tak wiele różnorodności. Jedni z nich stoją w pierwszym rzędzie i tańczą, jako profesjonaliści, są też tacy, którzy zapewne marzyli całą sobą o teatrach na West Endzie, a życie zweryfikowało ich plany. Pozostała pasja i ogień, jaki pali się w ich duszy. Jest mnóstwo ludzi, którzy są po prostu tancerzami od dziecka i bez problemu wykonują technicznie chaine, jete, layout i piruety. Są tacy, którzy w skokach unoszą się nad podlogą, czując się przez chwilę wolnymi jak ptaki, daleko od rzeczywistosci. Są też osoby, które przez wytrwałosc i wiele lat w te szkole, doszli do grupy advanced i mimo, że daleko im do techniki tych, którzy zaczęli tańczyc od dziecka, to dają radę i dalej cwicza, bo to ich pasja.
Niby powolne dźwięki, niby spokojnie, ale jakoś tak smutno. Nie wiem co jest w tej piosence, ale wdziera się ona do wszystkich rozterek, jakie można miec. Przedziera na pół i jak napisała jedna z tancerek na naszym forum, słuchanie jej kiedy jest się samemu w pokoju, to nie jest dobry pomysł.Wystarczy spojrzec w oczy wykonawcy tego utworu. Jakaś taka rozpacz przedziera się przez jego twarz.
Jakiś czas temu, jadąc autobusem do domu zobaczyłam malutkie dziecko, leżące w wózku, a może trzymane na rękach nie pamiętam. Pamiętam za to to, co nagle się stało. Niby nic wielkiego, niby coś naturalnego, ale w jakimś stopniu mnie to ruszyło. Mówi się, że kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat, i wlaśnie wtedy się o tym przekonałam. Zobaczyłam uśmiech i niby nie było w tym nic szczególnego, ale to dziecko, mające kilka miesięcy spojrzało na mnie i uśmiechnęło się w taki sposób, w jaki dawno nie widziałam, by śmiał się ktokolwiek z moich znajomych, czy nawet ja. Bo dorośli, mają chwilę szczescia, ale zazwyczaj uśmiech okupiony jest jakims tłem z tyłu głowy. Jakąś rozterką, jakąś sprawą do załatwienia, jakąś gonitwą. A to dziecko, po prostu się usmiechneło i było to takie szczere. Niby było bezbronne, a jednak było w tym tyle siły. Takie wiary w życie, tego że wszystko jest dobrze, że wszystko ma sens. Że nie ma zmartwien. Bezwarunkowa wiara i radosc. Triumf życia.
Spotykam mnóstwo ludzi, jedni są u progu swoich wielkich karier, tańczą na West Endzie, pracują w telewizji, są dyrektorami generalnymi, zarządcami w banku, z drugiej strony ludzie, którzy marzyli o czymś mocno i zawiedli się na tych marzeniach, rezygnując z nich, by życ przeciętnie, bo ile można walczyc lub walczą dalej, ale powoli tracą nadzieję. A ja pośrodku tego wszystkiego, albo widzę spektakularne sukcesy innych, ale tak spektakularne, że bardziej się chyba nie da, albo osoby, które są naprawde zdolne, wykształcone, ale jakoś im się nie wiedzie. Boli mnie to, że jest tylu ludzi, którzy w Polsce mimo wykształcenia nie mogą znalezc pracy w swoim zawodzie i powoli poddaję się i przestają wierzyc w uśmiech losu. Londyn to marzenie, przynajmniej moje, bo zawsze chciałam tu mieszkac, ale wiem, że w Londynie można albo piąc się po złotej drabinie sukcesu, albo czuc, jak ten sukces pożera nas na deser. Jak tygrys. Może byc Twoim przyjacielem i wtedy jesteś bezpieczna, wojując swoim światem lub jego wrogiem, który za chwilę rozszarpie cię na kolacje. Powoli, zastanawiam się, gdzie chcialabym widziec siebie za kilka lat, w jakim punkcie, tak jak wiekszosc moich znajomych. I staram się nie zgubic w sobie tej wiary, tej dziecięcej wiary, ale z wiekiem staje się to chyba coraz trudniejsze. I z taką melodią jak ta w Jealous tym bardziej. Nadszedł wrzesień. Nadchodzi jesień. W Londynie coraz chłodniej, a ja staram się wyznaczyc jakies cele. Jakieś postanowienia. Powtarzając jak mantrę słowa mojej nauczycielki tańca, gdy daje nam możliwosc wyboru w jaki sposób wykonamy figury taneczne: "Twoje ciało. Twój wybór. Twoje życie".
Niby powolne dźwięki, niby spokojnie, ale jakoś tak smutno. Nie wiem co jest w tej piosence, ale wdziera się ona do wszystkich rozterek, jakie można miec. Przedziera na pół i jak napisała jedna z tancerek na naszym forum, słuchanie jej kiedy jest się samemu w pokoju, to nie jest dobry pomysł.Wystarczy spojrzec w oczy wykonawcy tego utworu. Jakaś taka rozpacz przedziera się przez jego twarz.
Jakiś czas temu, jadąc autobusem do domu zobaczyłam malutkie dziecko, leżące w wózku, a może trzymane na rękach nie pamiętam. Pamiętam za to to, co nagle się stało. Niby nic wielkiego, niby coś naturalnego, ale w jakimś stopniu mnie to ruszyło. Mówi się, że kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat, i wlaśnie wtedy się o tym przekonałam. Zobaczyłam uśmiech i niby nie było w tym nic szczególnego, ale to dziecko, mające kilka miesięcy spojrzało na mnie i uśmiechnęło się w taki sposób, w jaki dawno nie widziałam, by śmiał się ktokolwiek z moich znajomych, czy nawet ja. Bo dorośli, mają chwilę szczescia, ale zazwyczaj uśmiech okupiony jest jakims tłem z tyłu głowy. Jakąś rozterką, jakąś sprawą do załatwienia, jakąś gonitwą. A to dziecko, po prostu się usmiechneło i było to takie szczere. Niby było bezbronne, a jednak było w tym tyle siły. Takie wiary w życie, tego że wszystko jest dobrze, że wszystko ma sens. Że nie ma zmartwien. Bezwarunkowa wiara i radosc. Triumf życia.
Spotykam mnóstwo ludzi, jedni są u progu swoich wielkich karier, tańczą na West Endzie, pracują w telewizji, są dyrektorami generalnymi, zarządcami w banku, z drugiej strony ludzie, którzy marzyli o czymś mocno i zawiedli się na tych marzeniach, rezygnując z nich, by życ przeciętnie, bo ile można walczyc lub walczą dalej, ale powoli tracą nadzieję. A ja pośrodku tego wszystkiego, albo widzę spektakularne sukcesy innych, ale tak spektakularne, że bardziej się chyba nie da, albo osoby, które są naprawde zdolne, wykształcone, ale jakoś im się nie wiedzie. Boli mnie to, że jest tylu ludzi, którzy w Polsce mimo wykształcenia nie mogą znalezc pracy w swoim zawodzie i powoli poddaję się i przestają wierzyc w uśmiech losu. Londyn to marzenie, przynajmniej moje, bo zawsze chciałam tu mieszkac, ale wiem, że w Londynie można albo piąc się po złotej drabinie sukcesu, albo czuc, jak ten sukces pożera nas na deser. Jak tygrys. Może byc Twoim przyjacielem i wtedy jesteś bezpieczna, wojując swoim światem lub jego wrogiem, który za chwilę rozszarpie cię na kolacje. Powoli, zastanawiam się, gdzie chcialabym widziec siebie za kilka lat, w jakim punkcie, tak jak wiekszosc moich znajomych. I staram się nie zgubic w sobie tej wiary, tej dziecięcej wiary, ale z wiekiem staje się to chyba coraz trudniejsze. I z taką melodią jak ta w Jealous tym bardziej. Nadszedł wrzesień. Nadchodzi jesień. W Londynie coraz chłodniej, a ja staram się wyznaczyc jakies cele. Jakieś postanowienia. Powtarzając jak mantrę słowa mojej nauczycielki tańca, gdy daje nam możliwosc wyboru w jaki sposób wykonamy figury taneczne: "Twoje ciało. Twój wybór. Twoje życie".
poniedziałek, 7 września 2015
Edynburg
Edynburg. Wybierałam tam się od czasu, kiedy zamieszkałam w Londynie. Zabierałam się do kupna biletu, ale później stwierdzałam że za drogo, że nie mam czasu. Były chwile kiedy wolałam pójsc na jazz, zamiast jechac przez kilka godzin do innego miasta. Aż do tego roku. Gdy U. wraz z A. wyprowadziła się do Szkocji, poczułam się zmotywowana. Zmotywowana, żeby ją odwiedzic, żeby zobaczyc ten słynny Edynburg, życie Szkotów od podszewki.
Pogoda w Szkocji nie rozłożyła przed turystami czerwonego dywanu. Była grymaśna, jak hollywodzka gwiazda. Czasem słońce, czasem deszcz. Bardziej deszcz. Przynajmniej w piątek.Wysiadłam na stacji Edynburg Waverley - największej stacji kolejowej w mieście, tuż obok Princess Street - ulicy, która jest takim londyńskim odpowiednikiem Oxford Street. Odebrana ze stacji powędrowałam autobusem numer 11 do cudownego mieszkania, ze znakomitym jedzeniem i wspaniałymi osobami. Pogoda stawała się coraz lepsza, z dnia na dzień, choc wiatr smagał mi wlosy.
Edynburg to miasto piękne, przyjazne ludziom. Przyjazne mieszkańcom i turystom. Bez metra można bardzo szybko dostac się do najważniejszych częsci miasta, biorąc autobusy czy tramwaje.
W częsci starego miasta (Old Town) poczuc można zapach średniowiecznych wyobrażeń. Zamki, wzgórza, architektura, a na dodatek gwar festiwalowy - uliczny performerzy, grajkowie, komedianci, TANCERZE czy śpiewacy. To miasto trzeba poczuc, trzeba poznac. Przypomina okolice Tower of London, kiedy człowiek czuje się, jak gdyby wrzucony został do innych czasów, a ktoś w wielkiej zbroi wyskoczyc mial za chwilę zza rogu. Zawsze będę wspominac to miasto z sentymentem i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś je odwiedzę.
Pogoda w Szkocji nie rozłożyła przed turystami czerwonego dywanu. Była grymaśna, jak hollywodzka gwiazda. Czasem słońce, czasem deszcz. Bardziej deszcz. Przynajmniej w piątek.Wysiadłam na stacji Edynburg Waverley - największej stacji kolejowej w mieście, tuż obok Princess Street - ulicy, która jest takim londyńskim odpowiednikiem Oxford Street. Odebrana ze stacji powędrowałam autobusem numer 11 do cudownego mieszkania, ze znakomitym jedzeniem i wspaniałymi osobami. Pogoda stawała się coraz lepsza, z dnia na dzień, choc wiatr smagał mi wlosy.
Edynburg to miasto piękne, przyjazne ludziom. Przyjazne mieszkańcom i turystom. Bez metra można bardzo szybko dostac się do najważniejszych częsci miasta, biorąc autobusy czy tramwaje.
W częsci starego miasta (Old Town) poczuc można zapach średniowiecznych wyobrażeń. Zamki, wzgórza, architektura, a na dodatek gwar festiwalowy - uliczny performerzy, grajkowie, komedianci, TANCERZE czy śpiewacy. To miasto trzeba poczuc, trzeba poznac. Przypomina okolice Tower of London, kiedy człowiek czuje się, jak gdyby wrzucony został do innych czasów, a ktoś w wielkiej zbroi wyskoczyc mial za chwilę zza rogu. Zawsze będę wspominac to miasto z sentymentem i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś je odwiedzę.
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Kopenhaga, czyli sladami Alicji
Siedze w wygodnym pociagu, w drodze z Edynburga do Londynu - King's Cross. Ludzie zaczytani, powoli popijaja kawe, nigdzie im sie nie spieszy. Jest cos magicznego w pociagach. Piekne widoki. Ding, dong. Dojezdzamy do Darlington. Spokojna, 4-godzinna podroz. Podobno J.K. Rowling wpadla na pomysl Harrego Pottera podczas takiej podrozy. Moze jechala tym samym pociagiem? O Szkocji w kolejnym poscie. Dzis natomiast kilka slow o stolicy Danii - Kopenhadze.
Dotarlam tam samodzielnie, samolotem z poludniowej czesci lotniska Gatwick. Pierwszy raz z tego lotniska i pierwszy raz EasyJetem. W godzinach porannych znalazlam sie w Skandynawii. A Danie wybralam pod impulsem czysto literackim, jako ktos, kto ma szmergla na punkcie literatury. Jedna z moich pierwszych fascynacji literackich byla Joanna Chmielewska, ktora barwnie opisywala swoje przezabawne przygody. A lwia czesc z nich, miala miejsce w Danii - gdzie znajdowal sie dom jej przyjaciolki Alicji. Sladem Alicji dotarlam tam rowniez i ja. A sama Dania?Przypominala nieco Gdansk, choc to on wciaz wiedzie prym i jest piekniejszy. Kopenhaga nie jest wielka, wiec trzy spedzone tam dni wystarczyly by poczuc jej smak i troche sie jej nauczyc. Hotel znajdowal sie w centrum, tuz obok stacji Norreport. Dunczycy byli jako narod niesamowicie otwarci na turystow, zyczliwi i swietni w poslugiwaniu sie angielskim.
Kanal portowy Nyhavn jest jednym z najbardziej interesujacych zakatkow Kopenhagi. Stojące nad kanałem urokliwe, mieniace sie sloncem kamieniczki, zachecaly swoim wygladem. Zaglowki, zielen, jezyk dunski. Czas plynal wolno, a Kopenhaga relaksowala. Dunska stolica to miasto wypoczynkowe, dalekie od torpedy jaka jest Londyn.
.
Dotarlam tam samodzielnie, samolotem z poludniowej czesci lotniska Gatwick. Pierwszy raz z tego lotniska i pierwszy raz EasyJetem. W godzinach porannych znalazlam sie w Skandynawii. A Danie wybralam pod impulsem czysto literackim, jako ktos, kto ma szmergla na punkcie literatury. Jedna z moich pierwszych fascynacji literackich byla Joanna Chmielewska, ktora barwnie opisywala swoje przezabawne przygody. A lwia czesc z nich, miala miejsce w Danii - gdzie znajdowal sie dom jej przyjaciolki Alicji. Sladem Alicji dotarlam tam rowniez i ja. A sama Dania?Przypominala nieco Gdansk, choc to on wciaz wiedzie prym i jest piekniejszy. Kopenhaga nie jest wielka, wiec trzy spedzone tam dni wystarczyly by poczuc jej smak i troche sie jej nauczyc. Hotel znajdowal sie w centrum, tuz obok stacji Norreport. Dunczycy byli jako narod niesamowicie otwarci na turystow, zyczliwi i swietni w poslugiwaniu sie angielskim.
Kanal portowy Nyhavn jest jednym z najbardziej interesujacych zakatkow Kopenhagi. Stojące nad kanałem urokliwe, mieniace sie sloncem kamieniczki, zachecaly swoim wygladem. Zaglowki, zielen, jezyk dunski. Czas plynal wolno, a Kopenhaga relaksowala. Dunska stolica to miasto wypoczynkowe, dalekie od torpedy jaka jest Londyn.
.
sobota, 25 lipca 2015
Live, love, smile, dance.
Sobota pełna przypadków. Na jazzie zastępstwo, choreograf zarówno z teatrów na West Endzie jak i Broadway'u. Zawsze marzyłam o tańcu, ale nie marzyłam o tak genialnych nauczycielach. Młody, pełen werwy i radości. Spełniony. Telewizja, filmy, musicale. Są ludzie, którzy mają prawdziwie spełnione życie. Wniósł na zajęcia dużo uśmiechu, dużo gry aktorskiej, dużo żartów. Inną niż dotychczas choreografię. Zapytał na rozgrzewce: "Ok, girls. We don't have too much time. Let's do some warm up. Do you want to do exercises for sexy legs or sexy bum?" Odpowiedź brzmiała: "Both".
Fajne są takie warsztaty, mówiąc po polsku "master-klasy", chociaż mimo że wyciągnęłam z tego najwięcej jak mogłam, to gdybym tańczyła od dziecka wyciągnęłabym jeszcze więcej.
Po zajęciach z Gavinem, przechadzałam się wąskimi korytarzami spoglądając na klasę baletu. Na wyprostowanego nauczyciela i mokrych, robiących na środku sali "chasse" i "chaine" ludzi. Kto by pomyślał, że balet wyciska tyle energii? Nie wierzycie? W tej szkole wyciskają ludzi jaki cytryny. I uwielbiam to, bo wszyscy dają z siebie 100 procent.
Kolejna godzina z K., która niezmiennie świetnie przygotowana do zajęc, chwila przerwy - biegiem na Ealing, by załatwic swoje sprawy, jednak... Od 20 minut czekam na pociąg, district line - kierunek Richmond, lecz gdzie Ealing? Po przyjeździe pierwszego pociągu do Richmond, machinalnie stwierdzam że kolejny będzie na Ealing, gdy kolejny nadjeżdża wsiadam do niego, nie sprawdzając nawet napisu na okienkach, po czym w Kew Gardens zauważam, że kierunkiem docelowym jest Richmond. Tracę kolejne minuty, wracam na Ealing, po czym znów do szkoły tańca na zajęcia z N. Którego nie ma. Na zastępstwie jest jedna z tancerek tej szkoły i nie byłoby w tym nic dziwnego poza tym, że w grupie są 4 osoby, ponieważ gdy nie ma głównego prowadzącego ludzie wracają dopiero po jego powrocie, po drugie, w grupie tej wszyscy są profesjonalnymi tancerzami. Wszyscy poza mną. Ale jak widac miliony godzin jakie spędziłam przez ostatnie dwa lata na salach tanecznych mają swoje efekty, bo robię skok jete, w miarę swoich możliwości, próbuję z potrójnym chaine i robię wycwiczony przez długi czas na podłodze w salonie piruet, zawarty w choreografii. A nasza prowadząca uśmiecha się, zachęcając do przyjścia za tydzień. I love dancing.
Fajne są takie warsztaty, mówiąc po polsku "master-klasy", chociaż mimo że wyciągnęłam z tego najwięcej jak mogłam, to gdybym tańczyła od dziecka wyciągnęłabym jeszcze więcej.
Po zajęciach z Gavinem, przechadzałam się wąskimi korytarzami spoglądając na klasę baletu. Na wyprostowanego nauczyciela i mokrych, robiących na środku sali "chasse" i "chaine" ludzi. Kto by pomyślał, że balet wyciska tyle energii? Nie wierzycie? W tej szkole wyciskają ludzi jaki cytryny. I uwielbiam to, bo wszyscy dają z siebie 100 procent.
Kolejna godzina z K., która niezmiennie świetnie przygotowana do zajęc, chwila przerwy - biegiem na Ealing, by załatwic swoje sprawy, jednak... Od 20 minut czekam na pociąg, district line - kierunek Richmond, lecz gdzie Ealing? Po przyjeździe pierwszego pociągu do Richmond, machinalnie stwierdzam że kolejny będzie na Ealing, gdy kolejny nadjeżdża wsiadam do niego, nie sprawdzając nawet napisu na okienkach, po czym w Kew Gardens zauważam, że kierunkiem docelowym jest Richmond. Tracę kolejne minuty, wracam na Ealing, po czym znów do szkoły tańca na zajęcia z N. Którego nie ma. Na zastępstwie jest jedna z tancerek tej szkoły i nie byłoby w tym nic dziwnego poza tym, że w grupie są 4 osoby, ponieważ gdy nie ma głównego prowadzącego ludzie wracają dopiero po jego powrocie, po drugie, w grupie tej wszyscy są profesjonalnymi tancerzami. Wszyscy poza mną. Ale jak widac miliony godzin jakie spędziłam przez ostatnie dwa lata na salach tanecznych mają swoje efekty, bo robię skok jete, w miarę swoich możliwości, próbuję z potrójnym chaine i robię wycwiczony przez długi czas na podłodze w salonie piruet, zawarty w choreografii. A nasza prowadząca uśmiecha się, zachęcając do przyjścia za tydzień. I love dancing.
sobota, 11 lipca 2015
Bajkowy Sopot i Gdańsk
Jest po północy, a ja nie mogę spac. A powinnam, bo jutro będę przez dwie godziny intensywnie cwiczyc, a tańczymy do Uptown Funk. Z totalnie komercyjną choreografią, ale... wracając do tematu.
Nadszedł ten upragniony tydzień wakacji. Po obrzydliwie pełnych wrażeń dwóch ostatnich tygodniach, nadszedł czas oddechu. W te wakacje postanowiłam puścic oczko do Trójmiasta. Od zawsze miałam w głowie plan, by spędzic jakieś wakacje nad polskim morzem. Wśród mieniących się bursztynów, szemrzącego morza i topiącego trzymane w rękach lody słońca.
W poniedziałek, udałam się na lotnisko. Ot tak, poleciałam do Polski. Na kilka dni. Lot trwał jedynie godzinę czterdzieści, a ja bez większego planu, wzięłam jedną ze stojących przed lotniskiem imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku taksówkę. Taksówkę w kierunku jednego z bloków znajdujących się tuż obok Akademii Muzycznej, gdzie się zatrzymałam.
Już pierwszego dnia udaliśmy się na ulicę Długą, która jest prawdziwym diamentem Polski. Ta znajdująca się w Śródmieściu uliczka, zaskoczyła mnie swoim urokiem. Pięknymi straganami, błyszczącymi bursztynami, wielką grupą turystów i nietrywialną, porywającą serce architekturą. Przechodząc przez Złotą Bramę nie mogłam napatrzec się na piekno tego miasta. Gdańsk jest jednym z ciekawszych miast Polski i z pewnością jednym z najlepszych w jakich byłam w życiu.
Wystarczyło wziąc pociąg, by w nieco ponad 20 minut znalezc się w jeszcze bardziej bajkowym Sopocie, w którym słońce nagrzewało ławki, a ludzie wyciskali każdą chwilę z tego urokliwego miejsca. Błyszczące molo wabiło oczy, morze szumiało, a ja delektowałam się naleśnikami, najlepszymi jakie można sobie wymarzyc, w pięknej restauracji w samym centrum miasta.
Z wieczornych wycieczek zapamiętam urokliwe kafejki w centrum miasta, dźwięk pianina, smak czerwonego wina oraz wszystkich artystów, których spotkałam po drodze, łącznie z profesorem, od którego brałam kiedyś lekcje fortepianu. Zapach herbaty z leśnymi owocami serwowanej przy Akademii Muzycznej i gwarne miasto, które tętni życiem, nawet gdy pada deszcz. Czuję, że naprawdę odpoczęłam w Polsce, pierwszy raz od dłuższego czasu. Gdzie wreszcie mogłam mówic w swoim ojczystym języku, gdzie czułam się nieco jak zagranicą, mimo że byłam u siebie. Bo dziwnie jest słyszec dokoła swój ojczysty język, kiedy od wielu miesięcy mówi się tylko po angielsku, mieszka z Anglikami i ogląda lub słucha angielskiego. O ile łatwiej jest życ w swojej ojczyźnie, o ile trudniej zagranicą. Z drugiej strony Londyn to miejsce, w które jest moim miastem, w którym jest tyle znajomych, sentymentalnych ścieżek.
W drodze powrotnej utknęliśmy w korku, jednak zdążyłam na czas. Opuściłam Gdańsk, z myślę, że niebawem go odwiedzę. Jeszcze raz.
Nadszedł ten upragniony tydzień wakacji. Po obrzydliwie pełnych wrażeń dwóch ostatnich tygodniach, nadszedł czas oddechu. W te wakacje postanowiłam puścic oczko do Trójmiasta. Od zawsze miałam w głowie plan, by spędzic jakieś wakacje nad polskim morzem. Wśród mieniących się bursztynów, szemrzącego morza i topiącego trzymane w rękach lody słońca.
W poniedziałek, udałam się na lotnisko. Ot tak, poleciałam do Polski. Na kilka dni. Lot trwał jedynie godzinę czterdzieści, a ja bez większego planu, wzięłam jedną ze stojących przed lotniskiem imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku taksówkę. Taksówkę w kierunku jednego z bloków znajdujących się tuż obok Akademii Muzycznej, gdzie się zatrzymałam.
Już pierwszego dnia udaliśmy się na ulicę Długą, która jest prawdziwym diamentem Polski. Ta znajdująca się w Śródmieściu uliczka, zaskoczyła mnie swoim urokiem. Pięknymi straganami, błyszczącymi bursztynami, wielką grupą turystów i nietrywialną, porywającą serce architekturą. Przechodząc przez Złotą Bramę nie mogłam napatrzec się na piekno tego miasta. Gdańsk jest jednym z ciekawszych miast Polski i z pewnością jednym z najlepszych w jakich byłam w życiu.
Wystarczyło wziąc pociąg, by w nieco ponad 20 minut znalezc się w jeszcze bardziej bajkowym Sopocie, w którym słońce nagrzewało ławki, a ludzie wyciskali każdą chwilę z tego urokliwego miejsca. Błyszczące molo wabiło oczy, morze szumiało, a ja delektowałam się naleśnikami, najlepszymi jakie można sobie wymarzyc, w pięknej restauracji w samym centrum miasta.
Z wieczornych wycieczek zapamiętam urokliwe kafejki w centrum miasta, dźwięk pianina, smak czerwonego wina oraz wszystkich artystów, których spotkałam po drodze, łącznie z profesorem, od którego brałam kiedyś lekcje fortepianu. Zapach herbaty z leśnymi owocami serwowanej przy Akademii Muzycznej i gwarne miasto, które tętni życiem, nawet gdy pada deszcz. Czuję, że naprawdę odpoczęłam w Polsce, pierwszy raz od dłuższego czasu. Gdzie wreszcie mogłam mówic w swoim ojczystym języku, gdzie czułam się nieco jak zagranicą, mimo że byłam u siebie. Bo dziwnie jest słyszec dokoła swój ojczysty język, kiedy od wielu miesięcy mówi się tylko po angielsku, mieszka z Anglikami i ogląda lub słucha angielskiego. O ile łatwiej jest życ w swojej ojczyźnie, o ile trudniej zagranicą. Z drugiej strony Londyn to miejsce, w które jest moim miastem, w którym jest tyle znajomych, sentymentalnych ścieżek.
W drodze powrotnej utknęliśmy w korku, jednak zdążyłam na czas. Opuściłam Gdańsk, z myślę, że niebawem go odwiedzę. Jeszcze raz.
sobota, 4 lipca 2015
Don Giovanni
Każdy kto jest wielbicielem twórczości W. A. Mozarta, a zwłaszcza jego oper, byłby zachwycony możliwością zobaczenia oraz usłyszenia na żywo sławetnego Don Giovanniego. A gdy w grę wchodzi przepiękna i wielka zarazem Królewska Opera w Londynie, uczta wydaje się byc jeszcze większa.
Mozart był jednym z najwybitniejszych twórców oper. To on zaczął traktowac głos wokalistów instrumentalnie, co można zobaczyc chociażby w "Arii Królowej Nocy" z "Czarodziejskiego Fletu". Odtąd od śpiewaków wymagano ślizgania się po dźwiękach z taką łatwością, jak robią to instrumentaliści na swoich instrumentach. Im większa rozpiętośc skalowa, tym lepiej.
Gdy tylko przeczytałam, że Don Giovanni wystawiany będzie w Covent Garden w Londynie, kupiłam bilet i czekałam, na trzeciego lipca. Który nadszedł niebywale szybko.
Tuż po mojej wycieczce z A. i J. do centrum miasta, co doprowadziło mnie nieco do palpitacji serca nad którymi panowałam - choc wycieczka z dwójką tak uroczych rebeliantów na Oxford Street potrafi testowac nawet najbardziej odpornych, odstawiłam ich na właściwe miejsce, po czym victorią, a następnie picadilly line podjechałam do mojego ukochanego i sentymentalnego Covent Garden.
Przekraczając próg opery, tuż po sprawdzeniu biletu przez elegancko ubranych pracowników tego budynku, udałam się na górę, gdzie do nozdrzy wdzierał się zapach wstrząśniętego szampana. Stukot kieliszków nadawał rytm, kołysząc się pod wpływem instrumentów smyczkowych. To coś, co na zawsze utkwiło w moim umyśle i czego będzie mi brakowac. A mianowicie atmosfera klasyków. Muzyków. Tej wyższej sztuki, tych rozmów, których nikt poza muzykami nie rozumie. Tych nawiązań do ulubionych librett, do zachwycania się początkiem 3 Rachmaninova, do wsłuchiwania się rozwiązań na subdominantę neapolitańską. Tych galowych strojów, tej klasyki, odrobiny powagi, wchodzenia na scenę i strojenia instrumentów.
Libretto do Don Giovanniego jest genialne. Lekkie. Zabawne i przerażające zarazem. Ten kto widział "Amadeusza", miał pewną namiastkę tej opery. Ja poznałam to Libretto wiele lat temu, ucząc się do konkursu dotyczącego wiedzy o Mozarcie, który wygrałam 100 lat temu. I już wtedy się w nim zakochałam. A muzyka Mozarta wspaniale współgra z tym librettem.
Samo otwarcie, czyli uwertura wsprowadza niepokój. Cudowna orkiestra genialnie zagrała uwerturę, a piękna scenografia, wspaniali wokaliści i urok tej opery sprawiły, że wszyscy włącznie ze mną wsłuchiwali się w każde słowo, śledząc napisy po angielsku, gdyż opera śpiewana była tradycyjnie po włosku.
Są takie filmy, takie musicale czy takiue książki, które wciągają od początku do końca. Tak było z tą operą. nie mogłam wymarzyc sobie lepszego wykonania, śmieszniejszych fragmentów, lepszej gry aktorskiej, lepszego przygotowania świateł czy obrazków jakie przesuwały się przed oczyma. To było dzieło geniusza, genialnie wykonane. A ostatnia sławna scena, zapierała dech, tworząc niesamowitą magię. Wczorajszy dzień był jednym z ciekawszych doświadczeń w tym roku.
Mozart był jednym z najwybitniejszych twórców oper. To on zaczął traktowac głos wokalistów instrumentalnie, co można zobaczyc chociażby w "Arii Królowej Nocy" z "Czarodziejskiego Fletu". Odtąd od śpiewaków wymagano ślizgania się po dźwiękach z taką łatwością, jak robią to instrumentaliści na swoich instrumentach. Im większa rozpiętośc skalowa, tym lepiej.
Gdy tylko przeczytałam, że Don Giovanni wystawiany będzie w Covent Garden w Londynie, kupiłam bilet i czekałam, na trzeciego lipca. Który nadszedł niebywale szybko.
Tuż po mojej wycieczce z A. i J. do centrum miasta, co doprowadziło mnie nieco do palpitacji serca nad którymi panowałam - choc wycieczka z dwójką tak uroczych rebeliantów na Oxford Street potrafi testowac nawet najbardziej odpornych, odstawiłam ich na właściwe miejsce, po czym victorią, a następnie picadilly line podjechałam do mojego ukochanego i sentymentalnego Covent Garden.
Przekraczając próg opery, tuż po sprawdzeniu biletu przez elegancko ubranych pracowników tego budynku, udałam się na górę, gdzie do nozdrzy wdzierał się zapach wstrząśniętego szampana. Stukot kieliszków nadawał rytm, kołysząc się pod wpływem instrumentów smyczkowych. To coś, co na zawsze utkwiło w moim umyśle i czego będzie mi brakowac. A mianowicie atmosfera klasyków. Muzyków. Tej wyższej sztuki, tych rozmów, których nikt poza muzykami nie rozumie. Tych nawiązań do ulubionych librett, do zachwycania się początkiem 3 Rachmaninova, do wsłuchiwania się rozwiązań na subdominantę neapolitańską. Tych galowych strojów, tej klasyki, odrobiny powagi, wchodzenia na scenę i strojenia instrumentów.
Libretto do Don Giovanniego jest genialne. Lekkie. Zabawne i przerażające zarazem. Ten kto widział "Amadeusza", miał pewną namiastkę tej opery. Ja poznałam to Libretto wiele lat temu, ucząc się do konkursu dotyczącego wiedzy o Mozarcie, który wygrałam 100 lat temu. I już wtedy się w nim zakochałam. A muzyka Mozarta wspaniale współgra z tym librettem.
Samo otwarcie, czyli uwertura wsprowadza niepokój. Cudowna orkiestra genialnie zagrała uwerturę, a piękna scenografia, wspaniali wokaliści i urok tej opery sprawiły, że wszyscy włącznie ze mną wsłuchiwali się w każde słowo, śledząc napisy po angielsku, gdyż opera śpiewana była tradycyjnie po włosku.
Są takie filmy, takie musicale czy takiue książki, które wciągają od początku do końca. Tak było z tą operą. nie mogłam wymarzyc sobie lepszego wykonania, śmieszniejszych fragmentów, lepszej gry aktorskiej, lepszego przygotowania świateł czy obrazków jakie przesuwały się przed oczyma. To było dzieło geniusza, genialnie wykonane. A ostatnia sławna scena, zapierała dech, tworząc niesamowitą magię. Wczorajszy dzień był jednym z ciekawszych doświadczeń w tym roku.
czwartek, 25 czerwca 2015
Big Girls Cry
Parno i gorąco w Londynie. W ostatni weekend district line była częściowo zamknięta, co trochę zepsuło mi szybkie poruszanie się po mieście. Miałam umówione spotkanie. O 17:00. A dotarłam na 18:30, roztapiając się w deszczu i dygocąc z marnymi japonkami na stopach. Przez ostatnie trzy zajęcia tańczyliśmy do "Big Girls Cry" fenomenalnej artystki - Sii. Dawno nie widziałam tak znakomitej choreografii i kiedy przypominam sobie te zajęcia, to pozostaje bez słów. Nasze zajęcia były jak jakiś spektakl.Poziom ten szkoły jest wysoki. Totalnie. Zwłaszcza, że wszyscy nauczyciele to "performerzy" teatrów na West Endzie.
Nasza choreografka jest bardzo dobrą aktorką i świetnie udaje jej się, z wyniosłą miną, chodzic po sali i wlepiac wzrok w każdego z tancerzy. Ma ona w zwyczaju wybierac jedną osobę i przeszywac ją wzrokiem. Sama zastanawiam się na ile to jej charyzma, a na ile gra aktorska, ale w życiu nie spotkałam nikogo, kto byłby wiekszym wzorem do naśladowania. W każdym bądź razie jej sala jest zawsze pełna, a ludzie wręcz lgną na jej zajęcia. Jest genialna w tańcu. W życiu nie widziałam nikogo lepszego technicznie i bardziej charyzmatycznego. To z pewnością druga, po Marcie Argerich osoba w moim życiu, która jest dla mnie w jakimś stopniu autorytetem.
A sam taniec? Daje mojej duszy zupełnie coś innego, niż gra na instrumencie. Taniec daje wolnosc. Skoki w powietrzu dają wrażenie ulotności. Człowiek czuje się wolny, jak ptak, a porównanie to zrozumie tylko ten, kto miał w życiu możliwosc uczęszczania na jazz. Czy od dziecka, czy później. To chyba moja największa miłosc. Na Londyn patrzę innymi oczami, po tych trzech latach bycia tutaj. Szkoła tańca i życie z E. to ogromna lekcja życia. Powoli zbliża się lipiec, moja podróż do Gdańska i odpoczynek od tak kochanego jak i chłodnego mentalnie, gwarnego miasta. Londyn można kochac za jego różnorodnosc, za jego historię, ale można też znienawidzic, ze jego chłód, za jego ciemną stronę. I mimo, że chcę tu zostac bo od zawsze czułam że to moje miasto, to cieszę się na moją ucieczkę z tej metropolii. Na moje kilka dni nad polskim morzem, bez londyńskiego harmidru, bez E. której powoli mam dosc, bez szkoły tańca, w której niektórzy naprawda mocno rywalizują o bycie zauważonym, o bycie na West Endzie. Cieszę się na spokój, na polskie, morskie powietrze i ciszę. Słuchając "Passapied" Debussiego, muszę przyznac że zrealizowałam już wszystkie moje postanowienia na ten rok, może poza dwoma. I zamierzam napisac kolejną listę i zrealizowac ją do grudnia. Oczywiscie dalej uczę się w klasie "general" i wciąż mam wiele do zrobienia, ale o ile zaawansowana grupa jazzu była nieco przerażająca na samym początku, o tyle teraz biorę 3 godziny tygodniowo i jakoś sobie radzę. Póki co kierunek Gdańsk. Zawsze miałam takie małe marzenie, żeby spędzic wakacje nad polskim morzem. I niby jest to proste, ale jakoś nigdy nie miałam okazji. Zawsze miałąm inne plany. Wreszcie się to uda. Zakończenie roku w szkole, chwila w Londynie ukoronowana pójściem na operę "Don Giovanni" w Royal Opera House, a następnie pakowanie i mój ukochany Gdańsk.
Nasza choreografka jest bardzo dobrą aktorką i świetnie udaje jej się, z wyniosłą miną, chodzic po sali i wlepiac wzrok w każdego z tancerzy. Ma ona w zwyczaju wybierac jedną osobę i przeszywac ją wzrokiem. Sama zastanawiam się na ile to jej charyzma, a na ile gra aktorska, ale w życiu nie spotkałam nikogo, kto byłby wiekszym wzorem do naśladowania. W każdym bądź razie jej sala jest zawsze pełna, a ludzie wręcz lgną na jej zajęcia. Jest genialna w tańcu. W życiu nie widziałam nikogo lepszego technicznie i bardziej charyzmatycznego. To z pewnością druga, po Marcie Argerich osoba w moim życiu, która jest dla mnie w jakimś stopniu autorytetem.
A sam taniec? Daje mojej duszy zupełnie coś innego, niż gra na instrumencie. Taniec daje wolnosc. Skoki w powietrzu dają wrażenie ulotności. Człowiek czuje się wolny, jak ptak, a porównanie to zrozumie tylko ten, kto miał w życiu możliwosc uczęszczania na jazz. Czy od dziecka, czy później. To chyba moja największa miłosc. Na Londyn patrzę innymi oczami, po tych trzech latach bycia tutaj. Szkoła tańca i życie z E. to ogromna lekcja życia. Powoli zbliża się lipiec, moja podróż do Gdańska i odpoczynek od tak kochanego jak i chłodnego mentalnie, gwarnego miasta. Londyn można kochac za jego różnorodnosc, za jego historię, ale można też znienawidzic, ze jego chłód, za jego ciemną stronę. I mimo, że chcę tu zostac bo od zawsze czułam że to moje miasto, to cieszę się na moją ucieczkę z tej metropolii. Na moje kilka dni nad polskim morzem, bez londyńskiego harmidru, bez E. której powoli mam dosc, bez szkoły tańca, w której niektórzy naprawda mocno rywalizują o bycie zauważonym, o bycie na West Endzie. Cieszę się na spokój, na polskie, morskie powietrze i ciszę. Słuchając "Passapied" Debussiego, muszę przyznac że zrealizowałam już wszystkie moje postanowienia na ten rok, może poza dwoma. I zamierzam napisac kolejną listę i zrealizowac ją do grudnia. Oczywiscie dalej uczę się w klasie "general" i wciąż mam wiele do zrobienia, ale o ile zaawansowana grupa jazzu była nieco przerażająca na samym początku, o tyle teraz biorę 3 godziny tygodniowo i jakoś sobie radzę. Póki co kierunek Gdańsk. Zawsze miałam takie małe marzenie, żeby spędzic wakacje nad polskim morzem. I niby jest to proste, ale jakoś nigdy nie miałam okazji. Zawsze miałąm inne plany. Wreszcie się to uda. Zakończenie roku w szkole, chwila w Londynie ukoronowana pójściem na operę "Don Giovanni" w Royal Opera House, a następnie pakowanie i mój ukochany Gdańsk.
czwartek, 4 czerwca 2015
Kopenhaga
Kiedy E. oznajmiła, że będę miała w wakacje 5 wolnych dni, przez moją wyobraźnię przemknęła upajająca myśl. Ten rok, a przynajmniej jego znaczna częsc, to spełnianie zadań, wypisanych na mojej liście. Lista, to moja domena. A na liście, napisałam kiedyś: chcę zobaczyc Kopenhagę. To o niej wspominała moja najukochańsza, polska pisarka, królowa pióra - Chmielewska. To tam, w ogrodzie, przy rozpalającym słońcu i tulipanach, rozwiązywała ona największe zagadki, ze świtą swoich przyjaciół. To Dania, ZAWSZE kojarzyła mi się z czymś interesującym, z czymś sentymentalnym, z czymś o czym czytałam miliony razy. I kiedy poszłam na koncert Marthy Argerich, dałam pokłon latom spędzonym przed fortepianem, a teraz, gdy jadę do Kopenhagi, chcę dac pokłon literaturze i pierwszej pisarce, dzięki której zakochałam się w czytaniu książek, kończąc na filologii polskiej.
Ujmując temat nieco bliżej, po krótkim namyśle, zerkając na stronę EasyJeta sprawdziłam daty i zatrudniłam N. do rezerwacji biletu. Jestem niegodna nieposiadaczką karty, którą można płacic online i desperacko proszę N. o zrobienie tegp za mnie. Jakoś nigdy nie jest mi po drodze do banku, by wreszcie to załatwic. Kolejki mnie przerażają. Są miałkie, długie, w banku jest gorąco, a w tym najbliższym przy okienku zawsze siedzi pan, który ma typowo brytyjski, trącący o "posh" akcent. I ilekroc go słyszę, chowam się za papierami, bo wersja "posh" brzmi zabawnie. I nie wiem co mnie w tym bawi, ale zawsze wtedy wyobrażam sobie komedie W. Allena, w której mógłby to przedstawic. Nieważne. Jak to się mawia: wyraz mojej twarzy byłby wtedy wykropkowany.
Ujmując temat nieco bliżej, po krótkim namyśle, zerkając na stronę EasyJeta sprawdziłam daty i zatrudniłam N. do rezerwacji biletu. Jestem niegodna nieposiadaczką karty, którą można płacic online i desperacko proszę N. o zrobienie tegp za mnie. Jakoś nigdy nie jest mi po drodze do banku, by wreszcie to załatwic. Kolejki mnie przerażają. Są miałkie, długie, w banku jest gorąco, a w tym najbliższym przy okienku zawsze siedzi pan, który ma typowo brytyjski, trącący o "posh" akcent. I ilekroc go słyszę, chowam się za papierami, bo wersja "posh" brzmi zabawnie. I nie wiem co mnie w tym bawi, ale zawsze wtedy wyobrażam sobie komedie W. Allena, w której mógłby to przedstawic. Nieważne. Jak to się mawia: wyraz mojej twarzy byłby wtedy wykropkowany.
wtorek, 2 czerwca 2015
Błaszczak gotuje - Cottage Pie
O ile lunche zawsze przygotowuje sobie sama, o tyle obiady zawsze jadłam z moimi Anglikami. I niestety, w ostatnim czasie i oni poddali się tym swoim wierutnie okrutnym, angielskim zwyczajom, kupując gotowe produkty lub przygotowując wariacje makaronowe. Udało mi się jednak przekonac ich do swoich upodobań i ten tydzień, to mój całkowicie dowolny tydzień gotowania, a dla nich próbowania mojej kuchni.
Dzisiaj nastąpił mój debiut, w przygotowywaniu tzw. "Cottage Pie" z rozmarynem. I był on całkiem udany, szybki i zdrowy.
Składniki:
750 g mielonego mięsa wołowego (chociaż powinnam użyc baraniny, ale za nią nie przepadam)
1 ząbek czosnku
1 szczypior
1 puszka pomidorów (450 g)
2 gałązki rozmarynu
4 listki szałwii
bulion wołowy - 450 ml lub czerwone wino
100 g zielonego groszku
3 marchewki
2 słodkie ziemniaki
3 zwykłe ziemniaki
Przygotowanie:
Na rozgrzanej patelni, skropionej olejem z oliwek podsmażamy rozmaryn i szałwię (2 minuty), następnie dodajemy mięso. Smażymy, aż będzie gotowe. Następnie wrzucamy pokrojoną w drobną kostkę marchewkę oraz czosnek. Następnie pomidory z puszki. Podsmażamy wszystko przez chwilę, a następnie dodajemy bulion. Czekamy, aż bulion nieco wyparuje (20 min), a następnie, pod koniec wrzucamy mrożony groszek i pokrojony szczypior. W międzyczasie gotujemy ziemniaki i robimy puree.
Sos z mięsem wrzucamy na dno naczynia żaroodpornego, na wierzchu puree. Na to kładziemy odrobinę masła oraz starty ser cheddar. Sól i pieprz wedle uznania.
Dzisiaj nastąpił mój debiut, w przygotowywaniu tzw. "Cottage Pie" z rozmarynem. I był on całkiem udany, szybki i zdrowy.
Składniki:
750 g mielonego mięsa wołowego (chociaż powinnam użyc baraniny, ale za nią nie przepadam)
1 ząbek czosnku
1 szczypior
1 puszka pomidorów (450 g)
2 gałązki rozmarynu
4 listki szałwii
bulion wołowy - 450 ml lub czerwone wino
100 g zielonego groszku
3 marchewki
2 słodkie ziemniaki
3 zwykłe ziemniaki
Przygotowanie:
Na rozgrzanej patelni, skropionej olejem z oliwek podsmażamy rozmaryn i szałwię (2 minuty), następnie dodajemy mięso. Smażymy, aż będzie gotowe. Następnie wrzucamy pokrojoną w drobną kostkę marchewkę oraz czosnek. Następnie pomidory z puszki. Podsmażamy wszystko przez chwilę, a następnie dodajemy bulion. Czekamy, aż bulion nieco wyparuje (20 min), a następnie, pod koniec wrzucamy mrożony groszek i pokrojony szczypior. W międzyczasie gotujemy ziemniaki i robimy puree.
Sos z mięsem wrzucamy na dno naczynia żaroodpornego, na wierzchu puree. Na to kładziemy odrobinę masła oraz starty ser cheddar. Sól i pieprz wedle uznania.
czwartek, 28 maja 2015
Balet
Zaczytywałam się w powieściach. Tych młodopolskich, tych romantycznych, w tych dramatach rodem ze starożytności, gubiąc się w tych literackich meandrach. W magicznym zeszycie, który towarzyszy mi od ośmiu lat, zapisywałam i nadal zapisuję piękne, mdłe, podnoszące na duchu cytaty (mimo że od czasu wyjazdu do Londynu czytam tylko po angielsku. I muszę przyznac, że literatura polska jest dla mnie piękniejsza).
Przeglądając zatem ten czerwony notes, pokornie przyjmując naganę iż nie zaglądałam do niego od dawna, natrafiłam na cytat, który nie jest podpisany nazwiskiem autora i znajduje się w kategorii cytatów muzycznych. A w tej kategorii rozpisywałam się, tworząc pracę o artystach romantycznych i ich twórczości epistolarnej na zajęciach z historii literatury na drugim roku z romantyzmu.
Porównywałam wtedy listy Mickiewicza i listy Chopina. Cytat ten należał albo do samego geniusza muzycznego, albo do autora opracowania na temat tego pianisty.
A brzmi on tak:
"(...) wynieś swe namiętności na światło dzienne, aby cię nie pożarły"
Drugi natomiast: "My razem (...) to przepajanie się wzajemne akordów myśli i uczuc (...) Takie sursum corda - takie sanctus sanctus dusz (...) dwójjednosc...".
Czyż nie brzmią one jak wyjęte spod pióra kogoś, kto z łatwością nim włada?
Namiętności, to pasje. Zanim nas pożrą od środka, może lepiej pozwolic im płynąc w rytmie powietrza, uwolnic się i uwolnic nas. By nie pożarły nas jakieś niespełnienia?
Cieszę się, że mogłam odnalezc nową pasję w życiu. Że mogę się czymś od nowa pasjonowac, że tak wiele jest przede mną do odkrycia, tak wiele do cwiczenia, tak wiele do obejrzenia, nauczenia się terminologii, techniki, przeczytania biografii czy książek na te temat.
Kocham taniec. Wreszcie rozróżniam te wszystkie francuskie słówka: chaine, plie i inne. Wiem, jak wykonac arabeskę. Ciało w figurach tanecznych wygląda przepięknie. Ale aby byc dobrym tancerzem/tancerką,
niezależnie od stylu jaki nas interesuje, czy hip hop, czy jazz, czy taniec współczesny, czy różne odmiany jazzu i hip hopu, każdy tancerz ma doświadczenie baletowe. I to balet klasyczny to podstawa jazzu, hip hopu i wszystkich innych tańców. To balet uczy tych lekkich i zwinnych obrotów zwanych "chaine", tych pełnych gracji piruetów i właściwego ustawienia nóg.
Muszę przyznac, że poziom w mojej szkole jest bardzo wysoki. Ludzie biorą naprawdę mnóstwo godzin tygodniowo, ja znajduję czas w tygodniu i zawsze w weekendy. Gdy mam czas, potrafię spędzic 4 godziny w sobotę, cwicząc jazz. Od niedawna, dla uzupełnienia umiejętności jazzowych, chodzę na zajęcia z tańca klasycznego i muszę przyznac, że te wszystkie figury naprawdę męczą stopy i po godzinie wymachiwania w różne strony, pamietania i rozróżniania 5 pozycji baletowych, ułożenia rąk jest się wykończonym. Wokól baletu jest mnóstwo stereotypów, balet sprawia wrażenie czegoś lekkiego, prostego ale w rzeczywistości jest nieziemsko trudny fizycznie. Żałuję że mam tylko 1 godzinę tygodniowo na te zajęcia (z tak świetnym jak i wrednym nauczycielem Kevinem :P ), bo stanowi to świetne uzupełnienie mojego jazzu.
Stojąc przy drążku wykonuje się różne cwiczenia w specjalnej kolejności. Zaczynając od wszechobecnego "plie", poprzez "battements tendus" czy "battements frappe". Jak widac terminologii jest mnóstwo, jednak ma się poczucie świetnego rozwijania się.
Przy skokach ze zmianą pozycji nóg najpierw z przodu, potem z tyłu, Kevin tłumaczył, że mimo iż podskoki wymagają ciążaru ciała, to należy opadac na pokładą bezszelestnie. Ma to sprawiac wrażenie lekkości.
Po wytłumaczeniu zasad zapytał nas: Did you get it?
A po niewymownej ciszy odpowiedział sam sobie, ze swoim iście figlarskim humorem: "Yes boss. You describbed it very well".
Po skokach skomentował, patrząc na swoją starą znajomą w pierwszym rzędzie: "So... everyone was jumping quietly. Except Tessa!!!!" Po chwili mówiąc: "So... what did you learn today?"
Tessa: "Never be in the front".
Uwielbiam wtorkowe wieczory i zajęcia z Kevinem. I szczerze chciałabym kupic bilet do opery narodowej na któryś ze słynnych baletów. Póki co, dostałam bilet na operę Don Giovanni W. A. Mozarta. Mimo, że w domu, dzień w dzień słucham baletu Czajkowskiego. Ze względu na moje zamiłowanie do muzyki klasycznej i interpretacji orkiestry, jak i analizy skoków baletowych, bo umiem je już nazywac.
Przeglądając zatem ten czerwony notes, pokornie przyjmując naganę iż nie zaglądałam do niego od dawna, natrafiłam na cytat, który nie jest podpisany nazwiskiem autora i znajduje się w kategorii cytatów muzycznych. A w tej kategorii rozpisywałam się, tworząc pracę o artystach romantycznych i ich twórczości epistolarnej na zajęciach z historii literatury na drugim roku z romantyzmu.
Porównywałam wtedy listy Mickiewicza i listy Chopina. Cytat ten należał albo do samego geniusza muzycznego, albo do autora opracowania na temat tego pianisty.
A brzmi on tak:
"(...) wynieś swe namiętności na światło dzienne, aby cię nie pożarły"
Drugi natomiast: "My razem (...) to przepajanie się wzajemne akordów myśli i uczuc (...) Takie sursum corda - takie sanctus sanctus dusz (...) dwójjednosc...".
Czyż nie brzmią one jak wyjęte spod pióra kogoś, kto z łatwością nim włada?
Namiętności, to pasje. Zanim nas pożrą od środka, może lepiej pozwolic im płynąc w rytmie powietrza, uwolnic się i uwolnic nas. By nie pożarły nas jakieś niespełnienia?
Cieszę się, że mogłam odnalezc nową pasję w życiu. Że mogę się czymś od nowa pasjonowac, że tak wiele jest przede mną do odkrycia, tak wiele do cwiczenia, tak wiele do obejrzenia, nauczenia się terminologii, techniki, przeczytania biografii czy książek na te temat.
Kocham taniec. Wreszcie rozróżniam te wszystkie francuskie słówka: chaine, plie i inne. Wiem, jak wykonac arabeskę. Ciało w figurach tanecznych wygląda przepięknie. Ale aby byc dobrym tancerzem/tancerką,
niezależnie od stylu jaki nas interesuje, czy hip hop, czy jazz, czy taniec współczesny, czy różne odmiany jazzu i hip hopu, każdy tancerz ma doświadczenie baletowe. I to balet klasyczny to podstawa jazzu, hip hopu i wszystkich innych tańców. To balet uczy tych lekkich i zwinnych obrotów zwanych "chaine", tych pełnych gracji piruetów i właściwego ustawienia nóg.
Muszę przyznac, że poziom w mojej szkole jest bardzo wysoki. Ludzie biorą naprawdę mnóstwo godzin tygodniowo, ja znajduję czas w tygodniu i zawsze w weekendy. Gdy mam czas, potrafię spędzic 4 godziny w sobotę, cwicząc jazz. Od niedawna, dla uzupełnienia umiejętności jazzowych, chodzę na zajęcia z tańca klasycznego i muszę przyznac, że te wszystkie figury naprawdę męczą stopy i po godzinie wymachiwania w różne strony, pamietania i rozróżniania 5 pozycji baletowych, ułożenia rąk jest się wykończonym. Wokól baletu jest mnóstwo stereotypów, balet sprawia wrażenie czegoś lekkiego, prostego ale w rzeczywistości jest nieziemsko trudny fizycznie. Żałuję że mam tylko 1 godzinę tygodniowo na te zajęcia (z tak świetnym jak i wrednym nauczycielem Kevinem :P ), bo stanowi to świetne uzupełnienie mojego jazzu.
Stojąc przy drążku wykonuje się różne cwiczenia w specjalnej kolejności. Zaczynając od wszechobecnego "plie", poprzez "battements tendus" czy "battements frappe". Jak widac terminologii jest mnóstwo, jednak ma się poczucie świetnego rozwijania się.
Przy skokach ze zmianą pozycji nóg najpierw z przodu, potem z tyłu, Kevin tłumaczył, że mimo iż podskoki wymagają ciążaru ciała, to należy opadac na pokładą bezszelestnie. Ma to sprawiac wrażenie lekkości.
Po wytłumaczeniu zasad zapytał nas: Did you get it?
A po niewymownej ciszy odpowiedział sam sobie, ze swoim iście figlarskim humorem: "Yes boss. You describbed it very well".
Po skokach skomentował, patrząc na swoją starą znajomą w pierwszym rzędzie: "So... everyone was jumping quietly. Except Tessa!!!!" Po chwili mówiąc: "So... what did you learn today?"
Tessa: "Never be in the front".
Uwielbiam wtorkowe wieczory i zajęcia z Kevinem. I szczerze chciałabym kupic bilet do opery narodowej na któryś ze słynnych baletów. Póki co, dostałam bilet na operę Don Giovanni W. A. Mozarta. Mimo, że w domu, dzień w dzień słucham baletu Czajkowskiego. Ze względu na moje zamiłowanie do muzyki klasycznej i interpretacji orkiestry, jak i analizy skoków baletowych, bo umiem je już nazywac.
piątek, 15 maja 2015
Lyrical cz. I (cz. II poniżej)
Kiedy genialna Martha Argerich - najwybitniejsza współczesna pianistka - schodziła ze sceny Royal Festival Hall, na jej ustach gościł ten słynny z różnych nagrań uśmiech.
Wszyscy znają uśmiech Mony Lisy, ale w świecie muzyki klasycznej istnieje jeszcze uśmiech Marthy Argerich.
Mimo, że jest legendą, mimo że mówi się iż jest chimeryczna, to w moim odczuciu wydaje się niezwykle pogodną i ciepłą osobą. W jej zachowaniu nie było ani cienia wielkości, jaką sobą reprezentuje. Może dlatego, że nigdy nie walczyła aż tak mocno o to, by byc najlepszą. Ot, tak... zwyczajnie, urodziła się by triumfowac i urzekac swoim pianistycznym talentem. I mimo, że wkłada w to piekielną ilosc pracy, to jej naturalne warunki umożliwiły jej ten przeogromny sukces.
Argerich to pianistyczny gigant, kobieta która z lekkością gra Gaspard de la Nuit Ravela, z precyzją wygrywa wszystkie dźwięki w Sonacie-toccacie Scarlattiego, by chwilę później zmiesc wszystkich z miejsc swoim barwnym forte w Koncercie Czajkowskiego.
Zawsze miałam przekonanie, że ludzie którzy mają pasję, są szczęściarzami. A jeśli dodatkowo mają w tej pasji sukcesy, tak jak Martha, to to ich szczęście jest podwójne.
Mawia się też, że szczęście mają Ci, których praca jest zarazem ich pasją. Bo niby nigdy nie muszą pracowac. I mimo, że zapewne tacy ludzie pracują dużo więcej niż ci przeciętni , to ta miłosc do jakiegos zawodu, wynagradza im godziny wyrzeczen.
Wszystkie zawody, które iskrzą wielką pasją, to zawody które należy wykonywac od dziecka. Wymagają one wiele pracy. Fortepian, to ciągłe cwiczenie. Gam, pasaży, oktaw, trudności technicznych. Zajęcia wieczorami, kształcenie słuchu, harmonia, historia muzyki, formy muzyczne, chór.
Od zawsze miałam w swoim sercu fortepian, ale... jak to się mawia po angielsku: "I take it for granted".
Wiedziałam i chciałam cwiczyc, ale stanowiło to tak nieodłączną częsc mnie, że te godziny przed fortepianem lub godziny, kiedy słuchałam kilkudziesięciu utworów z danej epoki, z których miałam test po kilku tygodniach, były czyms naturalnym. Mimo wysiłku, odrabiania lekcji do pólnocy, nie myślałam że mogę zyc inaczej, że to co umiem, czyli analizowanie harmoniczne fragmentów utworu, umiejętnosc grania oktaw, tryli, znajomosc terminologii muzycznej jest czyms, czym powinnam się chwalic. To byla czesc mnie. Cos co towarzyszyło mi od dziecka. Oczywisty element mojego życia. Naturalna częsc dnia. Nie doceniałam tej umiejętnosci, raczej traktowałam jako cos, co mam od zawsze.
Muzyka klasyczna. Rozległa dziedzina, nad którą pracuje się latami, która niesie za sobą radosc i rozczarowanie.
Cała ta moja wiedza, to było coś oczywistego. Chętnie rozmawiałam na temat muzyki klasycznej, pasjonowałam się porównywaniem pianistów, słuchaniem różnych wykonań tego samego utworu, czytaniem biografii muzyków, ale mimo, że wiedziałam że jest to mój wyróżnik i dodatkowy atut, nie celebrowałam szczęścia, że miałam okazję w młodym wieku zając się muzyką i miec umiejętnosc, której nikt nie zdobędzie w rok. Oczywiście byłam z siebie dumna, byłam dumna, że mogę zajmowac się tak piękną pasją, a także świadoma tego, że mam o jedną umiejętnosc więcej niż niektórzy moi rówieśnicy, jednak to było tak nieodłączną częścią mnie, że niepostrzegałam tego jako coś aż tak niepowtarzalnego. Aż do momentu, kiedy zaczęłam, z równie wielką pasją, zajmowac się tańcem jazzowym. I zobaczyłam wtedy, jak wiele terminologii muszę opanowac, jak wiele elementów technicznych jest do wypracowania, jak wiele pracy muszę włożyc, by móc przychodzic na te zajęcia.
Zaczynając od regularnych klas, robiłam szybkie postępy, z coraz większą przyjemnoscią cwicząc nowe skoki, obroty i choreografie. Obserwowałam wyższe, trudniejsze grupy i tych profesjonalnych tancerzy i myślałam o tym, że tez chciałabym byc w tej grupie. Też chciałabym tak dobrze jak oni się bawic, a jednoczesnie miec umiejętnosc tego płynnego poruszania się, łapania niezwykle trudnej choreografii na którą mamy 15 minut. Chciałam równie naturalnie miec wladzę nad swoim ciałem, poruszac się jak prawdziwi tancerze, miec tę samą płynnosc ruchu i tę samą siłę, by utrzymac się na jednej ręce. Ale to nie jest coś, co można opanowac w rok. Profesjonalni tancerze, tak jak pianiści, zaczynają przygodę ze swoją dziedziną w wieku 3-6 lat. Rozpoczynają od baletu, który jest podstawą dla każdego tańca, nawet hip hopu. Uczą się kordynacji, utrzymywania balansu, wysiłku fizycznego i odporności psychicznej.
Tyle, że to moje marzenie o tańcu, które miałam od kilkunastu lat coraz silniej pchało mnie do tej grupy. Grupy profesjonalnych tancerzy. Chciałam tam byc. Chciałam się uczyc. Chciałam poznawac nowe układy. I tę chęc był silniejsza od wszystkiego, więc w grudniu, zaczęłam chodzic na średnio-zaawansowaną grupę. I właśnie wtedy, jeszcze mocniej zobaczyłam, jak wielkie szczęście miałam mogąc rozpocząc swą przygodę z muzyką klasyczną w wieku 7 lat. Bo nagle, stając na sali tańca, otoczona profesjonalnymi tancerzami, rozgrzewającymi się barierkach, robiącymi popisowo potrójne piruety, wyginającymi się tak, jak tylko można sobie wyobrazic, czy siedzącymi po prostu w szpagatach, a przy tym słuchajac francuskich słów określających różne kroki, rozpoczęłam swoją drugą pasję i dostrzegłam jak wiele nauki mam przed sobą. Jak wiele nauki mam przed sobą, ale czując jednocześnie, że jest jeszcze jedna dziedzina, w której mam tak samo dużą wiedzę, jak tancerze w swojej. I mimo trudnych kroków, powtarzałam sobie: Dasz radę, to nie jest Trzeci Rachmaninova.
Wszyscy znają uśmiech Mony Lisy, ale w świecie muzyki klasycznej istnieje jeszcze uśmiech Marthy Argerich.
Mimo, że jest legendą, mimo że mówi się iż jest chimeryczna, to w moim odczuciu wydaje się niezwykle pogodną i ciepłą osobą. W jej zachowaniu nie było ani cienia wielkości, jaką sobą reprezentuje. Może dlatego, że nigdy nie walczyła aż tak mocno o to, by byc najlepszą. Ot, tak... zwyczajnie, urodziła się by triumfowac i urzekac swoim pianistycznym talentem. I mimo, że wkłada w to piekielną ilosc pracy, to jej naturalne warunki umożliwiły jej ten przeogromny sukces.
Argerich to pianistyczny gigant, kobieta która z lekkością gra Gaspard de la Nuit Ravela, z precyzją wygrywa wszystkie dźwięki w Sonacie-toccacie Scarlattiego, by chwilę później zmiesc wszystkich z miejsc swoim barwnym forte w Koncercie Czajkowskiego.
Zawsze miałam przekonanie, że ludzie którzy mają pasję, są szczęściarzami. A jeśli dodatkowo mają w tej pasji sukcesy, tak jak Martha, to to ich szczęście jest podwójne.
Mawia się też, że szczęście mają Ci, których praca jest zarazem ich pasją. Bo niby nigdy nie muszą pracowac. I mimo, że zapewne tacy ludzie pracują dużo więcej niż ci przeciętni , to ta miłosc do jakiegos zawodu, wynagradza im godziny wyrzeczen.
Wszystkie zawody, które iskrzą wielką pasją, to zawody które należy wykonywac od dziecka. Wymagają one wiele pracy. Fortepian, to ciągłe cwiczenie. Gam, pasaży, oktaw, trudności technicznych. Zajęcia wieczorami, kształcenie słuchu, harmonia, historia muzyki, formy muzyczne, chór.
Od zawsze miałam w swoim sercu fortepian, ale... jak to się mawia po angielsku: "I take it for granted".
Wiedziałam i chciałam cwiczyc, ale stanowiło to tak nieodłączną częsc mnie, że te godziny przed fortepianem lub godziny, kiedy słuchałam kilkudziesięciu utworów z danej epoki, z których miałam test po kilku tygodniach, były czyms naturalnym. Mimo wysiłku, odrabiania lekcji do pólnocy, nie myślałam że mogę zyc inaczej, że to co umiem, czyli analizowanie harmoniczne fragmentów utworu, umiejętnosc grania oktaw, tryli, znajomosc terminologii muzycznej jest czyms, czym powinnam się chwalic. To byla czesc mnie. Cos co towarzyszyło mi od dziecka. Oczywisty element mojego życia. Naturalna częsc dnia. Nie doceniałam tej umiejętnosci, raczej traktowałam jako cos, co mam od zawsze.
Muzyka klasyczna. Rozległa dziedzina, nad którą pracuje się latami, która niesie za sobą radosc i rozczarowanie.
Cała ta moja wiedza, to było coś oczywistego. Chętnie rozmawiałam na temat muzyki klasycznej, pasjonowałam się porównywaniem pianistów, słuchaniem różnych wykonań tego samego utworu, czytaniem biografii muzyków, ale mimo, że wiedziałam że jest to mój wyróżnik i dodatkowy atut, nie celebrowałam szczęścia, że miałam okazję w młodym wieku zając się muzyką i miec umiejętnosc, której nikt nie zdobędzie w rok. Oczywiście byłam z siebie dumna, byłam dumna, że mogę zajmowac się tak piękną pasją, a także świadoma tego, że mam o jedną umiejętnosc więcej niż niektórzy moi rówieśnicy, jednak to było tak nieodłączną częścią mnie, że niepostrzegałam tego jako coś aż tak niepowtarzalnego. Aż do momentu, kiedy zaczęłam, z równie wielką pasją, zajmowac się tańcem jazzowym. I zobaczyłam wtedy, jak wiele terminologii muszę opanowac, jak wiele elementów technicznych jest do wypracowania, jak wiele pracy muszę włożyc, by móc przychodzic na te zajęcia.
Zaczynając od regularnych klas, robiłam szybkie postępy, z coraz większą przyjemnoscią cwicząc nowe skoki, obroty i choreografie. Obserwowałam wyższe, trudniejsze grupy i tych profesjonalnych tancerzy i myślałam o tym, że tez chciałabym byc w tej grupie. Też chciałabym tak dobrze jak oni się bawic, a jednoczesnie miec umiejętnosc tego płynnego poruszania się, łapania niezwykle trudnej choreografii na którą mamy 15 minut. Chciałam równie naturalnie miec wladzę nad swoim ciałem, poruszac się jak prawdziwi tancerze, miec tę samą płynnosc ruchu i tę samą siłę, by utrzymac się na jednej ręce. Ale to nie jest coś, co można opanowac w rok. Profesjonalni tancerze, tak jak pianiści, zaczynają przygodę ze swoją dziedziną w wieku 3-6 lat. Rozpoczynają od baletu, który jest podstawą dla każdego tańca, nawet hip hopu. Uczą się kordynacji, utrzymywania balansu, wysiłku fizycznego i odporności psychicznej.
Tyle, że to moje marzenie o tańcu, które miałam od kilkunastu lat coraz silniej pchało mnie do tej grupy. Grupy profesjonalnych tancerzy. Chciałam tam byc. Chciałam się uczyc. Chciałam poznawac nowe układy. I tę chęc był silniejsza od wszystkiego, więc w grudniu, zaczęłam chodzic na średnio-zaawansowaną grupę. I właśnie wtedy, jeszcze mocniej zobaczyłam, jak wielkie szczęście miałam mogąc rozpocząc swą przygodę z muzyką klasyczną w wieku 7 lat. Bo nagle, stając na sali tańca, otoczona profesjonalnymi tancerzami, rozgrzewającymi się barierkach, robiącymi popisowo potrójne piruety, wyginającymi się tak, jak tylko można sobie wyobrazic, czy siedzącymi po prostu w szpagatach, a przy tym słuchajac francuskich słów określających różne kroki, rozpoczęłam swoją drugą pasję i dostrzegłam jak wiele nauki mam przed sobą. Jak wiele nauki mam przed sobą, ale czując jednocześnie, że jest jeszcze jedna dziedzina, w której mam tak samo dużą wiedzę, jak tancerze w swojej. I mimo trudnych kroków, powtarzałam sobie: Dasz radę, to nie jest Trzeci Rachmaninova.
Lyrical cz. II
Będąc na sali, w trudniejszej grupie, choreografia była pokazywana tylko kilka razy, a po niej od razu tańczyliśmy. Mało tego, nikt nie mówil: A teraz skocz dwa razy, obroc się i wyciągniej rękę. To były klarowne instrukcje: chaine, następnie podwójny piruet, arabeska i layout.
I wtedy myślałam: genialnie. Czym jest chaine? A nawet gdy wiedziałam już jak wygląda layout, to wplecione w inne kroki, w szybkim tempie nie było takie proste do wykonania.
Jednak mawia się: kropla wody drąży skałę nie swą siłą, ale uporczywością. Widząc jak co jakis czas, nowi ludzie przychodzili do tej grupy, a po rozgrzewce lub w trakcie tańca ukradkiem opuszczali salę, bo nie byli w stanie złapac choreografii (kręcąc się w kółko lub przystając, podczas gdy grupa w równym tempie tańczyła do muzyki...) Widząc, że na początku mam wiele do nauczenia, łatwo było opuścic tę grupę. Tak jak 95 procent ludzi. Ale ciągle, widziałam tam te 5 procent osób, które tak jak ja, kochały taniec i z uporem maniaka przychodziły tydzień w tydzień. Tak też postanowiłam i muszę przyznac, że w ostatnim tygodniu, tańczyłam do najlepszej choreografii jaką mieliśmy. Była niesłychanie trudna, stojący koło mnie profesjonalny tancerz i jego dziewczyna mówili do siebie: Well, that's my group. But still... don't remember the whole choreo.... Śmiałam się razem z nimi, ale czułam radosc, bo skoro profesjonalni tancerze mówili do siebie: "Co będzie to będzie, nie pamiętam całej choreografii..." - idąc na środek sali, jako kolejna grupa do zatańczenia, ja jako ta nieprofesjonalna tancerka, cieszyłąm się, że nawet jeśli nie tańczę tak dobrze technicznie, bo w końcu uczę się dopiero od półtora roku, to pamiętam całą choreografię. I mimo, że pominęłam jeden krok, bo do skoku "jete" jeszcze nie doszłam, to czuję się jako nieodłączna częsc tej grupy i dawno nie czułam tak wielkiej radości, jak wtedy. Tańcząc "lyrical" i obserwując się w wielkich lustrach zawieszonych na ścianach. :P
Nie tylko nauczyłam się terminologii jazzowej, a przynajmniej tej najbardziej używanej, ale wiem też jak wykonywac różne skoki. Czuję się bogatsza o wiedzę w nowej dziedzinie, w której jeszcze wiele do nauczenia, ale... jak dużo ciekawych rzeczy też wiem. I po prawie pół roku chodzenia na tę grupę uważam, że idzie mi całkiem nieźle, że daje mi to wielką radosc i zachęcam wszystkich do rozwijania pasji. Tych nowych i starych.
Dla wszystkich tych, którzy pytali o to jak wygląda commercial https://www.youtube.com/watch?v=aLZhlAuB6oY&spfreload=10 i lyrical: https://www.youtube.com/watch?v=s-ctxdDT9DM&spfreload=10
I wtedy myślałam: genialnie. Czym jest chaine? A nawet gdy wiedziałam już jak wygląda layout, to wplecione w inne kroki, w szybkim tempie nie było takie proste do wykonania.
Jednak mawia się: kropla wody drąży skałę nie swą siłą, ale uporczywością. Widząc jak co jakis czas, nowi ludzie przychodzili do tej grupy, a po rozgrzewce lub w trakcie tańca ukradkiem opuszczali salę, bo nie byli w stanie złapac choreografii (kręcąc się w kółko lub przystając, podczas gdy grupa w równym tempie tańczyła do muzyki...) Widząc, że na początku mam wiele do nauczenia, łatwo było opuścic tę grupę. Tak jak 95 procent ludzi. Ale ciągle, widziałam tam te 5 procent osób, które tak jak ja, kochały taniec i z uporem maniaka przychodziły tydzień w tydzień. Tak też postanowiłam i muszę przyznac, że w ostatnim tygodniu, tańczyłam do najlepszej choreografii jaką mieliśmy. Była niesłychanie trudna, stojący koło mnie profesjonalny tancerz i jego dziewczyna mówili do siebie: Well, that's my group. But still... don't remember the whole choreo.... Śmiałam się razem z nimi, ale czułam radosc, bo skoro profesjonalni tancerze mówili do siebie: "Co będzie to będzie, nie pamiętam całej choreografii..." - idąc na środek sali, jako kolejna grupa do zatańczenia, ja jako ta nieprofesjonalna tancerka, cieszyłąm się, że nawet jeśli nie tańczę tak dobrze technicznie, bo w końcu uczę się dopiero od półtora roku, to pamiętam całą choreografię. I mimo, że pominęłam jeden krok, bo do skoku "jete" jeszcze nie doszłam, to czuję się jako nieodłączna częsc tej grupy i dawno nie czułam tak wielkiej radości, jak wtedy. Tańcząc "lyrical" i obserwując się w wielkich lustrach zawieszonych na ścianach. :P
Nie tylko nauczyłam się terminologii jazzowej, a przynajmniej tej najbardziej używanej, ale wiem też jak wykonywac różne skoki. Czuję się bogatsza o wiedzę w nowej dziedzinie, w której jeszcze wiele do nauczenia, ale... jak dużo ciekawych rzeczy też wiem. I po prawie pół roku chodzenia na tę grupę uważam, że idzie mi całkiem nieźle, że daje mi to wielką radosc i zachęcam wszystkich do rozwijania pasji. Tych nowych i starych.
Dla wszystkich tych, którzy pytali o to jak wygląda commercial https://www.youtube.com/watch?v=aLZhlAuB6oY&spfreload=10 i lyrical: https://www.youtube.com/watch?v=s-ctxdDT9DM&spfreload=10
sobota, 9 maja 2015
Komedia omyłek
Szekspirowski tytuł, bo rzecz dzieje się w Anglii. A post, będzie z gatunku lifestylowego.
Chyba najbardziej lubię Londyn w okresie Maj - Sierpień. Kiedy robi się ciepło. I muszę przyznac, że moje ulubione Covent Garden wygląda wtedy jeszcze lepiej, niż zwykle. E. wróciła po 2 tygodniach nieobecności do domu. A ja, siedzę w swoim pokoju, zajadając humus z papryką. Mając w zanadrzu nutellę, którą mam zamiar jesc prosto z opakowania.
Siedziałam na Ealingu, pijąc herbatę. Obserwując ludzi, trudno było nieusłyszec siedzącej obok, dwuletniej dziewczynki, która krzyczała tak, że głośniej się chyba nie dało. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie starsza pani, która podeszła do rodziców dziewczynki, po czym odrzekła z widocznym na twarzy obrzydzeniem: Co za głośne dziecko. Jak będzie taka za kilka lat, to już państwu współczuje.
"Co za kobieta" - pomyślałam. Rodzice dziecka ze spokojem odpowiedzieli jej: "Będzie dobrze. Od tego są rodzice, by opiekowac się dziecmi". Zdziwiło mnie, że odpowiedzieli jej tak miło, lecz gdy kobieta zeszła im z oczu, powiedzieli do siebie: "Zajmij się swoimi dziecmi, małpo". I szczerze mówiąc, przyglądając się tej sytuacji z boku, rozbawiło mnie to do cna, zwłaszcza, że kobieta, spojrzała w moją stroną tuż po wypowiedzeniu zdania o "małpie" rzecz jasna, po czym lekko się zreflektowała. Chwilę później, do ich stolika podeszła miła kelnerka, która dała dziecku czekoladowego lizaka. I sytuacja została opanowana.
Jak widzicie różne podejście do sytuacji i dwie różne osoby.
Zmieniając linię metra trzykrotnie, wylądowałam w końcu w Green Parku, aby finalnie znaleźc się w "pikadelce" i dotrzec na zajęcia z tańca jazzowego. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że następny pociąg miał byc za 3 minuty. Usiadłam więc na ławce, ale po chwili, przysiadł się - określając po akcencie - Irlandczyk, który łgał z żywe oczy, że jest nieanglojęzyczny.
Rozpoczął swą standardową, klasyczną gadkę od "hello", po czym dodał: "Are you the queen of the rings", patrząc na moje dwa pierścionki. Let's guess. That one, you bought for yourself - dodał. Ja na to: Well, you are not good at guessing, then.
I like your trousers - dodał. W odpowiedzi usłyszał: That's leggings - powiedziałam, nieco już znudzona.
Sorry, I am not good at English - powiedział, na co ja zapytał skąd w takim razie jest. I w odpowiedzi, tym razem usłyszałam: Z innej planety. Stwierdziłam, że jest jakimś świrem i wzięłam kolejny pociąg, który był po minucie.
Dotarłam w końcu do mojej szkoły tańca. I pracowaliśmy nad tą samą choreografią, co tydzień wcześniej. Pamiętałam ją, nie przeszkadzało mi to, że większosc z ludzi to profesjonalni tancerze. Chodzę na tę grupę od stycznia, lubię tych ludzi i lubię energię Nino - mojego iście broadway'owskiego nauczyciela. Do momentu, kiedy powiedział: You should be on the front.
Stanęłam więc z przodu, przy lustrach. I dobrze tańczyło mi się do tej choreografii, do chwili, aż mieliśmy, na sam koniec zrobic podwójny, jazzowy piruet i chaine, razy cztery. Ja traktuje te zajęcia jako dobrą zabawę i na szczęście nie muszę brac udziału w wyścigu pozostałych tancerzy, którzy biegają na przesłuchania, po teatrach na West Endzie, szukając pracy i znajomości w tanecznym świecie.
Pod koniec zajęc Nino podsumował je, po czym stwierdził, patrząc na mnie: That was good. But you need to work on your double pirouette.
Nad podwójnym? Jeszcze nie opanowałam pojedyńczego, w szybkie tempie. Wiekszosc ludzi rezygnuje z tej klasy po 2 zajęciach, ja ciągle tam jestem i rzeczywiscie czuje, że mozna się od niego mnóstwo nauczyc, ale też bez przesady. :D
Nino prowadzi mnóstwo "master classes, w całej Europie. Poziom jest bardzo wysoki, ale "double"? To tak, jak gdybym powiedziała komuś, kto zaczał uczyc się grac na fortepianie 5 miesięcy temu, żeby zagrał w tempie walczyk z pierwszej ballady Chopina! Tym bardziej cieszę się, że mogę się uczyc w tej szkole i mam nadzieję, że jako nieprofesjonalistka, ale pełna miłości do tańca, niedługo będą robic nawet poczwórne obroty. Póki co, "single" jest ok. A to, że Nino kazał mi stac w pierwszym rzędzie, to duża satysfakcja.Zaprosił mnie za tydzień na kolejne zajęcia i pracę nad nową choreografią.
Chyba najbardziej lubię Londyn w okresie Maj - Sierpień. Kiedy robi się ciepło. I muszę przyznac, że moje ulubione Covent Garden wygląda wtedy jeszcze lepiej, niż zwykle. E. wróciła po 2 tygodniach nieobecności do domu. A ja, siedzę w swoim pokoju, zajadając humus z papryką. Mając w zanadrzu nutellę, którą mam zamiar jesc prosto z opakowania.
Siedziałam na Ealingu, pijąc herbatę. Obserwując ludzi, trudno było nieusłyszec siedzącej obok, dwuletniej dziewczynki, która krzyczała tak, że głośniej się chyba nie dało. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie starsza pani, która podeszła do rodziców dziewczynki, po czym odrzekła z widocznym na twarzy obrzydzeniem: Co za głośne dziecko. Jak będzie taka za kilka lat, to już państwu współczuje.
"Co za kobieta" - pomyślałam. Rodzice dziecka ze spokojem odpowiedzieli jej: "Będzie dobrze. Od tego są rodzice, by opiekowac się dziecmi". Zdziwiło mnie, że odpowiedzieli jej tak miło, lecz gdy kobieta zeszła im z oczu, powiedzieli do siebie: "Zajmij się swoimi dziecmi, małpo". I szczerze mówiąc, przyglądając się tej sytuacji z boku, rozbawiło mnie to do cna, zwłaszcza, że kobieta, spojrzała w moją stroną tuż po wypowiedzeniu zdania o "małpie" rzecz jasna, po czym lekko się zreflektowała. Chwilę później, do ich stolika podeszła miła kelnerka, która dała dziecku czekoladowego lizaka. I sytuacja została opanowana.
Jak widzicie różne podejście do sytuacji i dwie różne osoby.
Zmieniając linię metra trzykrotnie, wylądowałam w końcu w Green Parku, aby finalnie znaleźc się w "pikadelce" i dotrzec na zajęcia z tańca jazzowego. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że następny pociąg miał byc za 3 minuty. Usiadłam więc na ławce, ale po chwili, przysiadł się - określając po akcencie - Irlandczyk, który łgał z żywe oczy, że jest nieanglojęzyczny.
Rozpoczął swą standardową, klasyczną gadkę od "hello", po czym dodał: "Are you the queen of the rings", patrząc na moje dwa pierścionki. Let's guess. That one, you bought for yourself - dodał. Ja na to: Well, you are not good at guessing, then.
I like your trousers - dodał. W odpowiedzi usłyszał: That's leggings - powiedziałam, nieco już znudzona.
Sorry, I am not good at English - powiedział, na co ja zapytał skąd w takim razie jest. I w odpowiedzi, tym razem usłyszałam: Z innej planety. Stwierdziłam, że jest jakimś świrem i wzięłam kolejny pociąg, który był po minucie.
Dotarłam w końcu do mojej szkoły tańca. I pracowaliśmy nad tą samą choreografią, co tydzień wcześniej. Pamiętałam ją, nie przeszkadzało mi to, że większosc z ludzi to profesjonalni tancerze. Chodzę na tę grupę od stycznia, lubię tych ludzi i lubię energię Nino - mojego iście broadway'owskiego nauczyciela. Do momentu, kiedy powiedział: You should be on the front.
Stanęłam więc z przodu, przy lustrach. I dobrze tańczyło mi się do tej choreografii, do chwili, aż mieliśmy, na sam koniec zrobic podwójny, jazzowy piruet i chaine, razy cztery. Ja traktuje te zajęcia jako dobrą zabawę i na szczęście nie muszę brac udziału w wyścigu pozostałych tancerzy, którzy biegają na przesłuchania, po teatrach na West Endzie, szukając pracy i znajomości w tanecznym świecie.
Pod koniec zajęc Nino podsumował je, po czym stwierdził, patrząc na mnie: That was good. But you need to work on your double pirouette.
Nad podwójnym? Jeszcze nie opanowałam pojedyńczego, w szybkie tempie. Wiekszosc ludzi rezygnuje z tej klasy po 2 zajęciach, ja ciągle tam jestem i rzeczywiscie czuje, że mozna się od niego mnóstwo nauczyc, ale też bez przesady. :D
Nino prowadzi mnóstwo "master classes, w całej Europie. Poziom jest bardzo wysoki, ale "double"? To tak, jak gdybym powiedziała komuś, kto zaczał uczyc się grac na fortepianie 5 miesięcy temu, żeby zagrał w tempie walczyk z pierwszej ballady Chopina! Tym bardziej cieszę się, że mogę się uczyc w tej szkole i mam nadzieję, że jako nieprofesjonalistka, ale pełna miłości do tańca, niedługo będą robic nawet poczwórne obroty. Póki co, "single" jest ok. A to, że Nino kazał mi stac w pierwszym rzędzie, to duża satysfakcja.Zaprosił mnie za tydzień na kolejne zajęcia i pracę nad nową choreografią.
środa, 6 maja 2015
Tate Modern, czyli w oparach futuryzmu
W ostatnią niedzielę, tuż przed poniedziałkowy Bank Holiday, a zaraz po dwóch godzinach jazzu - lirycznego i komercyjnego, udałam się do Tate Modern.
To brytyjskie muzeum, znajduje się tuż obok stacji: London Bridge, Southwark bądź Blackfriars. Kiedy wysiądzie się na stacji Blackfriars, przed oczami ukazuje się pełna ulotności, pełna metropolii mozaika, utkana z wysokich budynków, chlupiącej Tamizy i piknikujących ludzi.
To jedna z moich ulubionych części Londynu. Po szybkim zerknięciu na telefon, wyruszyłam w stronę Tate Modern.To zaskakujące jak cała okolica tego muzeum odżyła i stała się tętniącą życia atrakcją, bo jeszcze kilkanaście lat temu, nawet szczury nie chciały tamtędy przechodzic.
Teraz jest to miejsce, gdzie słychac szelest dużych pieniędzy, gdzie businessmani siadając w przydrożnych restauracyjkach, omawiają swoje interesy.
Tate Modern sprawiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Pełne sztuki współczesnej, pełne dziwacznych a zarazem pięknych obrazów. Jak za machnięciem różdżki snujemy się między surrealistyczną wizją malarzy, by chwilę później odetchnąc futurystycznie. Kto z nas nie zna Pop Artu? Albo kubizmu?
Kto z nas nie chciał nigdy zobaczyc na żywo prac A. Warhola?
Na studiach omawialiśmy mnóstwo epok, mnóstwo malarzy, mnóstwo rożnych technik i muszę przyznac, że zawsze bardzo lubiłam o tym słuchac, lubiłam o tym czytac i uwielbiałam Pop Art!
Muzeum to jest idealna zarowno dla pasjonatów sztuki, jak i dla tych, którzy chcą spędzic miło czas. Tate Modern staje się dla mnie numerem jeden, galerii sztuki w Londynie.
To brytyjskie muzeum, znajduje się tuż obok stacji: London Bridge, Southwark bądź Blackfriars. Kiedy wysiądzie się na stacji Blackfriars, przed oczami ukazuje się pełna ulotności, pełna metropolii mozaika, utkana z wysokich budynków, chlupiącej Tamizy i piknikujących ludzi.
To jedna z moich ulubionych części Londynu. Po szybkim zerknięciu na telefon, wyruszyłam w stronę Tate Modern.To zaskakujące jak cała okolica tego muzeum odżyła i stała się tętniącą życia atrakcją, bo jeszcze kilkanaście lat temu, nawet szczury nie chciały tamtędy przechodzic.
Teraz jest to miejsce, gdzie słychac szelest dużych pieniędzy, gdzie businessmani siadając w przydrożnych restauracyjkach, omawiają swoje interesy.
Tate Modern sprawiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Pełne sztuki współczesnej, pełne dziwacznych a zarazem pięknych obrazów. Jak za machnięciem różdżki snujemy się między surrealistyczną wizją malarzy, by chwilę później odetchnąc futurystycznie. Kto z nas nie zna Pop Artu? Albo kubizmu?
Kto z nas nie chciał nigdy zobaczyc na żywo prac A. Warhola?
Na studiach omawialiśmy mnóstwo epok, mnóstwo malarzy, mnóstwo rożnych technik i muszę przyznac, że zawsze bardzo lubiłam o tym słuchac, lubiłam o tym czytac i uwielbiałam Pop Art!
Muzeum to jest idealna zarowno dla pasjonatów sztuki, jak i dla tych, którzy chcą spędzic miło czas. Tate Modern staje się dla mnie numerem jeden, galerii sztuki w Londynie.
poniedziałek, 4 maja 2015
Wembley Arena
Dwa tygodnie temu, udało mi się kupic bilet na koncert polskich artystów, którzy mieli wystąpic na sławetnej Wembley Arena. Kto z nas nie słyszał tej nazwy?
Niby znam Londyn na wylot, a nigdy nie miałam okazji zobaczyc jak Wembley Arena wygląda w środku. Wprawdzie przechodziłam obok niej kilka razy, ale nigdy nie uczestniczyłam w żadnym wydarzeniu muzycznym, aż do niedzieli, 15 dni temu.
Top Music, Wembley. Wśród prowadzących m. in. M. Prokop. Stanie w kolejce, zimno - smagające policzki i głośni, podekscytowani kibice, opuszczający Wembley Stadion.
Sama sala, mimo swej legendy i tego, że występowały tam wielkie nazwiska, jest zwyczajna. Wielka, słynna, ale zwyczajna. Niby to inny kaliber, niby nie ma co porównywac, ale pamiętam że gdy weszłam do Royal Opera House albo Royal Albert Hall, to nie mogłam wyjsc ze zdumienia, jak pięknie prezentują się te budynki. Wembley to zupełnie inna kategoria, powinno porównywac się ją do innych sal koncertowych, ale myślałam że wchodząc tam poczuje jakiś ulatniający się w powietrzu aromat "wow", a skończyło się na "jak zwyczajnie". Niemniej jednak przybyło całkiem sporo ludzi, którzy ze zniecierpliwieniem czekali by móc zobaczyc i usłyszec na zywo polskich wykonawców, których zapewne od wielu lat widzieli w telewizji, a tym razem mogli zobaczyc na własne oczy.
Wśród nich: Kamil Bednarek, Sylwia Grzeszczak, Zakopower, Edyta Górniak, Piasek, Margaret, Bracia, Lemon i inni.
Udało mi się dotrzec do pierwszego rzędu, tuż przy barierce i widziec wszystko naprawdę z bliskiej odległości.
Kamil Bednarek, to postac o której słyszałam, ale która nigdy mnie nie interesowała. Wiedziałam, że jest zdolny, że brał udział w Talent Shows, ale jakoś umykał mi w gąszczu innych artystów. Tym razem, miałam okazji usłszec go po raz pierwszy, na żywo. I muszę przyznac, że nie tylko ogromna pasja jaka z niego płynęła, jak i radosc z życia, czy też totalne spełnienie zawodowe udzialało się nie tylko jemu samemu, ale i publiczności. Taka apoteoza młodości, energii i uśmiechu. Ciekawe utwory, zaśpiewał nawet cover - Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, w zupełnie innej wersji i myślę, że zaprezentował się naprawdę dobrze.
Sylwia Grzeszczak, to wokalistka, którą obserwuję od dłuższego czasu. Głównie ze względu na to, że jest absolwentką szkoły muzycznej - fortepian. Z tego co wiem to studiowała na poznańskiej AMuz, choc nie wiem czy ją ukończyła. Dziewczyna, która nie robi wokół siebie zbędnego szumu, a i tak jest na topie. Ubrana elegancko, tworzy muzykę, tworzy melodię. Ma dużą skalę głosu i pięknie gra na fortepianie. Czego chciec więcej?
Zakopower i Lemon również nieco stonowani, lecz grający dobrą muzykę.
Edyta Górniak, to ogromne zdolności wokalne, nieco niewykorzystane. Występująca przez wiele lat na deskach teatru Buffo, grająca w musicalu Metro. Ta, której wypomina się hymn. Edyta ma wielki głos, jednak na koncercie w Wembley zaśpiewała bardzo zachowawczo, bardzo przeciętnie jak na swoje możliwości i muszę przyznac, że rozczarowująco. Po kimś kto daje występy na taką miarę: https://www.youtube.com/watch?v=X4b8DO-pGPw&spfreload=10 oczekuje się więcej.
Piasek natomiast śpiewał tak, jak gdybym słuchała go z płyty. A śpiewał na żywo. Piękna barwa głosu. Słyszałam, że jest niski, ale nie przypuszczałam że aż tak ! Telewizja maskuje !
czwartek, 23 kwietnia 2015
Don't you worry child
Idealna piosenka dla wszystkich, którzy zastanawiają się nad swoimi marzeniami, życiem i nad tym, w którym momencie staliśmi się dorośli.
Don't you worry child https://www.youtube.com/watch?v=lQOMH7WJeqw&spfreload=10
There was a time, I used to look into my father's eyes
In a happy home, I was a king I had a golden throne
Those days are gone, now the memories are on the wall
I hear the songs from the places where I was born
Up on the hill across the blue lake,
that's where I had my first heart break
I still remember how it all changed
my father said
Don't you worry, don't you worry child
See heaven's got a plan for you
Don't you worry, don't you worry now
Yeah!
Don't you worry, don't you worry now
Yeah!
Ooh ooh ooh ooooh!
See heaven's got a plan for you
Ooh ooh ooh ooooh!
There was a time, I met a guy of a different kind
We ruled the world,
Thought I'll never lose his out of sight, we were so young
I think of him now and then
Still hear the song
Reminding me of a friend.
Don't you worry child https://www.youtube.com/watch?v=lQOMH7WJeqw&spfreload=10
There was a time, I used to look into my father's eyes
In a happy home, I was a king I had a golden throne
Those days are gone, now the memories are on the wall
I hear the songs from the places where I was born
Up on the hill across the blue lake,
that's where I had my first heart break
I still remember how it all changed
my father said
Don't you worry, don't you worry child
See heaven's got a plan for you
Don't you worry, don't you worry now
Yeah!
Don't you worry, don't you worry now
Yeah!
Ooh ooh ooh ooooh!
See heaven's got a plan for you
Ooh ooh ooh ooooh!
There was a time, I met a guy of a different kind
We ruled the world,
Thought I'll never lose his out of sight, we were so young
I think of him now and then
Still hear the song
Reminding me of a friend.
wtorek, 21 kwietnia 2015
Royal Festival Hall
Waterloo. Osławiona nazwa. Słyszał ją prawie każdy. Słowo to pojawiało się nawet w piosenkach.
Waterloo to dzielnica Londynu. Wysiadając na stacji metra, o tej samej nazwie, wystarczy "parę kroków", by znalezc się tuż przy Westminsterze lub London Eye.
Tam też, znajduje się Royal Festival Hall. Wielka, londyńska sala koncertowa, na której występują największe nazwiska muzyczne. Sala ta robi wrażenie, choc nie dorownuje wizualnie Royal Albert Hall.
Nadszedł ten długo upragniony i wyczekiwany zarazem dzień, w którym u boku Daniela Barenboima (wybitny pianista, dyrygent) wystąpic miała piekielnie zdolna i charyzmatyczna, a także czarująca Martha Argerich. Argentyńska pianistka, której grę wielbię od lat, traktując jako klejnot w koronie pianistyki.
Kto nie marzył by grac jak Martha? Chyba każdy pianista. Kto nie zna jej legendarnego wykonania Czajkowskiego lub 3 Rachmaninova? Czy jej słynnego uśmiechu, gdy grała Poloneza As-dur Chopina? Kto nie opowiadał legend na temat jej bujnego życia, trzech mężów oraz dzieci, każde z innym mężczyzną?
Femme fatale, która roztopiła męskie serca swoim niewinnym uśmiechem, by chwilę później zmiesc oktawowymi gromami całą klawiaturę. Pianistka, której jedynym problemem jest to, że gra za szybko. Jednak i ta, która mimo, że już w dzieciństwie grała 1 Koncert Beethovena, wciąż cwiczy go w wolnym tempie. Takt po takcie. Aż trudno uwierzyc, że żywa legenda i prawdziwy geniusz, ktoś kto urodził się by byc wielką pianistką, mógł chciec rzucic fortepian by stac się sekretarką?
Oglądałam wszystkie możliwe wywiady z Marthą, znam lwią czesc jej wykonan, była i pewnie nadal jest moim autorytetem. Inspirowała swym licznym podróżowaniem, a za jej sprawą sama zapragnęłam móc mieszkac w różnych państwach. Motywowała, gdy oglądałam różne filmiki, a na każdym z nich mówiła w innym języku. Wtedy zapragnęłam byc poliglotką, jak ona. Niewiele jest osób, na które czekałabym, by dostac autograf. Niewiele, a w zasadzie w ogóle. Ale są takie osoby, które bliskie są mojemu sercu, które fascynują swoim niedostępnym dla szarych ludzi talentem. Takie, które błyszczą, przykuwają uwagę. Taką osobą jest Martha Argerich.
Całe moje życie, czy też rozdział życia związany z muzyką, był momentem kiedy oddałam temu duszę. Nazywają to pasją. Martha towarzyszyła mi przez cały okres fascynacji muzyką i towarzyszy nadal. To ją pierwszą usłyszałam, gdy włączyłam youtube, przeszukując filmiki z wykonaniami różnych pianistów. Grała 3 Rachmaninova. Z łatwością przebiegała po klawiszach, by chwilę później oddac się lirycznym fragmentom.
Fascynowała, a ja szukałam okazji, by móc usłyszec ją na żywo. I dopiero w Londynie mi się udało. Mimo, ze pianistka ta często bywa w Warszawie, jakoś nie mialam okazji jej zobaczyc. Rok temu zarezerwowałam bilet na jej koncert jednak ta, anulowała go kilka tygodni przed. Chimeryczna, a zarazem wybitna. Argerich wszystko się wybacza. Gdy zobaczyłam, że znów wystąpi w Londynie, zarezerwowałam kolejny bilet. I wydałam na niego sporo pieniędzy, ale przeznaczyłabym każde. Miałam nadzieję, że tym razem nie anuluje koncertu, choc bardzo często odwoływała je w Londynie. Nie wiedząc czemu.
Jednak tym razem koncert miał się odbyc. Weszłam do wielkiego budynku, po biegu z metra, by zdążyc na czas. Pachniało kawą, słychac było szmer rozmów. Wielu tam było muzyków, tych spełnionych i niespełnionych, ale przede wszystkim kochających muzykę. Wino lało się strumieniami, a ja szukałam niebieskiej częsci budynku, by podejsc do swojego balkonu. Z miejscem numer 3. Zerkając na salę, moje oczy zobaczyły mnóstwo ludzi. Piękną scenę oraz wchodzącą orkiestrę. Po chwili usłyszałam oklaski oraz ruch kotary. Przed oczami wyrosła kobieca postac, w towarzystwie dyrygenta. Zobaczyłam tę słynną, najwybitniejszą współczesną pianistkę, przekraczającą próg. Będącą kilka metrów ode mnie. I nie sądziłam, że aż tak to odczuje, ale poczułam wielkie szczęście że mogę ją zobaczyc oraz łzy w oczach. I nie chodziło nawet o samą Marthę, którą wielbię, ale o taki pokłon tym wszystkim godzinom przed fortepianem, marzeniom i pasji. Takie ucieleśnienie tego,co było i jest dla mnie ważne. Martha zasiadła przed fortepianem, a Barenboim rozpoczął koncert. I Koncert C-dur op. 15 Beethovena. Genialny dyrygent i genialna pianistka to połączenie perfekcyjne. Bezbłędne. I tak było. Brzmiali tak, jak gdybym słuchała właśnie płyty. Zero potknięc. W życiu nie słyszałam tak pięknego piano. Prawie niesłyszalne, a jednak brzmiące. Oklaski nie miały końca, Martha trzy ly czterokrotnie wracała na scenę i zagrała na bis. Z Barenboimem. A sam Barenboim? Widac jak bardzo ceni Marthę. Przyjaźnią się. Gratulował jej na scenie, wskazywał by bic jej brawo. I nie dziwi mnie to w ogóle. Bo tak wybitnych ludzi nie spotyka się codziennie.
Waterloo to dzielnica Londynu. Wysiadając na stacji metra, o tej samej nazwie, wystarczy "parę kroków", by znalezc się tuż przy Westminsterze lub London Eye.
Tam też, znajduje się Royal Festival Hall. Wielka, londyńska sala koncertowa, na której występują największe nazwiska muzyczne. Sala ta robi wrażenie, choc nie dorownuje wizualnie Royal Albert Hall.
Nadszedł ten długo upragniony i wyczekiwany zarazem dzień, w którym u boku Daniela Barenboima (wybitny pianista, dyrygent) wystąpic miała piekielnie zdolna i charyzmatyczna, a także czarująca Martha Argerich. Argentyńska pianistka, której grę wielbię od lat, traktując jako klejnot w koronie pianistyki.
Kto nie marzył by grac jak Martha? Chyba każdy pianista. Kto nie zna jej legendarnego wykonania Czajkowskiego lub 3 Rachmaninova? Czy jej słynnego uśmiechu, gdy grała Poloneza As-dur Chopina? Kto nie opowiadał legend na temat jej bujnego życia, trzech mężów oraz dzieci, każde z innym mężczyzną?
Femme fatale, która roztopiła męskie serca swoim niewinnym uśmiechem, by chwilę później zmiesc oktawowymi gromami całą klawiaturę. Pianistka, której jedynym problemem jest to, że gra za szybko. Jednak i ta, która mimo, że już w dzieciństwie grała 1 Koncert Beethovena, wciąż cwiczy go w wolnym tempie. Takt po takcie. Aż trudno uwierzyc, że żywa legenda i prawdziwy geniusz, ktoś kto urodził się by byc wielką pianistką, mógł chciec rzucic fortepian by stac się sekretarką?
Oglądałam wszystkie możliwe wywiady z Marthą, znam lwią czesc jej wykonan, była i pewnie nadal jest moim autorytetem. Inspirowała swym licznym podróżowaniem, a za jej sprawą sama zapragnęłam móc mieszkac w różnych państwach. Motywowała, gdy oglądałam różne filmiki, a na każdym z nich mówiła w innym języku. Wtedy zapragnęłam byc poliglotką, jak ona. Niewiele jest osób, na które czekałabym, by dostac autograf. Niewiele, a w zasadzie w ogóle. Ale są takie osoby, które bliskie są mojemu sercu, które fascynują swoim niedostępnym dla szarych ludzi talentem. Takie, które błyszczą, przykuwają uwagę. Taką osobą jest Martha Argerich.
Całe moje życie, czy też rozdział życia związany z muzyką, był momentem kiedy oddałam temu duszę. Nazywają to pasją. Martha towarzyszyła mi przez cały okres fascynacji muzyką i towarzyszy nadal. To ją pierwszą usłyszałam, gdy włączyłam youtube, przeszukując filmiki z wykonaniami różnych pianistów. Grała 3 Rachmaninova. Z łatwością przebiegała po klawiszach, by chwilę później oddac się lirycznym fragmentom.
Fascynowała, a ja szukałam okazji, by móc usłyszec ją na żywo. I dopiero w Londynie mi się udało. Mimo, ze pianistka ta często bywa w Warszawie, jakoś nie mialam okazji jej zobaczyc. Rok temu zarezerwowałam bilet na jej koncert jednak ta, anulowała go kilka tygodni przed. Chimeryczna, a zarazem wybitna. Argerich wszystko się wybacza. Gdy zobaczyłam, że znów wystąpi w Londynie, zarezerwowałam kolejny bilet. I wydałam na niego sporo pieniędzy, ale przeznaczyłabym każde. Miałam nadzieję, że tym razem nie anuluje koncertu, choc bardzo często odwoływała je w Londynie. Nie wiedząc czemu.
Jednak tym razem koncert miał się odbyc. Weszłam do wielkiego budynku, po biegu z metra, by zdążyc na czas. Pachniało kawą, słychac było szmer rozmów. Wielu tam było muzyków, tych spełnionych i niespełnionych, ale przede wszystkim kochających muzykę. Wino lało się strumieniami, a ja szukałam niebieskiej częsci budynku, by podejsc do swojego balkonu. Z miejscem numer 3. Zerkając na salę, moje oczy zobaczyły mnóstwo ludzi. Piękną scenę oraz wchodzącą orkiestrę. Po chwili usłyszałam oklaski oraz ruch kotary. Przed oczami wyrosła kobieca postac, w towarzystwie dyrygenta. Zobaczyłam tę słynną, najwybitniejszą współczesną pianistkę, przekraczającą próg. Będącą kilka metrów ode mnie. I nie sądziłam, że aż tak to odczuje, ale poczułam wielkie szczęście że mogę ją zobaczyc oraz łzy w oczach. I nie chodziło nawet o samą Marthę, którą wielbię, ale o taki pokłon tym wszystkim godzinom przed fortepianem, marzeniom i pasji. Takie ucieleśnienie tego,co było i jest dla mnie ważne. Martha zasiadła przed fortepianem, a Barenboim rozpoczął koncert. I Koncert C-dur op. 15 Beethovena. Genialny dyrygent i genialna pianistka to połączenie perfekcyjne. Bezbłędne. I tak było. Brzmiali tak, jak gdybym słuchała właśnie płyty. Zero potknięc. W życiu nie słyszałam tak pięknego piano. Prawie niesłyszalne, a jednak brzmiące. Oklaski nie miały końca, Martha trzy ly czterokrotnie wracała na scenę i zagrała na bis. Z Barenboimem. A sam Barenboim? Widac jak bardzo ceni Marthę. Przyjaźnią się. Gratulował jej na scenie, wskazywał by bic jej brawo. I nie dziwi mnie to w ogóle. Bo tak wybitnych ludzi nie spotyka się codziennie.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Avenue des Champs-Élysées
W tym nasączonym romantyzmem mieście, gdzie pocałunki ulatniały się w powietrzu, po trzech dniach intensywnego zwiedzania przywykłam. Przywykłam do brudnego metra (mawia się, że francuskie metro jest jednym z najbardziej brudnych) oraz do tego, że od połowy poniedziałku zaakceptowałam fakt, iż angielski we Francji przyda mi się tak samo, jak kożuch w Hiszpanii. "A little", a w zasadzie "yes" i "no" przestało doprowadzac mnie do szału. Gdy w sklepie Francuzka mówiła coś w tym pięknym języku, ja wsłuchiwałam się tylko w jego brzmienie, szybko pytając (też po francusku), czy mówi po angielsku. Gdy mówiła, że tak, nasza konwersacja, choc nieco nieudolna miała jakiś mniej lub wdzięczny finał, a gdy słyszałam że nie, pozostawało telepatyczne porozumiewanie się. Niestety. Francuzi promują swój język i są zbyt leniwi, by uczyc się tego najczęściej występującego. Choc muszę przyznac, że Anglicy również, w wielu przypadkach osiadają na laurach, gdyż angielski jest teraz tak powszechny, iż nie ma potrzeby uczenia się innych języków.
Czwartek, okazał się deszczowy. Od poniedziałku było szaro, a słońce dało susa. Jednak, ten czwarty dzien tygodnia przeszedł sam siebie, bo lało jak z cebra.
O 12:00 miałam umówione spotkanie z koleżanką z Węgier. Rita, bo tak ma na imię, mieszka w Paryżu już od 4 lat, ale zamierza przeprowadzic się do Anglii. Jak sama określiła, z czym po części się zgadzam, Paryż to miasto do bycia jako turysta. By wpasc, zrobic zdjęcia i odjechac. Sam w sobie przytłacza. I mimo, że mieszkam od ponad dwóch lat w Londynie, to Londyn jest moim domem, moimi znajomymi ścieżkami, ulubionymi miejscami, elementami mojej polskości i miejscem, w którym czuję się dobrze. I nie przytłacza wielkością. Tak jak Paryż. Mimo, że to Paryż jest od niego mniejszy.
Kiedyś chciałam pomieszkac w Paryżu minimum 3 miesiące, teraz cofam swoje dawne marzenie. Nie chciałabym w nim mieszkac nawet przez chwilę, mimo że to miasto urzeka. Niewątpliwie.
Z Ritą przeszłyśmy się aleją Champs-Elysees. Od Placu Zgody, tą długą aleją (która może nieco przypominac moją londyńską Oxford Street), doszłyśmy do Łuku Triumfalnego.
Padało, więc zaszłyśmy do paryskiej kawiarni by kupic typowo francuskie produkty.
Z pewnością kuchnia francuska jest o wiele bogatsza, niż ta angielska, a Paryż ma w sobie miejską charyzmę. Dźwięk akordeonów, "r", francuskie rogaliki, zapach kawy i lanie wina wprowadza atmosferę. Ale teraz już wiem, że miasto to nie jest dla mnie. Jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że to Londyn skradł mi serce.
Wracając późnym wieczorem piccadilly line, z Heathrow, cieszyłam się na widok znajomych ścieżek, znajomych sklepów i tego angielskiego: how are you?
Czwartek, okazał się deszczowy. Od poniedziałku było szaro, a słońce dało susa. Jednak, ten czwarty dzien tygodnia przeszedł sam siebie, bo lało jak z cebra.
O 12:00 miałam umówione spotkanie z koleżanką z Węgier. Rita, bo tak ma na imię, mieszka w Paryżu już od 4 lat, ale zamierza przeprowadzic się do Anglii. Jak sama określiła, z czym po części się zgadzam, Paryż to miasto do bycia jako turysta. By wpasc, zrobic zdjęcia i odjechac. Sam w sobie przytłacza. I mimo, że mieszkam od ponad dwóch lat w Londynie, to Londyn jest moim domem, moimi znajomymi ścieżkami, ulubionymi miejscami, elementami mojej polskości i miejscem, w którym czuję się dobrze. I nie przytłacza wielkością. Tak jak Paryż. Mimo, że to Paryż jest od niego mniejszy.
Kiedyś chciałam pomieszkac w Paryżu minimum 3 miesiące, teraz cofam swoje dawne marzenie. Nie chciałabym w nim mieszkac nawet przez chwilę, mimo że to miasto urzeka. Niewątpliwie.
Z Ritą przeszłyśmy się aleją Champs-Elysees. Od Placu Zgody, tą długą aleją (która może nieco przypominac moją londyńską Oxford Street), doszłyśmy do Łuku Triumfalnego.
Padało, więc zaszłyśmy do paryskiej kawiarni by kupic typowo francuskie produkty.
Z pewnością kuchnia francuska jest o wiele bogatsza, niż ta angielska, a Paryż ma w sobie miejską charyzmę. Dźwięk akordeonów, "r", francuskie rogaliki, zapach kawy i lanie wina wprowadza atmosferę. Ale teraz już wiem, że miasto to nie jest dla mnie. Jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że to Londyn skradł mi serce.
Wracając późnym wieczorem piccadilly line, z Heathrow, cieszyłam się na widok znajomych ścieżek, znajomych sklepów i tego angielskiego: how are you?
czwartek, 9 kwietnia 2015
A little...
Do moich nozdrzy wdarł się dystyngowany, paryski zapach. Czułam rozproszone perfumy, słyszałam tupanie, odgłos szpilek i szelest wiatru, pomieszany z charczaniem francuskiego "h". Znalazłam pociąg i wsiadłam bez namysłu, kierując się w stronę odprawy. Stojąc w kolejce, słuchałam jeszcze resztki brytyjskiego akcentu, bo stały za mną Angielki, po czym podeszłam do okienka. ""Bonjour. Do you speak English?" - zapytała Francuzka. "Your passport is valid for 20 days, do you know it?" "Yeah, I'll be here just for the next few days" odpowiedziałam. "just five". "Be careful" - dodała, przepuszczając mnie przez barierkę.
Omiatając wzrokiem wielkie lotnisko, podeszłam do okienka informacyjnego, napotykając się po raz pierwszy na to, co spotykało mnie przez kolejne dni. Jeszcze nieco w przekonaniu, że angielski to międzynarodowy język, liczyłam że dogadam się z jakimś procentem Francuzów. Jak bardzo się myliłam.
Kobieta w okienku, łamanym angielskim dała mi mapę metra, sprzedając bilet za ok. 10 euro. Wzięłam RER. Linię RER. Pociąg okazał się byc pociągiem dwupiętrowym, a w środku grano na akordeonach. Uderzyło mnie to, że stacje były brudne. Nawet bardzo. Te londyńskie wydały mi się pogodniejsze, a paryskie suche, chłodne i bez serca. Bez ludzi. Z automatami, by kupic jedzenie. Z wąskimi korytarzami i dźwiękiem uderzanych drzwiczek od bramek, które nie otwierają się same, a trzeba je pchac.
Po swojej mdłej w turkocie pociągowym podróży, dotarłam pod Wieżę Eiffla. Byłam tam siedem lat temu i wtedy, w mojej percepcji wydała się mniejsza. Tym razem natomiast zrobiła na mnie wrażenie. Była wielka, było ciepło, było słonecznie. Nawet ludzie, którzy wtedy wciskali mi nachalnie pamiątkowe breloczki z tą wieżą teraz wydawali się tacy, łagodniejsi... A może ja stałam się zupełnie inną osobą, niż siedem lat temu. Inną osobą, z marzeniami, które nieco się zmieniły. Wtedy byłam po roku z nowym nauczycielem fortepianu, tuż przed dyplomem, myśląca o nowym repertuarze, ekscytująca się waldsteinowską, którą chciałam grac, a teraz. Przypomniałam sobie stojące na Heathrow pianino i chłopaka, który grał "Twinkle, twinkle", czyli nasze "Poszły sobie kurki trzy".
Odrywając się od bujania w przedawnionych czasach, stanęłam pod wieżą, zrobiłam mnóstwo zdjęc i przeszłam się po okolicy, która była piękna. Doszłam do jednego z muzeów i wtedy, moje dwa światy, zetknęły się ze sobą. Odstawiając na bok swoją polską mentalnosc, a raczej to że jestem Polką, ale czującą chec mieszania różnych kultur i poznawania świata, przez ostatnie dwa lata spędzam intensywny czas z inną kulturą. Jem śniadania z Anglikami i mimochodem obserwuje ich mentalnosc, słucham dużo radia, oglądam dużo telewizji, dużo też rozmawiam z moimi Anglikami i... Pamiętam, że kiedy przyjechałam do Londynu, zupełnie zielona, gdy stałam z mapą w ręku to zawsze ktoś zapytał się czego szukam i chętnie tłumaczył. To angielskie "be kind" jest nieco na pokaz, ale mimo wszystko w codziennych sytuacjach działa bez szwanku. Ile razy zapomniałam z metra szalika czy parasolki, ktoś za mną biegł mówiąc "You left it" z uśmiechem na twarzy. Tak samo kiedy wpadniesz na Anglika, w większosci przypadków to on pierwszy powie "sorry". I to ich "please" na każdym kroku.
No i podeszłam do muzeum, siadłam na ławce obserwując Francuzów. Nagle, dostrzegłam idącą, starszą kobietę w kapeluszu, a przed nią turystkę, ktora krzątała się z mapką w ręku. Chwilę pozniej, niespodziewanie się zatrzymała, a nonszalancka, starsza kobieta na nią wpadła. I zamiast słodkiego, przereklamowanego "sorry", usłyszałam pełne emfazy i odrazy zarazem, z ust Francuzki rzecz jasna: "Excusez moi!!!!!!!!!" (ilosc wykrzykników, nieprzypadkowa).
Po krótkiej obserwacji, kupiłam obiad, jak się okazało żaden z Francuzów w centrum, nie umiał nic po angielsku. Właściwie na pytania "Do you speak English", wszyscy zgodnie zarzekali się: "Yes", po czym z miną ludzi, stojących w rzędzie podejrzanych dodawali: "A little", czytaj "Yes", "No", "Ok".
Myślę, że w Warszawie dużo łatwiej byłoby zamówic cos obcokrajowcowi, aniżeli we Francji. Chociaż, mimo że wcześniej słyszałam od swojego znajomego Francuza, że ich naród nie zna angielskiego, szczerze mówiąc przyznaję, że to co tam zobaczyłam, przeszło nawet jego najbardziej brawurowe oczekiwania.
Po dwóch dniach zdezerterowałam i sama zaczęłam mówic po francusku, bo nieumiejętnosc liczenia po angielsku w niektórych przypadkach nawet do dziesięciu, była chwilami zabawna. Nie wiem, może jestem nieco sceptyczna, ale Francja mimo wszystko sąsiaduje, mówiąc w cudzysłowiu, z Wielką Brytanią, angielski jest mimo wszystko językiem narodowym i tłumaczenie, ze francuski ma wysoki status w rankingu najczęściej posługiwanych języków obcych nie przemawia do mnie. Wybaczcie. Francuzi w mojej ocenie są leniwi pod tym względem.
Omiatając wzrokiem wielkie lotnisko, podeszłam do okienka informacyjnego, napotykając się po raz pierwszy na to, co spotykało mnie przez kolejne dni. Jeszcze nieco w przekonaniu, że angielski to międzynarodowy język, liczyłam że dogadam się z jakimś procentem Francuzów. Jak bardzo się myliłam.
Kobieta w okienku, łamanym angielskim dała mi mapę metra, sprzedając bilet za ok. 10 euro. Wzięłam RER. Linię RER. Pociąg okazał się byc pociągiem dwupiętrowym, a w środku grano na akordeonach. Uderzyło mnie to, że stacje były brudne. Nawet bardzo. Te londyńskie wydały mi się pogodniejsze, a paryskie suche, chłodne i bez serca. Bez ludzi. Z automatami, by kupic jedzenie. Z wąskimi korytarzami i dźwiękiem uderzanych drzwiczek od bramek, które nie otwierają się same, a trzeba je pchac.
Po swojej mdłej w turkocie pociągowym podróży, dotarłam pod Wieżę Eiffla. Byłam tam siedem lat temu i wtedy, w mojej percepcji wydała się mniejsza. Tym razem natomiast zrobiła na mnie wrażenie. Była wielka, było ciepło, było słonecznie. Nawet ludzie, którzy wtedy wciskali mi nachalnie pamiątkowe breloczki z tą wieżą teraz wydawali się tacy, łagodniejsi... A może ja stałam się zupełnie inną osobą, niż siedem lat temu. Inną osobą, z marzeniami, które nieco się zmieniły. Wtedy byłam po roku z nowym nauczycielem fortepianu, tuż przed dyplomem, myśląca o nowym repertuarze, ekscytująca się waldsteinowską, którą chciałam grac, a teraz. Przypomniałam sobie stojące na Heathrow pianino i chłopaka, który grał "Twinkle, twinkle", czyli nasze "Poszły sobie kurki trzy".
Odrywając się od bujania w przedawnionych czasach, stanęłam pod wieżą, zrobiłam mnóstwo zdjęc i przeszłam się po okolicy, która była piękna. Doszłam do jednego z muzeów i wtedy, moje dwa światy, zetknęły się ze sobą. Odstawiając na bok swoją polską mentalnosc, a raczej to że jestem Polką, ale czującą chec mieszania różnych kultur i poznawania świata, przez ostatnie dwa lata spędzam intensywny czas z inną kulturą. Jem śniadania z Anglikami i mimochodem obserwuje ich mentalnosc, słucham dużo radia, oglądam dużo telewizji, dużo też rozmawiam z moimi Anglikami i... Pamiętam, że kiedy przyjechałam do Londynu, zupełnie zielona, gdy stałam z mapą w ręku to zawsze ktoś zapytał się czego szukam i chętnie tłumaczył. To angielskie "be kind" jest nieco na pokaz, ale mimo wszystko w codziennych sytuacjach działa bez szwanku. Ile razy zapomniałam z metra szalika czy parasolki, ktoś za mną biegł mówiąc "You left it" z uśmiechem na twarzy. Tak samo kiedy wpadniesz na Anglika, w większosci przypadków to on pierwszy powie "sorry". I to ich "please" na każdym kroku.
No i podeszłam do muzeum, siadłam na ławce obserwując Francuzów. Nagle, dostrzegłam idącą, starszą kobietę w kapeluszu, a przed nią turystkę, ktora krzątała się z mapką w ręku. Chwilę pozniej, niespodziewanie się zatrzymała, a nonszalancka, starsza kobieta na nią wpadła. I zamiast słodkiego, przereklamowanego "sorry", usłyszałam pełne emfazy i odrazy zarazem, z ust Francuzki rzecz jasna: "Excusez moi!!!!!!!!!" (ilosc wykrzykników, nieprzypadkowa).
Po krótkiej obserwacji, kupiłam obiad, jak się okazało żaden z Francuzów w centrum, nie umiał nic po angielsku. Właściwie na pytania "Do you speak English", wszyscy zgodnie zarzekali się: "Yes", po czym z miną ludzi, stojących w rzędzie podejrzanych dodawali: "A little", czytaj "Yes", "No", "Ok".
Myślę, że w Warszawie dużo łatwiej byłoby zamówic cos obcokrajowcowi, aniżeli we Francji. Chociaż, mimo że wcześniej słyszałam od swojego znajomego Francuza, że ich naród nie zna angielskiego, szczerze mówiąc przyznaję, że to co tam zobaczyłam, przeszło nawet jego najbardziej brawurowe oczekiwania.
Po dwóch dniach zdezerterowałam i sama zaczęłam mówic po francusku, bo nieumiejętnosc liczenia po angielsku w niektórych przypadkach nawet do dziesięciu, była chwilami zabawna. Nie wiem, może jestem nieco sceptyczna, ale Francja mimo wszystko sąsiaduje, mówiąc w cudzysłowiu, z Wielką Brytanią, angielski jest mimo wszystko językiem narodowym i tłumaczenie, ze francuski ma wysoki status w rankingu najczęściej posługiwanych języków obcych nie przemawia do mnie. Wybaczcie. Francuzi w mojej ocenie są leniwi pod tym względem.
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
To start with...
Nadszedł ten dzień. Poniedziałek, równo tydzień temu. Spakowana i wyzuta ze wszystkiego, ledwo mogłam mówic. Tydzień wcześniej spacerowałam sobie tylko w typowo wiosennym ubraniu, kiedy wiatr huśtał się nad głową. I doigrałam się. That's the end of the story. Zignorowałabym pewnie to przeziębienie, gdyby nie to, że za dwa dni miałam lot do Paryża. I po raz pierwszy od ponad dwóch lat mieszkania w Londynie, zostałam w sobotę w domu nigdzie nie wychodząc. Nawet N. skonstatował, w iście jasnym przekazie: You don't look well. I dopiero moje spojrzenie na niego spowodowało, że zreflektował się, na dwuznacznosc swoich słów. Bo mimo, że miał na myśli to, że nie wyglądam najlepiej i powinnam zostac w domu by jeszcze bardziej się nie przeziębic, to mówienie komuś, że nie wygląda "well" nie poprawia mu samopoczucia. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam siebie. Wypruta z ochoty do pakowania się. Zostałam w sobotę w domu, ale tak mnie to wynudziło, że w niedzielę zamiast odpoczac przed wylotem, wyszłam na miasto, pojechałam do szkoły tańca. Jakby wszystkiego było mało, okazało się, że nie działa victoria line, więc aby nie spoznic się na zajęcia, wzięłam taksówkę. Jechaliśmy najpierw przez Victorię, potem mijając kolejne dzielnice, dotarliśmy do Waterloo. Wszystko takie znajome, London Eye tuż obok Westminster Station, budynki, które widziałam setki razy. Przez dwie godziny tańczyłam. Nie wiem jak mi się to udało, bo jest to niesamowity wysiłek, godzina rozgrzewki, brzuszki, pompki, podskoki, ale zrobiłam to. Po dwóch godzinach byłam cała mokra, tak jak gdyby ktoś wylał mi na głowę wiadro z wodą. Tak dużo cwiczeń zrobiliśmy, ale ta przyjemnosc nieco mnie ucieszyła, bo poczułam się lepiej. Wróciłam, spakowałam się i poszłam spac. E. zamówiła mi taksówkę na czwartą rano. Czyż to nie wybitna godzina? O trzeciej pięcdziesiąt zadzwonił taksówkarz i tak wsiadłam, otulona ziewaniem i nocą, zmierzając w kierunku lotniska Heathrow. Terminal 4. Wyszukując numeru bramki, na ekranie wlepiałam wzrok w migające cyfry. Szósta rano. Air France wydało się bardzo przyjemną linią, a lot był niesamowicie krótki. Po nieco godzinie wylądowałam na francuskim lotnisku, szukając linii RER. Jak się okazało na wstępie, nikt nie mówił po angielsku, więc trudno było uzyskac jakies informacje. Tak czy siak dotarłam do RER, kupiłam bilet do centrum Paryża i wyruszyłam w kierunku Wieży Eiffla. A po niej...
środa, 25 marca 2015
Argerich
Kochałam się w Młodej Polsce. Pisałam nawet pracę na temat obrazu kobiety fatalnej, na podstawie "Aszantki" Perzyńskiego, "Śniegu" Przybyszewskiego i "Moralności Pani Dulskiej" Zapolskiej.
Pamiętam, że wiele osób chciało pracowac nad tym tematem, ale to ja miałam to szczęście, by móc napisac o tym pracę semestralną.
Femme fatale. Dla mężczyzn to kobieta, która wzbudza zainteresowanie, dziewczęta natomiast chcą byc takie, jak ona. Pełne uwodzicielstwa, charyzmy i urody.
Chłodna i ludzka zarazem. Uśmiechnięta, by chwilę późniec oziębic swoim chłodem. Młodopolska kobieta niszcząca. Nikt nie przeszedł wokół niej obojętnie.
Znam taką współcześnie żyjącą kobietę, przez niektórych określaną szumnym mianem "femme fatale". Mimo, że to nie do końca jej literacki odpowiednik. Tak, tak. Kobieta, która była dla mnie wzorem do naśladowania przez wiele lat i ktoś (nie w kwestii bycia "femme fatale", a w kwestii zdolności muzycznych), kogo gdy widzę w telewizji lub na youtube, porzucam wszystko by móc obserwowac jej grę. Inspiracja, na punkcie której miałam szmergla. Osoba, którą od dawna chciałam spotkac na żywo. Martha Argerich.
Martha Argerich to wielkie w świecie pianistycznym nazwisko. Nazwisko, na wydźwięk którego pianiści truchleją, zachwycając się co niemiara.
Jej młodośc pełna różnorodności. Piękna kobieta, która w wieku kilkunastu lat wygrała sławetny konkurs Busoniego, by zaprzestac swą pianistyczną przygodę, by chwilę później powrócic w wielkim stylu i wygrac Konkurs Chopinowski. Osoba, której jedynym problem jest to, że gra za szybko.
Jeden z profesorów, od ktorego brałam kilka lat temu lekcje powiedział kiedyś, że w którymś z wywiadów Argerich przyznała, iż jedynym utworem który był dla niej trudny, był Trzeci Rachmaninova.
Pianistka, uważana za żyjącą legendę. Przeogromny repertuar, wdzięk którego nikt jej nie odmówi oraz bujne życie prywatne. Argentyńska pianistka, która miała trzech mężów, z każdym z nich jedno dziecko. To bywalczyni Konkursu Chopinowskiego i jego skandalistka, gdy opuściła jury, obwieszczając że Pogorelich został niesłusznie wyeliminowany.
Genialna kobieta, która urzeka swobodą gry, lirycznymi tematami, by chwilę później zmiesc fortepian kaskadą oktaw. Za nie więcej niż trzy tygodnie zobaczę ją na żywo. W Royal Festival Hall. U boku wybitnego Daniela Barenboima. Czy będę tak samo zahipnotyzowana jak na koncercie Lugańskiego? Nie będzie to nużąco monotonne. Będzie to z pewnością genialne wykonanie, ogniste forte i słodkie piano. Argerich, czekam!
piątek, 20 marca 2015
Be brave!!!!
Światła migocą na mokrych od deszczu ulicach. Nie słychac ani głośnych taksówek, ani głośnej, wydobywającej się z samochodów, muzyki. Londyn jest huczny, ale tylko w centrum. Dzielnice mieszkalne, zależy które, ale na ogół charakteryzują się spokojem. Aż trudno uwierzyc że mieszka się w tej wielkiej stolicy. W tym miesiącu, miesiącu moich urodzin, miną dwa lata i siedem miesięcy odkąd tu mieszkam. I zmieniło się bardzo wiele. Chociażby to, brzmiąc trywialnie, że przemalowałam włosy na rudo.
Ciągle należę do tej grupy ludzi, którzy nie cofają się na pomysły, a wchodzą w nie. Nie lubię ludzi, którzy negują nowe idee, marzenia, mówią że czegoś się nie da, żeby nie byc marzycielką, bo życie dalekie jest od marzycielstwa. Nie. Życie jest właśnie po to, by miec marzenia. I poza miłością i szczęściem, według mnie żyjemy po to, by się realizowac. By marzyc, nawet wybujale. I nie tłumaczmy się, że życie nie jest lekkie, bo wiem, że nie jest. Doświadczyłam nadto. Ale wciąż uwielbiam ludzi, którzy na pomysł wyjazdu, bez nikogo, do innego państwa mówią: "Tak. Jedź. Poznasz nowych ludzi. Wiele razy tak robiłam" zamiast "Jakie to wielkie miasto. Jak tam sobie poradzic?" Im więcej ludzi odważnych wokól Was, tym więcej Wy sami osiągacie, bo zamiast słyszec nie, słyszymy entuzjazm. I mamy mnóstwo radosci.
Wyjechałam i jestem. Wpadam w różne życiowe zawirowania, a mimo to, nie tracę wiary w dobro.
Nauczyłam się gotowac i to tak, jak nie przypuszczałam, że można. Nauczyłam się piec. Rozmawiac swobodnie po angielsku, słuchac angielskiego, oglądac i czytac po angielsku i miec z tego przyjemnosc.
Fortepian, choc wciąż towarzyszy, zamieniłam na taniec. Po raz kolejny oddałam czemuś duszę.
Mieszkanie w obcym kraju uczy samodzielności i niezależności. Nigdy nie będę się nikogo kurczowo trzymac, w trwodze że zabłądzę na wycieczce. W każdej w chwili mogą wsiąśc w samolot w dowolne miejsce i wiem, że sobie poradzę, że nie zacznę panikowac stojąc z walizką w ręku na wielkim lotnisku Heathrow.
Ekscytuje mnie Paryż, bo to nowe miejsce. Zawsze chciałam tam mieszkac, na mojej liscie marzen jest właśnie mieszkanie tam przez minimum 3 miesiące, ale teraz sądzę, że nawet regularne odwiedzanie Paryża mi to wynagrodzi. Jadę tam po raz pierwszy, sama. Z lotniska Heathrow, na zachodnim Londynie. O 7 rano. Piccadily line nie działa przed 5:00, więc dostanę się tam taksówką. Ponad godzina lotu i stanę na kolejnym, jednym z największych europejskich lotnisk, tym razem, na lotnisku paryskim/ Jak dotrzec do hotelu? Mam nadzieję, że szybko i bezpiecznie. Z makaronikami w dłoni, mijając paryskie bulwary.
Kiedys byłoby to wyzwanie, teraz, jest to codziennością. Takie podróżowanie samolotem. Jeśli macie wątpliwości, co do zmiany miejsca zamieszkania, bez wahania je zmieńcie. Uczenie się nowej komunikacji, ulic, tradycji (gdy mieszkacie w innym panstwie), to wspaniała przygoda, choc wymagajaca odwagi.
Ciągle należę do tej grupy ludzi, którzy nie cofają się na pomysły, a wchodzą w nie. Nie lubię ludzi, którzy negują nowe idee, marzenia, mówią że czegoś się nie da, żeby nie byc marzycielką, bo życie dalekie jest od marzycielstwa. Nie. Życie jest właśnie po to, by miec marzenia. I poza miłością i szczęściem, według mnie żyjemy po to, by się realizowac. By marzyc, nawet wybujale. I nie tłumaczmy się, że życie nie jest lekkie, bo wiem, że nie jest. Doświadczyłam nadto. Ale wciąż uwielbiam ludzi, którzy na pomysł wyjazdu, bez nikogo, do innego państwa mówią: "Tak. Jedź. Poznasz nowych ludzi. Wiele razy tak robiłam" zamiast "Jakie to wielkie miasto. Jak tam sobie poradzic?" Im więcej ludzi odważnych wokól Was, tym więcej Wy sami osiągacie, bo zamiast słyszec nie, słyszymy entuzjazm. I mamy mnóstwo radosci.
Wyjechałam i jestem. Wpadam w różne życiowe zawirowania, a mimo to, nie tracę wiary w dobro.
Nauczyłam się gotowac i to tak, jak nie przypuszczałam, że można. Nauczyłam się piec. Rozmawiac swobodnie po angielsku, słuchac angielskiego, oglądac i czytac po angielsku i miec z tego przyjemnosc.
Fortepian, choc wciąż towarzyszy, zamieniłam na taniec. Po raz kolejny oddałam czemuś duszę.
Mieszkanie w obcym kraju uczy samodzielności i niezależności. Nigdy nie będę się nikogo kurczowo trzymac, w trwodze że zabłądzę na wycieczce. W każdej w chwili mogą wsiąśc w samolot w dowolne miejsce i wiem, że sobie poradzę, że nie zacznę panikowac stojąc z walizką w ręku na wielkim lotnisku Heathrow.
Ekscytuje mnie Paryż, bo to nowe miejsce. Zawsze chciałam tam mieszkac, na mojej liscie marzen jest właśnie mieszkanie tam przez minimum 3 miesiące, ale teraz sądzę, że nawet regularne odwiedzanie Paryża mi to wynagrodzi. Jadę tam po raz pierwszy, sama. Z lotniska Heathrow, na zachodnim Londynie. O 7 rano. Piccadily line nie działa przed 5:00, więc dostanę się tam taksówką. Ponad godzina lotu i stanę na kolejnym, jednym z największych europejskich lotnisk, tym razem, na lotnisku paryskim/ Jak dotrzec do hotelu? Mam nadzieję, że szybko i bezpiecznie. Z makaronikami w dłoni, mijając paryskie bulwary.
Kiedys byłoby to wyzwanie, teraz, jest to codziennością. Takie podróżowanie samolotem. Jeśli macie wątpliwości, co do zmiany miejsca zamieszkania, bez wahania je zmieńcie. Uczenie się nowej komunikacji, ulic, tradycji (gdy mieszkacie w innym panstwie), to wspaniała przygoda, choc wymagajaca odwagi.
niedziela, 15 marca 2015
Take care of your body. You have only one.
Chimeryczna niedziela, utraciła całą swą słodycz, ze względu na typową dla Anglii pogodę. Ale nie dla mnie. Lubię Londyn, skąpany w szarości. Lubię kiedy jest chłodno, kiedy zatapiam się w płaszczu, a dym papierosowy ulatniający się z ust idących przede mną przechodniów, rozmywa się w angielskim, pogodowym ekscesie.
Do tej pory staram się ostudzic swoje stopy i nadal nie wiem, czy czuję właśnie wszystkie moje mięśnie przez to, że gnałam niczym Lewandowski na boisku, przeskakując co drugi schodek przy wyjściu z metra, czy dlatego, że te dwie godziny jazzu wymięły mnie jak ludzkie dłonie miętę.
Wszystko na abarot, a jednak tonalnie. Chociaż, posługując się terminologią z muzyki klasycznej, taką subdominantą neapolitańską dnia była chwila, kiedy po rozmowie z moimi współlokatorami zagadałam się na temat Paryża tak dużo, że wyszłam z domu dopiero przed 11. Dotarłam na przystanek, wysłałam sms-a, dowiadując się że następny autobus będzie za 6 minut, po czym machnęłam ręką na zbliżający się pojazd, dostrzegając że nie mam oyster card. Oh, darling. Such a disaster. Nieco lekkodusznie byłoby wejśc do środka, bez oysterki. Biletu w autobusie kupic nie można, a za brak biletu - 80 funtów kary. Obeszłam się smakiem, autobus odjechał, a ja byłam przekonana że kartę zostawiłam w domu, do czasu aż się znalazła. Oh, shit. Poszłam więc na inny przystanek z nadzieją szybkiego złapania P4. I tak zawracając machnął do mnie ręką jakiś starszy mężczyzna z młodą, około dwudziestoletnią dziewczyną (córką) u boku. Zapytał czy mogę wskazac mu drogę do galerii w mojej dzielnicy (Jessika, byłaś tam z Oskarem!) Powiedziałam, że mogę ich nawet zaprowadzic do przystanku, skąd wezmą autobus, bo akurat idę w tamtą stronę (czyżbym po to zobaczyłą odjeżdżający mi sprzed nosa autobus, by spotkac tych ludzi i wskazac im drogę? Było przemiło). Okazało się, że są z Kanady. Byli niesamowicie pozytywni i tak, wskazałam im drogę, czekając na następny autobus. Okropne! Następny miał byc za 4 minuty, a była już 11:18. Jak mam dostac się do Covent Garden w 40 minut?
W autobusie utknęłam, staliśmy w korkach, non stop czerwone światło. Na szczęście wreszcie, około 11:30 dotarłam na stację, skąd wzięłam victorię line. Ale nim to. Żadnego rozwiązania na tonikę szóstego stopnia. Patrzę na ekran na stacji, a tam... widnieje wiadomosc, że kolejny pociąg bedzie za 5 minut. Pię mi-nut?????? To metro! Metro jest co minutę. Góra dwie. Pięc?????????????
Pociąg przyjechał. 11:38. Obliczam, że do Green Parku dostanę się w jakieś 7 minut, pozniej biegiem zmienię linię na piccadily, gdzie tylko dwa przystanki - Piccadily Circus i Leicester Square. Z super mocą przecisnę się przez setki ludzi na stacji i wyjdę w następne dwie minuty, a pozniej biegiem do Covent Garden i w dobrym locie powinnam tam byc w 4 minuty. I tak też, w szkole byłam o 12:02. Jeszcze nie zaczęli. Teraz już wiem, że muszę wstawac wcześniej. Albo pilnowac gdzie wkładam oyster. Konkluzja dnia numer jeden. Konkluzja numer dwa, zasłyszana na sali tanecznej: Be gentle with yourself. Take care of your body. You have only one. Niby banał, a tak często zapominamy by dbac o samych siebie, dbac o umysł i ciało. Dobrze się odżywiac, nie forsowac się i dawac sobie powody do radości.
Do tej pory staram się ostudzic swoje stopy i nadal nie wiem, czy czuję właśnie wszystkie moje mięśnie przez to, że gnałam niczym Lewandowski na boisku, przeskakując co drugi schodek przy wyjściu z metra, czy dlatego, że te dwie godziny jazzu wymięły mnie jak ludzkie dłonie miętę.
Wszystko na abarot, a jednak tonalnie. Chociaż, posługując się terminologią z muzyki klasycznej, taką subdominantą neapolitańską dnia była chwila, kiedy po rozmowie z moimi współlokatorami zagadałam się na temat Paryża tak dużo, że wyszłam z domu dopiero przed 11. Dotarłam na przystanek, wysłałam sms-a, dowiadując się że następny autobus będzie za 6 minut, po czym machnęłam ręką na zbliżający się pojazd, dostrzegając że nie mam oyster card. Oh, darling. Such a disaster. Nieco lekkodusznie byłoby wejśc do środka, bez oysterki. Biletu w autobusie kupic nie można, a za brak biletu - 80 funtów kary. Obeszłam się smakiem, autobus odjechał, a ja byłam przekonana że kartę zostawiłam w domu, do czasu aż się znalazła. Oh, shit. Poszłam więc na inny przystanek z nadzieją szybkiego złapania P4. I tak zawracając machnął do mnie ręką jakiś starszy mężczyzna z młodą, około dwudziestoletnią dziewczyną (córką) u boku. Zapytał czy mogę wskazac mu drogę do galerii w mojej dzielnicy (Jessika, byłaś tam z Oskarem!) Powiedziałam, że mogę ich nawet zaprowadzic do przystanku, skąd wezmą autobus, bo akurat idę w tamtą stronę (czyżbym po to zobaczyłą odjeżdżający mi sprzed nosa autobus, by spotkac tych ludzi i wskazac im drogę? Było przemiło). Okazało się, że są z Kanady. Byli niesamowicie pozytywni i tak, wskazałam im drogę, czekając na następny autobus. Okropne! Następny miał byc za 4 minuty, a była już 11:18. Jak mam dostac się do Covent Garden w 40 minut?
W autobusie utknęłam, staliśmy w korkach, non stop czerwone światło. Na szczęście wreszcie, około 11:30 dotarłam na stację, skąd wzięłam victorię line. Ale nim to. Żadnego rozwiązania na tonikę szóstego stopnia. Patrzę na ekran na stacji, a tam... widnieje wiadomosc, że kolejny pociąg bedzie za 5 minut. Pię mi-nut?????? To metro! Metro jest co minutę. Góra dwie. Pięc?????????????
Pociąg przyjechał. 11:38. Obliczam, że do Green Parku dostanę się w jakieś 7 minut, pozniej biegiem zmienię linię na piccadily, gdzie tylko dwa przystanki - Piccadily Circus i Leicester Square. Z super mocą przecisnę się przez setki ludzi na stacji i wyjdę w następne dwie minuty, a pozniej biegiem do Covent Garden i w dobrym locie powinnam tam byc w 4 minuty. I tak też, w szkole byłam o 12:02. Jeszcze nie zaczęli. Teraz już wiem, że muszę wstawac wcześniej. Albo pilnowac gdzie wkładam oyster. Konkluzja dnia numer jeden. Konkluzja numer dwa, zasłyszana na sali tanecznej: Be gentle with yourself. Take care of your body. You have only one. Niby banał, a tak często zapominamy by dbac o samych siebie, dbac o umysł i ciało. Dobrze się odżywiac, nie forsowac się i dawac sobie powody do radości.
sobota, 14 marca 2015
You buy it once!
Tancerze mają swój żargon. I swoje powiedzenia. Nie bez powodu mawiają: don't walk. Dance. Bo kiedy tancerz idzie korytarzem, to idzie w zupełnie inny sposób, niż ktoś, kto z tańcem nigdy nie miał styczności. Lata pracy przed lustrami, lata odkrywania różnych mięśni, o których nie miało się pojęcia, sposób poruszania ciała tak, jak nie myśleliśmy, że możemy nim poruszac. To robi wrażenie. https://www.youtube.com/watch?v=R34749rdTno&spfreload=10 W końcu od dziecka tańczą na scenie, patrzą w lustra na każdy swój ruch.
Ciągle jestem amatorką, a jednak amator amatorowi nierówny. Bo jako amatorka na tle genialnych profesjonalistów, nie jestem im równa pod względem techniki. Nie jestem tez, na szczęście, wielkim kontrastem. Jak na swoj warsztat, nad którym pracuję ledwo ponad rok, czuję się pewnie.
Choreograf chodzi między tancerzami, mówiąc: zrób releve. Jeszcze raz. Jesteś leniwa - stwierdził, do jednej z dziewczyn. Patrz na ręce. "Look in the mirror".
W nowej, wyższej grupie, uczę się nowej terminologii jazzowej, nowych skoków i obrotów. I z tego co ostatnio czytałam, nie często wykonywane jest tzw. jazzowe "layout", choc moim zdaniem to najpiękniejsza figura taneczna. Taka typowo, dla lirycznego jazzu. Kiedy nagle, odchylamy się plecami, prostując jedną nogę i wykonując rękami wielki ruch. https://www.youtube.com/watch?v=WHMV8bUTHxo&spfreload=10 - 0:53 - 0:56. Dobra rada - nie próbujcie tego w domu, jeśli nie chcecie się połamac. Głowa i plecy są tak daleko odchylone, że tylko dobrze rozciągnięci zawodowcy, są w stanie to wykonac.
Nasz choreograf stwierdził dziś, że nie jest typem słodkiego nauczyciela, a tego, który jasno wymienia błędy. Zawsze, gdy są w studiu nowi ludzi, przyjmuje on minę groźnego, broadway'owskiego choreografa, ale w gruncie rzeczy, przynajmniej jak dotychczas faktycznie poprawia błędy, ale jest przy tym niezwykle ciepłym człowiekiem. Czego on w życiu nie zwiedził i z kim nie pracował? Uczył nawet Rickiego Martina. Tym bardziej "czapki z głów", bo jest prawdziwym pasjonatem. A mi sprawia przyjemnosc sama przyglądanie się temu jak tanczą zawodowcy, choc jeszcze większą tanczenie samemu.
N. postawił mnie dzisiaj na samym przodzie. I o ile w grupach równych mojemu poziomowi zawsze tam staje, o tyle w grupie, gdzie otaczają mnie ludzie, którzy zaczeli tanczyc w wieku lat 5, wolę stac po środku, by móc "ściągnac" choreografie, w razie pogubienia kroków. W końcu grupa ta, w swej nazwie przypisana jest ludziom, którzy tancza minimum od 7 lat. Po kilka godzin dziennie. N. ma wielką wiarę w moje umiejętności, bardziej brawurową, niż ja sama. Realnie to oceniając, jestem na początku długiej drogi, do rozwijania się jako tancerka, o ile w ogóle mogę się nią nazwac. Choc nie było źle! Było genialnie.
Zamarzłam. Z rozwichrzonymi włosami i okularami przeciwsłonecznymi wyszłąm z domu, wystawiając nos w kierunku słońca. Popołudniu, z moich porannych atrybutów pozostały tylko rozwichrzone włosy i okulary, bo słońce wystawiło mi język. A ja, przyodziana w lekki, biały żakiet, marzłam, biegając między Wood Greenem, Covent Garden i Brixton.
E. zgubiła na basenie swój pierścionek zareczynowy. Powiedziałam: Well... Look at it a little bit differently. There is a good thing about it. Your husband can buy you another one. Again. Bigger and more expensive... I wtedy wszedł N. Cały N., który stwierdził tonem iście prawdziwego romantyka: Pierścionek zaręczynowy kupuje się tylko raz.
Ale jutro niedziela. Ta ciepła lub chłodna. Ta w Covent Garden lub Leicester Square, gdzie kupię przewodniki po Paryżu, do którego wyjeżdzam na pięc dni, by zrobic porządek w swoim życiu.
Bisous, bisous
Ciągle jestem amatorką, a jednak amator amatorowi nierówny. Bo jako amatorka na tle genialnych profesjonalistów, nie jestem im równa pod względem techniki. Nie jestem tez, na szczęście, wielkim kontrastem. Jak na swoj warsztat, nad którym pracuję ledwo ponad rok, czuję się pewnie.
Choreograf chodzi między tancerzami, mówiąc: zrób releve. Jeszcze raz. Jesteś leniwa - stwierdził, do jednej z dziewczyn. Patrz na ręce. "Look in the mirror".
W nowej, wyższej grupie, uczę się nowej terminologii jazzowej, nowych skoków i obrotów. I z tego co ostatnio czytałam, nie często wykonywane jest tzw. jazzowe "layout", choc moim zdaniem to najpiękniejsza figura taneczna. Taka typowo, dla lirycznego jazzu. Kiedy nagle, odchylamy się plecami, prostując jedną nogę i wykonując rękami wielki ruch. https://www.youtube.com/watch?v=WHMV8bUTHxo&spfreload=10 - 0:53 - 0:56. Dobra rada - nie próbujcie tego w domu, jeśli nie chcecie się połamac. Głowa i plecy są tak daleko odchylone, że tylko dobrze rozciągnięci zawodowcy, są w stanie to wykonac.
Nasz choreograf stwierdził dziś, że nie jest typem słodkiego nauczyciela, a tego, który jasno wymienia błędy. Zawsze, gdy są w studiu nowi ludzi, przyjmuje on minę groźnego, broadway'owskiego choreografa, ale w gruncie rzeczy, przynajmniej jak dotychczas faktycznie poprawia błędy, ale jest przy tym niezwykle ciepłym człowiekiem. Czego on w życiu nie zwiedził i z kim nie pracował? Uczył nawet Rickiego Martina. Tym bardziej "czapki z głów", bo jest prawdziwym pasjonatem. A mi sprawia przyjemnosc sama przyglądanie się temu jak tanczą zawodowcy, choc jeszcze większą tanczenie samemu.
N. postawił mnie dzisiaj na samym przodzie. I o ile w grupach równych mojemu poziomowi zawsze tam staje, o tyle w grupie, gdzie otaczają mnie ludzie, którzy zaczeli tanczyc w wieku lat 5, wolę stac po środku, by móc "ściągnac" choreografie, w razie pogubienia kroków. W końcu grupa ta, w swej nazwie przypisana jest ludziom, którzy tancza minimum od 7 lat. Po kilka godzin dziennie. N. ma wielką wiarę w moje umiejętności, bardziej brawurową, niż ja sama. Realnie to oceniając, jestem na początku długiej drogi, do rozwijania się jako tancerka, o ile w ogóle mogę się nią nazwac. Choc nie było źle! Było genialnie.
Zamarzłam. Z rozwichrzonymi włosami i okularami przeciwsłonecznymi wyszłąm z domu, wystawiając nos w kierunku słońca. Popołudniu, z moich porannych atrybutów pozostały tylko rozwichrzone włosy i okulary, bo słońce wystawiło mi język. A ja, przyodziana w lekki, biały żakiet, marzłam, biegając między Wood Greenem, Covent Garden i Brixton.
E. zgubiła na basenie swój pierścionek zareczynowy. Powiedziałam: Well... Look at it a little bit differently. There is a good thing about it. Your husband can buy you another one. Again. Bigger and more expensive... I wtedy wszedł N. Cały N., który stwierdził tonem iście prawdziwego romantyka: Pierścionek zaręczynowy kupuje się tylko raz.
Ale jutro niedziela. Ta ciepła lub chłodna. Ta w Covent Garden lub Leicester Square, gdzie kupię przewodniki po Paryżu, do którego wyjeżdzam na pięc dni, by zrobic porządek w swoim życiu.
Bisous, bisous
piątek, 6 marca 2015
Eksperyment
Momentami czułam się (i wciąż czuję) jak w jakimś programie telewizyjnym. Tak, jakbym wrzuciła sama siebie, w jakiś mentalny eksperyment. W coś, co doświadcza się sporadycznie albo w ogóle. Na własne życzenie, na własne marzenie, budzę się każdego ranka w moim łóżku, gdzieś na południowym Londynie, słysząc kroki E., parzenie kawy przez N. i głosy J. i A.
Nagle, wrzucam się w życie z nowymi ludźmi, z nowymi zasadami i kulturą. Uczę się nowych potraw, innego języka, innego rozmieszczenia szafek, tego jak otwierac angielskie drzwiczki od tarasu, nowych uliczek, nowej komunikacji miejskiej, nowych dzielnic. Gubię się i ekscytuję zarazem. Hilary mnie uwielbia, a ja uwielbiam ją. Jest niezwykłą inspiracją, babcią J. i A. Kobietą, która mimo swoich 70 lat jest zawsze uśmiechnięta, żywiołowa i ma niesłychanie dobre wyczucie smaku. Wszystko co robię jest dla niej "lovely" albo "brilliant". Ciągle mnie chwali, ciągle mówi: well done. I robi to szczerze. Jak tu nie kochac Anglików?
Dostaję nową tożsamosc. Uczę się nowych zwrotów, nowych idiomów, nowych kolokwializmów. Mam inną wersję imienia. Odtąd w domu, mówią do mnie Ana.
W maju poznaję Agnieszkę. Spotykamy się przy Sherlocku, na Baker Street. Wskazuje jej Madame Tussauds, pokazując palcem, że tam, po prawej jest Royal Academy of Music. Na Marylebone. Chcemy isc razem na taniec - styl Michaela Jacksona, ale jakos się nie zgrywamy. Idę sama, na jazz, ale od tej pory jestem jej wdzieczna, że odkryła tę szkołę. Sama nie była tam ani razu, ja natomiast, nie opuszczam zadnych zajęc poza jednymi, gdy piekłam dla E. urodzinowy tort.
Mija kilka miesięcy, a może rok, a ja spaceruje chłodnym Covent Garden, mijając mężczyznę, rozdającego za darmo opakowania z suszonymi truskawkami. Przypomina mi to jesienne niedziele i mnie, z bawarką w ręku, gazetą i suszonymi truskawkami w szkole tańca. W jednym kawałku, mijam ten sam wytarty napis: "Codziennie zrób coś, co cię przeraża". Przechodzę na czerwonym świetle i zaczepia mnie para starszych ludzi. Kobieta pyta o ksiągarnię na Leicester Square, a ja wskazuję jej tę największą. Tę ulubioną. Mija kolejny weekend, a ja od poniedziałku odliczam dni do następnego. Nie jestem kulinarnym wirtuozem, ale gotowanie idzie mi nieźle. Poza łososiem w sosie żurawinowym, bawię się kanapkami. Raz z wędzonym lososiem, mozzarellą, szpinakiem i czerwoną cebulą, a innym razem z winogronem, camembertem, ryżowym syropem i żurawiną. Do tego kakao. We wtorek wpadam do szkoly tańca, na wyższą grupę. Jadę pociągiem do domu, czytając "Metro". Gdy nadchodzi kolejna sobota... Ja. W swoim ciemnożółtym płaszczu rzucam się w oczy, a jakiś Włoch mówi do mnie: I love your coat! I nie jest to jedna z tych mlaskających zaczepek, kiedy facet podrywa Cię jakimś tanim, podrasowanym błyskiem w oku tekstem. To było szczere. E. jedzie do Covent Garden, Beverly chrząta się w kuchni, a ja siedzę na górze, zjadając kurczaka z chutney. Później wychodzę z domu, spotykając Glenys, która wita się swoim: Hello Ana. Jestem w innej rzeczywistości, zmieniłam ją na własne życzenie. Zamiast: Dzień dobry słyszę Hello. Używam innego języka i jak o wiele więcej wiem dzięki temu. O ile więcej, mieszkając w obcym kraju stajemy się bogatsi życiowo czy w doświadczenia. Czas przyspieszył w tym tygodni, a jutro kolejna sobota. Kolejny Funky Street Jazz i kolejne wyzwanie. Uwielbiam zajęcia z Nino, bo są one takimi klasycznymi lekcjami tańca. Jak z filmów, gdzie muzyka wiruje w powietrzu, gdzie wszystko jest bardzo szybkie, gdzie nie ma czasu na zastanawianie się, gdzie jest milion kroków i zero czasu. Gdzie lustra na całej ścianie są zaparowane, gdzie muzyka głosno wdziera się do uszu, gdzie tancerze porównują się, kto machnie wyżej nogą. Kocham świat taneczny. To właśnie na tanecznej sali doszłam do większosci z najwazniejszych przemyslen, to tam nauczyłam się swiadomosci wlasnego ciała i przywrociłam wiarę w marzenia.
Nagle, wrzucam się w życie z nowymi ludźmi, z nowymi zasadami i kulturą. Uczę się nowych potraw, innego języka, innego rozmieszczenia szafek, tego jak otwierac angielskie drzwiczki od tarasu, nowych uliczek, nowej komunikacji miejskiej, nowych dzielnic. Gubię się i ekscytuję zarazem. Hilary mnie uwielbia, a ja uwielbiam ją. Jest niezwykłą inspiracją, babcią J. i A. Kobietą, która mimo swoich 70 lat jest zawsze uśmiechnięta, żywiołowa i ma niesłychanie dobre wyczucie smaku. Wszystko co robię jest dla niej "lovely" albo "brilliant". Ciągle mnie chwali, ciągle mówi: well done. I robi to szczerze. Jak tu nie kochac Anglików?
Dostaję nową tożsamosc. Uczę się nowych zwrotów, nowych idiomów, nowych kolokwializmów. Mam inną wersję imienia. Odtąd w domu, mówią do mnie Ana.
W maju poznaję Agnieszkę. Spotykamy się przy Sherlocku, na Baker Street. Wskazuje jej Madame Tussauds, pokazując palcem, że tam, po prawej jest Royal Academy of Music. Na Marylebone. Chcemy isc razem na taniec - styl Michaela Jacksona, ale jakos się nie zgrywamy. Idę sama, na jazz, ale od tej pory jestem jej wdzieczna, że odkryła tę szkołę. Sama nie była tam ani razu, ja natomiast, nie opuszczam zadnych zajęc poza jednymi, gdy piekłam dla E. urodzinowy tort.
Mija kilka miesięcy, a może rok, a ja spaceruje chłodnym Covent Garden, mijając mężczyznę, rozdającego za darmo opakowania z suszonymi truskawkami. Przypomina mi to jesienne niedziele i mnie, z bawarką w ręku, gazetą i suszonymi truskawkami w szkole tańca. W jednym kawałku, mijam ten sam wytarty napis: "Codziennie zrób coś, co cię przeraża". Przechodzę na czerwonym świetle i zaczepia mnie para starszych ludzi. Kobieta pyta o ksiągarnię na Leicester Square, a ja wskazuję jej tę największą. Tę ulubioną. Mija kolejny weekend, a ja od poniedziałku odliczam dni do następnego. Nie jestem kulinarnym wirtuozem, ale gotowanie idzie mi nieźle. Poza łososiem w sosie żurawinowym, bawię się kanapkami. Raz z wędzonym lososiem, mozzarellą, szpinakiem i czerwoną cebulą, a innym razem z winogronem, camembertem, ryżowym syropem i żurawiną. Do tego kakao. We wtorek wpadam do szkoly tańca, na wyższą grupę. Jadę pociągiem do domu, czytając "Metro". Gdy nadchodzi kolejna sobota... Ja. W swoim ciemnożółtym płaszczu rzucam się w oczy, a jakiś Włoch mówi do mnie: I love your coat! I nie jest to jedna z tych mlaskających zaczepek, kiedy facet podrywa Cię jakimś tanim, podrasowanym błyskiem w oku tekstem. To było szczere. E. jedzie do Covent Garden, Beverly chrząta się w kuchni, a ja siedzę na górze, zjadając kurczaka z chutney. Później wychodzę z domu, spotykając Glenys, która wita się swoim: Hello Ana. Jestem w innej rzeczywistości, zmieniłam ją na własne życzenie. Zamiast: Dzień dobry słyszę Hello. Używam innego języka i jak o wiele więcej wiem dzięki temu. O ile więcej, mieszkając w obcym kraju stajemy się bogatsi życiowo czy w doświadczenia. Czas przyspieszył w tym tygodni, a jutro kolejna sobota. Kolejny Funky Street Jazz i kolejne wyzwanie. Uwielbiam zajęcia z Nino, bo są one takimi klasycznymi lekcjami tańca. Jak z filmów, gdzie muzyka wiruje w powietrzu, gdzie wszystko jest bardzo szybkie, gdzie nie ma czasu na zastanawianie się, gdzie jest milion kroków i zero czasu. Gdzie lustra na całej ścianie są zaparowane, gdzie muzyka głosno wdziera się do uszu, gdzie tancerze porównują się, kto machnie wyżej nogą. Kocham świat taneczny. To właśnie na tanecznej sali doszłam do większosci z najwazniejszych przemyslen, to tam nauczyłam się swiadomosci wlasnego ciała i przywrociłam wiarę w marzenia.
czwartek, 5 marca 2015
Living For Love
W ostatni weekend, mieliśmy jedną z najtrudniejszych dotychczas choreografii jazzowych. Jedną z tych, które pamięta się na długo. Uwielbiam tę swoją mentalną kolekcję układów, do których lubię wracac.
Życie jest momentami trywialne. A my sami? Mamy swoje mniejsze lub większe sentymenty. Tańczenie do "Real", "Uptown Funk" czy "Shake It Off" ( https://www.youtube.com/watch?v=gMJXcgyQDqA - widzieliście?? ) było prawdziwą przyjemnością. Ze względu na nowe skoki, nowe kroki i dobrą zabawę. Szkoła tańca co tydzień ma nową playlistę, a w ostatnim tygodniu było to "Living For Love" Madonny. Tańczyłam do tej piosenki trzy różne choreografie, z trzema różnymi choreografami. I chyba najbardziej podobała mi się ta niedzielna choreografia. Stałam w pierwszym rzędzie i patrzyłam, razem ze wszystkimi ktorzy lubią stac pod lustrem na resztę osób, które łapały tylko częśc układu. I cieszyło mnie to, że po poltora roku zrobiłam takie postępy, że jestem w stanie wykonac wszystkie kroki, a jeszcze ponad rok temu byłam na tym samym miejscu co wszyscy nowi tancerze.
Powoli wdrażam się w grupę "general", powoli uczę się jazzu lirycznego, choc wiem, że nigdy nie wykonam go w 100 %, bo nie zrobię skoku w szpagacie czy siedmiu piruetów pod rząd. Nie dotknę też końcówką stopy głowy, opierając się o ścianę, bo moje plecy nie są tak rozciągnięte. Ale do szpagatu niewiele mi brakuje i kocham taniec. Tak mocno, jak kiedyś fortepian. A to coś więcej, niż tylko kroki. To koncentracja, bo gdy wyłączysz się na chwilę, zgubisz choreografię i staniesz jak wryta, podczas gdy inni będą tańczyc. Na szczęście mnie to nie grozi. Przynajmniej nie w grupach, na które chodzę regularnie.
Piosenka Madonny jest idealna do jazzowej choreografii, a sama Madonna? Ikona popu, mimo że nie wyróżnia się wybitnym głosem, od lat jest na szczycie. To nie tylko piosenkarka, ale i kobieta biznesu. No i stało się. Na rozdaniu nagród, wykonując tę właśnie piosenkę, mimo wielu prób przewróciła się. Czy można wyobrazic sobie bardziej patową sytuację? Jeden z naszych choreografów (które osobiście poznał Madonnę) powiedział, że nie ważne ile prób podejmujemy, nie ważne kim jesteśmy, jak widac każdemu może przydarzyc się upadek. I nie liczy się to że spadamy, ale to, w jaki sposób się podnosimy. Upadek mógł wytrącic ją z równowagi, jednak ona podniosła się i kontynuowała jak gdyby nigdy nic. Jej twarz nie drgnęła. I tak samo w życiu, upasc możemy zawsze, ale to nie upadek się liczy bo na niego nie mamy wpływu, a to, czy wstaniemy z uśmiechem na twarzy, czy się poddamy. https://www.youtube.com/watch?v=u9h7Teiyvc8
poniedziałek, 23 lutego 2015
Thunder
W tle "Thunder", do którego mam chyba jeden z największych sentymentów. A z piekarnika unosi się aromat mojego nowego dania, z książki Ewy Chodakowskiej.
Zapiekanka makaronowa z łososiem (zmieniłam tylko rybę, ale myślę, że można wybrac dowolną. Wybierzcie coś, co lubicie, ja uwielbiam łososia :) )
Potrzebujecie: 80 g makaronu
szpinak (świeży lub mrożony)
bazylię
1 filet łososia (pokrój w kostkę)
mozzarellę
7 pieczarek
1 ząbek czosnku
Wszystko wymieszac w żaroodpornym naczyniu i wstawic do piekarnika na jakies 20 minut. Mozarella na wierzchu, bazylię dodajemy po dopiero po wyjęciu dania z piekarnika.
niedziela, 22 lutego 2015
Morelowe wariacje
Trochę zagalopowałam się w roznoszeniu wieści, iż do Londynu rzekomo przybyła wiosna. Już dwa dni temu, w metrze (victoria line), mój wzrok z niedowierzaniem przesunął się po niegodziwych literach, wypisanych w London Evening (darmowe gazeta, którą zgarnia się tuż przy wejściu do metra). Jest tam taka strona, z zarysowanymi liniami Anglii. A obok, pięknie skomponowany obrazek, z profetycznym wydźwiękiem: jutro, sobota, niedziela - deszcz. Wyprostowałam się, nieco się wzdrygając. Szybko opuszczając pociąg, zapomniałam parasolki, ale żyjemy w Londynie. Tu wszyscy są: "kind". Przynajmniej w codziennych sytuacjach. Dwie osoby pobiegły za mną, wręczając mi ją do ręki. Jak tu nie kochac tej mentalności? Nawet nieco na pokaz? To był czwartek, kiedy wracałam z 2 godzin tańca, lirycznego i komercyjnego. I było zimno, a kawałek pizzy z serem i pomidorami jakoś nie smakował po włosku. Był czerstwy i wyblakłym.
No i nastał weekend, czyli zajęcia z Nino, który stwierdził że mamy spojrzec na siebie w lustro i zobaczyc, "how fucking good we are", po czym zrobił całej grupie zdjęcie. I pierwszy raz zdarzyło się tak, że byłam jedyną, nieprofesjonalną tancerką w grupie. Ale na poprzednich zajęciach to właśnie choreograf zaprosił mnie na następną sobotę i "kazał" kontynuowac naukę. Poziom byl bardzo wysoki. Nie przeszkodziło mi to jednak w złapaniu szybko choreografii i przyjemności z tańczenia, chociaz nie obyło się bez dzielenia nas na 2 grupy. Mało tego, nasz choreograf dał wodzę swojej fantazji, i chwilę później podzielił ludzi w 3 - osobowe grupy i kazał osobno pokazywac zaprezentowany przez niego układ. Oh, shit - pomyśleli niektórzy, jednak mimo to, cieszyli się z zajęc bo choreografia była przepiękna. Nasz nauczyciel to jeden z najciekawszych choreografów jakich spotkałam.
A niedziela deszczowa, moje dwie godziny tańca, do pięknej muzyki i Ealing. Wchodząc do jednego ze sklepów, zauważyłam na półce książkę Ewy Chodakowskiej. Bez wahania ją kupiłam, chociaż w innym celu, niż większosc. Nie potrzebuję jej cwiczeń, nie chcę zrzucic wagi. Jestem tą błogosławioną jednostką, która zjada tony jedzenia, a waha ani drgnie. Spodobały mi się za to jej przepisy, które są genialne. Indyk w sosie morelowym, kurczak ze szpinakiem to tylko niektóre dania. Książka jest rozpisana na 30 dni, każda strona zawiera przepisy na dania, które spożyjemy w ciągu całego dnia (ja komponuje swoje menu na podstawie dwóch stron - lubię jesc), więc nieco oszukuję. Poza przepisami są słowa motywacji, tak na dobre rozpoczęcie dnia i cwiczenia. Z pewnoscia podlapię niektóre z nich, bo lubię miec siłę, a takie cwiczenia wzmacniaja rece, nogi, brzuch itd. Nie będę z pewnoscia wykonywała ich dzien po dniu, bo duzo tancze, wiec skupię się na genialnych przepisach i szczerze polecam jej książkę.
No i nastał weekend, czyli zajęcia z Nino, który stwierdził że mamy spojrzec na siebie w lustro i zobaczyc, "how fucking good we are", po czym zrobił całej grupie zdjęcie. I pierwszy raz zdarzyło się tak, że byłam jedyną, nieprofesjonalną tancerką w grupie. Ale na poprzednich zajęciach to właśnie choreograf zaprosił mnie na następną sobotę i "kazał" kontynuowac naukę. Poziom byl bardzo wysoki. Nie przeszkodziło mi to jednak w złapaniu szybko choreografii i przyjemności z tańczenia, chociaz nie obyło się bez dzielenia nas na 2 grupy. Mało tego, nasz choreograf dał wodzę swojej fantazji, i chwilę później podzielił ludzi w 3 - osobowe grupy i kazał osobno pokazywac zaprezentowany przez niego układ. Oh, shit - pomyśleli niektórzy, jednak mimo to, cieszyli się z zajęc bo choreografia była przepiękna. Nasz nauczyciel to jeden z najciekawszych choreografów jakich spotkałam.
A niedziela deszczowa, moje dwie godziny tańca, do pięknej muzyki i Ealing. Wchodząc do jednego ze sklepów, zauważyłam na półce książkę Ewy Chodakowskiej. Bez wahania ją kupiłam, chociaż w innym celu, niż większosc. Nie potrzebuję jej cwiczeń, nie chcę zrzucic wagi. Jestem tą błogosławioną jednostką, która zjada tony jedzenia, a waha ani drgnie. Spodobały mi się za to jej przepisy, które są genialne. Indyk w sosie morelowym, kurczak ze szpinakiem to tylko niektóre dania. Książka jest rozpisana na 30 dni, każda strona zawiera przepisy na dania, które spożyjemy w ciągu całego dnia (ja komponuje swoje menu na podstawie dwóch stron - lubię jesc), więc nieco oszukuję. Poza przepisami są słowa motywacji, tak na dobre rozpoczęcie dnia i cwiczenia. Z pewnoscia podlapię niektóre z nich, bo lubię miec siłę, a takie cwiczenia wzmacniaja rece, nogi, brzuch itd. Nie będę z pewnoscia wykonywała ich dzien po dniu, bo duzo tancze, wiec skupię się na genialnych przepisach i szczerze polecam jej książkę.
czwartek, 19 lutego 2015
Nie podnoś ramion!
Kocham się w half termach. Każdy kto powie, że ich nie kocha, jest wierutnym kłamcą. A czym jest angielski half term? To odpowiednik ferii, ale w nieco innym wydaniu. W Anglii przerwa od nauki rozpycha się łokciami mniej więcej co pięc tygodni. Pierwszy half term jest zawsze stosunkowo szybko, tuż po rozpoczęciu roku szkolnego, gdyż wypada w październiku. Następny jest w lutym, czyli... tak, tak. Dobrze kalkulujecie. Właśnie teraz.
Zagościło słońce, zrobiło się nieco wiosennie, a w poniedziałek padało. I to mocno. Covent Garden skąpane było w deszczu, a i tak, nie odebrało mu to ani odrobiny z jego uroku. Czy zawsze, kiedy mam okazje byc w szkole tanca w poniedziałek, co nie zdarza się często, musi padac deszcz? Tak, żeby jeszcze bardziej spotęgowac całą aurę, jaką niesie ze sobą bycie w tej szkole?
Kiedy wychodzi się z Leicester Square, wprost w objęcia Caffe Nero, by przeciskac się przez milion wpadających na siebie ludzi, sluchac głośnego glosu mężczyzny wciskającego Wam London Evening tuż przy metrze, czuc wdzierający się do nozdrzy zapach pizzy, atmosferę West Endu i trąbiące głośno, angielskie taksówki, które próbują dotrzec na miejsce, wbrew ludziom, mającym w głębokim poważaniu czerwone światło? Kiedy snuję się prawą stroną, wzdłuż Covent Garden, mijając przyodzianych w garnitury, eleganckie krawaty i szmuglerski uśmiech mężczyzn, wciskających Wam tym razem perfumy? Kiedy mijam sklep z ubraniami sportowymi (moje królestwo), patrząc na maty we wszystkich możliwych kolorach, myśląc o zakupie jednej na zajęcia z jogi, na które wcale nie mam zamiaru chodzic regularnie, o ile w ogóle? Ale może kiedyś? I patrzę na ten sam napis: "Everyday do one thing that scares you" na połyskującej witrynie sklepowej, zastanawiając się kiedy ostatnio miałam przed sobą jakieś wyzwanie. Trochę za dużo ich ostatnio. I kiedy mijam Marca i Spencera, by w okolicach Royal Opera House, buszowac po Oasis, a następnie mokra od deszczu, szukam łazienki, by chwilę później skręcic w prawo i wejsc do mekki tancerzy. Tak, tak. Wtedy myślę, tak wygląda mój weekend i tak wygląda mój half term.
Sobota była ponura. Rozpływała się w tej swoje obrzydliwej, londyńskiej szarości. Jakby tego było mało, wylądowałam gdzieś w okolicach Wood Greenu, a sama ta okolica, przywitała mnie wielkim napisem Hollywood, tuż po wyjściu z metra. Tyle że Wood Green i Hollywood to antonimy.
Było zimno, szukałam autobusu 121, a przystanek nie był nawet oznakowany, tylko jakiś tymczasowy. Trzy przystanki w czerwonym autobusie i znalazłam się na miejscu, by udzielic lekcji przygotowującej do egzaminu GCSE. Była już prawie 15, a ja pędziłam by zdążyc zjesc obiad, a następnie dotrzec na czas, na lekcję z Nino.
Trochę trudna jest ta grupa "general", z Funky Street Jazzu. Ale powinnam wytrwac w postanowieniu, chociaz chodzę tam co dwa tygodnie, zamiast co tydzien.
Opusc ramiona, zrób dokładnie plié, ustaw się w pierwszej pozycji, chaînes, "do not move, stay there" - słyszę od choreografa, po czym dodaje "try to jump like that" - pokazując skok, by chwilę później powiedziec, teraz robimy takie "kicks", pokazując to tak szybko, że zastanawiasz się co bylo na początku, jednak po chwili uśmiechasz się do choreografa z oczami kota ze Shreka, po czym słyszysz jego "good luck", z wlepionymi w tancerzy oczyma. Z jednej strony to bardzo pozytywne, bo mimo, że grupa składa się w 90 procentach z profesjonalistów, nauczyciel jest wymagający w stosunku do każdego, z drugiej strony... Ach, nie ma drugiej strony. Pracowaliśmy nad lyrical jazz, a później choreograf podzielił nas na dwie grupy (welcome to "general", sic!). I cała zabawa dwóch grup polega na tym, że gdy pierwsza grupa tańczy, cała reszta siedzi pod lustrami i ogląda cię jako widownia, jak tutaj https://www.youtube.com/watch?v=d3y17D_K9Zw . Atmosfera jest bardzo przyjazna i dawno nie miałam niczego na miarę występowania na scenie. Pamiętam, że zawsze byłam zdania, że wspaniale jest byc artystą, bo to jeden z tych niewielu zawodów, które dają możliwośc występowania na scenie. I ten, kto nigdy tego nie robił, nie wie, jaka to przyjemnosc. Przez wiele lat to fortepian dawał mi taką możliwosc. A teraz... taniec.
Po półtorej godz. skakania, obrotów i 40 minutowej rozgrzewki na początku, wszyscy z trudem oddychali, ale byliśmy usatysfakcjonowani.
Taka była sobota, a tydzień minął niezwykle szybko, bo dzis jest juz czwartek, więc odliczam dni do kolejnego weekendu, gdyż będziemy kontynuowac z Nino naszą poprzednią choreografię. Half term też dobiega końca, lecz cieszy mnie to mimo wszystko, bo wolę byc w wirze zajęc niz odpoczywac.
piątek, 13 lutego 2015
Monkey Business
Kto rozkochał się raz w komediach, ten będzie je kochał już zawsze. Bo co, poza śmiechem ma w życiu sens? Istotą życia jest radośc, uśmiech, dobre emocje. Dlatego lubuję się w dobrych, starych filmach, a na te słabe... szkoda czasu i atłasu, jak mawiał niegdysiejszy król.
"Monkey Business" to lekka i przezabawnie napisana komedia, która wciąga, wywołując na twarzy uśmiech. Ot, pewien naukowiec pragnie wynaleźc eliksir młodości. Zaciekle tworzy mikstury, miesza, próbuje, znów miesza, po czym testuje je na szympansie. Jednak pewnego razu... szympans uwalnia się z klatki, miesza składniki substancji i ściąga na głównych bohaterów lawinę niespodziewanych zdarzeń.
Aktorzy to wybitna obsada, bo w tłumie szumnie brzmiących nazwisk przewija się: piękna i uwodzicielska Ginger Rogers, zabawny Cary Grant, a nawet Marylin Monroe (niewielki epizod).
Nie jest to filmu, na którym się wynudzicie, wręcz odwrotnie. Ogląda się go z ciekawością, a akcja, ani na chwilę nie przestaje śmieszyc. Przezabawne dialogi, nonszalanccy mężczyźni oraz pełne klasy kobiety, to uczta dla oka. Nie ma już ani takich filmów, ani takich postaci, tym większym sentymentem darzę stare kino.
"Monkey Business" to lekka i przezabawnie napisana komedia, która wciąga, wywołując na twarzy uśmiech. Ot, pewien naukowiec pragnie wynaleźc eliksir młodości. Zaciekle tworzy mikstury, miesza, próbuje, znów miesza, po czym testuje je na szympansie. Jednak pewnego razu... szympans uwalnia się z klatki, miesza składniki substancji i ściąga na głównych bohaterów lawinę niespodziewanych zdarzeń.
Aktorzy to wybitna obsada, bo w tłumie szumnie brzmiących nazwisk przewija się: piękna i uwodzicielska Ginger Rogers, zabawny Cary Grant, a nawet Marylin Monroe (niewielki epizod).
Nie jest to filmu, na którym się wynudzicie, wręcz odwrotnie. Ogląda się go z ciekawością, a akcja, ani na chwilę nie przestaje śmieszyc. Przezabawne dialogi, nonszalanccy mężczyźni oraz pełne klasy kobiety, to uczta dla oka. Nie ma już ani takich filmów, ani takich postaci, tym większym sentymentem darzę stare kino.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)